Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obfitość rzeczy małych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obfitość rzeczy małych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 listopada 2021


 Długi weekend za nami, dla mnie jak zwykle za krótki, chyba dlatego, że zawsze za dużo chcę zrobić, planuję i to i tamto, a przecież tak się nie da. Dlatego też czytam bardzo mądrą książkę Kasi Bem “Sztuka odpuszczania”, gdzie dwa rozdziały mają adekwatne tytuły: Blokujące przekonania: "Działam, więc jestem" i "Musi się coś dziać" ;-). Jest cudownie wydana, kolorowa, i już samo trzymanie jej w ręku jest bardzo relaksujące.




W czwartek, kiedy tylko zwolniłam tempo po intensywnym dniach w pracy, moje ciało poczuło się od rana zmęczone :/. Po leniwym poranku krzątałam się trochę w ogrodzie;  wykopałam selery i ścięłam pietruszkę. Z niej i liści selera zrobiłam wieczorem pesto. A w międzyczasie pojechałam do Beatki z olejkami, którymi jest zafascynowana, a ja, dzięki niej, mogłam się w pełni zatrzymać i znowu się nimi zachwycić. Wąchałyśmy, sprawdzałyśmy na co działają i jaki mają wpływ również na emocje, oraz dzieliłyśmy się wrażeniami. To wszystko w pysznym towarzystwie kawy, herbaty i ciasta jaglano-jabłkowego według przepisu Agnieszki Maciąg. 




W piątek wyruszyliśmy na wycieczkę śladami moich pra- i prapradziadków z Wielkopolski. Drzewa bez liści po drodze i bezkresne pola w porannej mgle tworzyły bardzo tajemniczy i nostalgiczny klimat….Było cicho i pusto…. Wieś, gdzie urodzili się moi przodkowie ze strony taty, to takie miejsce “in the middle of nowhere”, w którym czas się zatrzymał, a może tylko takie miałam wrażenie ze względu na listopadową pogodę. W najbliższym miasteczku poszwendaliśmy się trochę po cmentarzu, gdzie m.in. znalazłam nagrobek ze swoim imieniem i panieńskim nazwiskiem (!). Moja prababcia nazywała się identycznie jak ja z domu, ale to nie był jej grób. W cukierni usytuowanej w małej uliczce prowadzącej do wielkiego kościoła zjedliśmy przepysznego rogala z białym makiem i wypiliśmy kawę. Nie wiem dlaczego, ale te dwie miejscowości przypominały mi klimatem atmosferę małych dolnośląskich miejscowości z książki Joanny Bator “Gorzko, gorzko”. Potem Rydzyna, do której stamtąd jest zabi skok, jak to określiła pani z cukierenki :). W tamtejszej dawnej siedzibie króla Polski Stanisława Leszczyńskiego też czas się zatrzymał… ;-). Gołym okiem widać, że czasy jej świetności definitywnie minęły,  a podczas zwiedzania w środku dosłownie zostałam przytłoczona ciężką atmosferą przeszłości…. Z radością wyszliśmy na świeże powietrze! Teren dookoła jest piękny, z rzucającymi się w oczy dwoma potężnymi wieloletnimi drzewami. Bardzo przypominało mi to miejsce królewski kompleks pałacowo-parkowy w Poczdamie, który odwiedziliśmy jesienią 2018. Gdyby tylko wyremonotować elewacje pałacu i jego pobliskich dawnych oficyn! Pół godzinki drogi i znaleźliśmy się w bardzo przytulnym pałacu w Pakosławiu, gdzie oddaliśmy się wspaniałej uczcie dla podniebienia :-). Pierwszy raz jadłam zupę kwasówkę wielkopolską. Dziś piłam ziołową herbatkę przywiezioną stamtąd - jest wspaniała!!! Wracaliśmy w ciemnościach wąskimi drogami przez lasy żmigrodzkie i w pewnym momencie po lewej stronie zobaczyliśmy stadko saren. W tej scenerii to spotkanie miało wymiar naprawdę metafizyczny! Niezapomniane przeżycie, tak jakbyśmy wkroczyli do ich królestwa. 




Wczoraj żegnałam się z ogródkiem warzywnym i dziękowałam ziemi za jego ostatnie dary: buraczki, marchewki, pietruszkę, niespodziewane ziemniaki i szczypiorek. Przyrządziłam marchewkę po marokańsku z pachnącymi i rozgrzewającymi przyprawami. Czytałam, miziałam koty, śpiewałam po włosku i tańczyłam do energetyzujących kawałków Ghaliego.


Dzisiaj świeciło słońce i wybraliśmy się na marszo-spacer do lasu. Było pięknie, pachniało jesiennie suchymi, nagrzanymi słońcem, liśćmi. Uwielbiam ten zapach! Potem przyjechała mama, zjedliśmy razem obiad - ugotowałam pyszną zupę krem z soczysto pomarańczowej własnej dyni hokkaido i soczewicy, wg przepisu z Jadłonomii - wyszła przepyszna! A na drugie były pieczone warzywka z ogródka z ziołowym sosem jogurtowym :). 

Z wdzięcznością kończę te cztery wolne dni!


niedziela, 5 kwietnia 2020


Przeczytałam poprzedni post o niedzielnych spadkach energii. A dzisiaj jestem na nogach od 4:15 rano i czuję się świetnie do tej pory. To jest niesamowite! Ta energia poranka faktycznie działa, no i dzisiaj jeszcze wybitnie była moc, kiedy połączeni na całym świecie medytowaliśmy, wizualizowaliśmy i modliliśmy się w intencji uzdrowienia naszej kochanej planety :). Nie połączyłam się z Agnieszką sześcioma innymi osobami, bo to "live'y" chyba można tylko oglądać na telefonie, jak mnie potem Zuzia oświeciła, a ja wspaniałomyślnie włączyłam sobie laptopa, żeby mieć większy ekran... ;-). W końcu go zamknęłam i dopiero wtedy skupiłam się w pełni. Cudnie było doświadczać świtu i tej jasności... Potem miałam tyle dobrej energii, że bez problemu upiekłam w końcu ekspresowy chlebek jogina, do którego zabierałam się od tygodnia. Otręby, mąka kukurydziana, trochę pestek, dużo ziół i po pół godziny były już pyszności. Zrobiłam śniadanie dla rodzinki i delektowałam się ciszą, bo nie chciałam ich budzić.
Że ta energia działa, ochrania, podnosi na duchu i wzmacnia dobry nastrój mogłam się również przekonać dzisiaj podczas robienia zakupów. Robiłam je również wczoraj i podczas tego oraz po powrocie do domu nie mogłam do siebie dojść, aż do wieczora. Bardzo źle odebrałam komunikaty w o tym, żeby szybko robić zakupy i pomyśleć o tych co czekają w kolejce. Szkoda tylko, że nie można było otworzyć więcej niż jednej kasy, bo to ona głównie powodowała tę wielką kolejkę na zewnątrz! Te komunikaty były naładowane energią strachu, nawoływały do martwienia się o bliskich, itp. Odebrałam to prawie że jak psychiczny terror. Potem jeszcze czekanie pod apteką i starszy pan za mną, którą prawie że tam zemdlał. Kupiłam mu to co chciał, a potem żałowałam, że nie zaoferowałam mu większej pomocy, bo przecież nie powinien wychodzić (miał chyba z 80 lat), a pewnie nie ma mu kto robić zakupów. Bez maski, stawał bardzo blisko ludzi. Problemy z sercem :(. Po powrocie byłam rozbita, chciało mi się płakać, spać, dosłownie bez sił. Na szczęście zadziała synchronizacja i jedna z naszych wykładowczyń przysłała nam maila, jakby w odpowiedzi na to moje przygnębiające zakupowe doświadczenie. Ona też była na zakupach i poczuła dokładnie to co ja, została wciągnięta w tę ciemną energię strachu. Potem, na naszej szkolnej grupie, okazało się, że prawie wszyscy mieli takie doświadczenia. Wzięłam gorącą kąpiel oczyszczającą z solą zwykłą i pachnącą oraz dużą ilością sody, słuchałam i śpiewałam mantr i czytałam piękne, pozytywne teksty i od razu mi się polepszyło. Staruszkowi wysyłałam dużo zdrowia i światła.
Dzisiaj rano po globalnym wysyłaniu światła i miłości, dobra, uzdrowienia, zdrowia też byłam w sklepie, głównie żeby zrobić zakupy mamie i była tam całkiem inna energia :). Ludzie życzliwi, uśmiechający się, rozmawiający. 

W ciągu dnia często dosłownie rozpiera mnie wdzięczność. W jednej fajnej książce o mindfulness znalazłam takie ćwiczenie, żeby sobie nastawić alarm na co godzinę i wypisywać jedną rzecz, za którą się jest wdzięcznym. Mnie to samo przychodzi, bez zegarka :). Zasadziliśmy kilka drzewek i krzewów i zauważyłam, że te drzewka traktuję dosłownie jak nowych członków rodziny, uśmiecham się do nich, otaczam miłością i patrzę z czułością. Piękny gęsty i rozłożysty cis, wysoki świerk i dwie kosmate sosny. Cieszę się nimi jak dziecko! Jestem wdzięczna za rodzinę, za ciepłą herbatę, wannę,  książki, pracę, hamak na tarasie, słońce o poranku, jedzenie (ciągle coś gotuję i piekę), samochód, sąsiadów, kwitnące kwiatki.... Człowiekowi naprawdę tak mało trzeba do szczęścia...
A w międzyczasie czytam Anitę Moorjani i jej "near-death experience". Opisała je w książce pt. "Umrzeć, by stać się sobą", którą można potraktować jako jej autobiografię, a czyta się ją jak najlepszą powieść. Jak skończę, napiszę więcej.

niedziela, 29 marca 2020


Już druga z kolei niedziela, gdy energia mi spada…Dziś w ogóle jakoś słabo spałam, przedwczoraj też, śnią mi się rzeczy z pracy (a nigdy wcześniej mi się nie śniły!), może dlatego, że praca jest teraz w domu. Może to ten nów, nowy rok astrologiczny, zmiana czasu, zmiana pogody, może za dużo jedzenia i siedzenia…. Wczoraj przepiękna pogoda, radość, chęć do życia, energia rozpiera J, a dzisiaj jakoś tak bardzo by się chciało pospać w ciągu dnia. Wczoraj cudowna przejażdżka rowerem z dziewczynami z ciepłym słoneczkiem i wiatrem we włosach. Kawałek trzeba było pedałować w górę – potem to czułam długo w mięśniach, ech, ten mój brak kondycji… Dzisiaj natomiast przejażdżka z mamą znowu na cmentarz, zimno, smutno, wspomnienie taty i łzy… 

Po powrocie wzięłam gorącą aromatyczną kąpiel, którą otuliłam się szczelnie, i było mi w niej tak miękko i płynnie – poczułam wdzięczność za ten luksus (tak samo jak wczoraj za luksus zjedzenia obiadku i przesiadywania w hamaku na tarasie). W wannie czytałam „Radość życia” Romy Ligockiej i ta właśnie książka stała się szczególnie bliska mojemu sercu. Mogłabym się podpisać pod wszystkimi przemyśleniami pani Romy! Chciałabym coś zacytować, ale musiałabym chyba przepisać całą książkę…. Niektóre refleksje „rozklejają” człowieka oraz wyciskają łzy w oczach nie tylko z pozytywnego wzruszenia, ale jej słowa przede wszystkim są apoteozą życia, uczą jak całkowicie zanurzyć się w chwili i nią delektować. Pisze o lękach i swoich „demonach”, ale również, a nawet przede wszystkim, niesamowicie ciepło i wzruszająco pisze o zwykłych momentach codziennego życia. Jej teksty powinny być czytane zamiast niektórych, ciężkich do strawienia, poradników, bo pomimo czasami ciężkich tematów wprowadzają człowieka w zachwyt! A jej opisy miejsc, do których podróżuje są tak cudownie przedstawione, że od razu chciałoby się tam być i tak jak ona celebrować każdą sekundę życia (kiedy na przykład pije cappuccino w Nicei, Rzymie czy Maladze, to dosłownie czuję jej smak na swoim języku).

Na ostatniej stronie Roma Ligocka pisze:
„Czy muszę martwić się przemijaniem, kiedy wszystko we mnie domaga się radości życia?
Rozmyślałam przez ten cały czas nad tym, że chciałabym zatrzymać przemijanie także i dla Ciebie, Czytelniku. Odgrodzić Cię od niego, zatrzymać choćby tylko na chwilę. Na tyle, ile zajmie Ci przeczytanie tej książki.”  

Chyba taka zachęta od samej autorki wystarczy? ;-)

Tę książkę znalazłam na Legimi, dzięki darmowemu dostępowi przez bibliotekę miejską, i jak zawsze byłam przeciwniczką elektronicznego czytania, tak dzisiaj nawet mi się to podobało ;-). Telefon mam zazwyczaj wszędzie przy sobie, więc wszędzie mogę go wykorzystać do czytania,  a przy tym nie trzeba nosić ciężkich książek J.

A gdyby ktoś miał za dużo wolnego czasu i potrzebował pomysłów na własny rozwój to polecam instagram Agnieszki Maciąg i jej codzienne wpisy o przepracowywaniu różnych rzeczy w ciągu obecnych 12 dni (w związku z nowiem księżyca) – dziś jest dzień piąty. Zakończę jej cytatem, który się sprawdza nie tylko w tych czasach…

„Nieważne jaki świat jest na zewnątrz Ciebie, ważne – jaki jest w Tobie”

poniedziałek, 6 stycznia 2020



Zrobiłam podsumowanie roku 2019 i zachwyciłam się moim życiem! Przeczytałam wpisy, ponownie doświadczyłam tych pięknych emocji, ale przede wszystkim odczułam wielką wdzięczność za to wydarzyło się w roku 2019. Nie był on łatwy i nudny, na pewno nie! Wypadek Rafała, egzaminy i nowa szkoła Zuzi, majówka w Maroku, miesiąc Natalii w Anglii, choroba Rafała, DOM, 18-te urodziny Natalii, Szkoła Trenerów Rozwoju Osobistego, bardzo dużo pracy w pracy…. Ale jestem ogromnie wdzięczna za każde wydarzenie, doświadczenie, spotkanie, każdy koncert, książkę, wyjazd, uśmiech… Dzięki nim czuję się niesamowicie wzbogacona! Czuję się bardzo bogata umysłowo, emocjonalnie, duchowo i społecznie!!!

Mam jakieś takie przeczucie, że rok 2020 będzie o wiele spokojniejszy…. Żegnam się z 2019 i robię miejsce na nowe, choćby to był tylko odpoczynek J

FILMY
19.01. – „Faworyta”, DCF
2.02 – „Green book”, DCF
14.11 – Gundermann, NH
22.11 – „Moje dzieciństwo i ja” – Tydzień Filmu Niemieckiego
23.11 – „Lotte w Bauhausie”, „Die Toten Hosen w trasie – żyje się tylko raz” – Tydzień Filmu Niemieckiego
25.11 – „Złote rybki” – Tydzień Filmu Niemieckiego
26.11 – „Wackersdorf” – Tydzień Filmu Niemieckiego
28.11 – „Obrazy bez autora” – Tydzień Filmu Niemieckiego

WYDARZENIA KULTURALNE i nie tylko
17.01 – spotkanie z Rafałem Dutkiewiczem i jego książka, Art Hotel
23.03 – AquaSonic w ramach PPA
26.03 – „Puls” Poświatowska w ramach PPA
28.03 – koncert Loreeny Mckennit w Zabrzu
Koncert w Vertigo z Natalią i Michałem
7.04 – „Pani Furia” w Teatrze Współczesnym, na podstawie książki Grażyny Plebanek
7.04 – koncert w Vertigo Jazz Club, Sasha Strunin i Filip Wojciechowski Trio
9.04 – „Niemen inaczej” z Januszem Radkiem w NFM
27.04 – pierwszy koncert „Poets of the Fall” w Polsce! Warszawa, z dziewczynami i Sławkiem z Magdą
25.05 – Europejska Noc Literatury - Natalia
26.05 – koncert Mirosława Czyżyiewicza w Starym Klasztorze
10.06 – spektakl „Non est finis” „Ku pamięci Romana Kołakowskiego” z Januszem Radkiem w Teatrze Polskim
16.06 – Nouvelle Vague w Starym Klasztorze
23.06 – występ Natalii w Obornikach Śląskich
23.06 – wystawa Mariny Abramovic – „Do czysta” w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu
wrzesień – dwa spotkania wokół „Kamienic” w kamienicy Oppenheim na pl. Solnym i w Urban Garden na dachu Renomy
16.11 – koncert Janusza Radka w Imparcie i spotkanie z fanclubem  JR
19.11 – „Aida” w Teatrze Roma w Warszawie
29.11 – spotkanie z tłumaczką trzeciego tomu pamiętników Daisy w Książu
6.12 – Preludium Słowiańskie w Imparcie – Art Color Ballet, Wataha Drums i Strojone
7.12 – występ Natalii (3 miejsce!) i Miśkiewiczów podczas XXXXVII Nocnych Spotkań Muzyczno-Literackich w Imparcie
8.12 – spotkanie z Breslauerami z „Kamienic” cz. 2 w Art. Hotelu
10.12 – „Dziadek do orzechów” w Operze Wrocławskiej
11.12 – Mikromusic z Dolnej Półki w Imparcie
13.12 – Ciechowski symfonicznie w Toruniu z Januszem Radkiem
27.12 – day spa rodzinnie z mamą
31.12 – rodzinnie floating – niebiański relaks!

PODRÓŻE dalsze i bliższe
MarzecLubiąż z Ianem
Kwiecień – Natalia w International Village w Chorwacji
Majówka – Maroko: góry Atlas i nieziemski pobyt w berberyjskiej rodzinie, Essauira nad morzem oraz Marakesz.
Maj – zielona szkoła Zuzi w Trójmieście
Czerwiecszalony weekend z Zuzią w Londynie – Muzeum Historii Naturalnej z Księżycem, przepych w Harrods, odpoczynek, nauka geografii i długi spacer w Hyde Park, u Misia Paddingtona i na koncercie BTS na stadionie Wembley. Wdzięczność niesamowita, że mogłam być na tym stadionie i poczuć emocje zakręconych pozytywnie fanek BTS, które świetnie się bawiły i śpiewały piosenki swoich idoli jeszcze przed ich wyjściem na scenę!
Czerwiec Kliczków służbowo – cudna pogoda i otoczenie
Lipiec – Natalia - Niemcy
Lipiec – Toruń – wystawa Mariny i obiad u Roba i Beaty
Sierpień – Natalia 4 tygodnie w Totnes w szkole językowej
Sierpień – ślub Krystiana i Natalii w Nisku
Listopad – Berlin z Magdą, Sławkiem i Antosiem – spotkanie z Ghisem i jego rodziną, wizyta w Charlottenburgu, spacer centrum Berlina
Listopad – Warszawa – konferencja HR
Listopad – Książ i Ogrody Światła
Grudzień – Toruń – koncert Ciechowski Symfonicznie i pobyt w bajecznym domu Roba i Beaty
Lipiec – grudzień – spacery i jazda rowerem po wsi i okolicach J

EATING OUT
20.01 – Wilk Syty z babcią
26.05 - Wilk Syty z babcią
28.07 – Barka Tumska
8.12 - Wilk Syty

BOOKS BY KATE
„Pokonać mur” – Marina Abramovic – top class!!! Życie Mariny wciąga niesamowicie, uwielbiam ją!!! Za odwagę, za zmierzenie się z traumą dzieciństwa, uzdrowienie siebie przez sztukę, za miłość do ludzi, niepoddawanie się i cudowny optymizm. Wystawa – retrospekcja jej dorobku życiowego „Do czysta” była wisienką na torcie, crème de la crème.

„Prezydent” – o Rafale Dutkiewiczu, poprzedzone spotkaniem z byłym prezydentem Wrocławia. Historie w książce niesamowite, wzruszające, zaskakujące, ludzie z całego świata, zwroty akcji i wielki szacunek dla tego pana, za to co zrobił dla mojego miasta.


„Tak jak człowiek myśli. Przyczyny i skutki tego, co nas spotyka” – James Allen

„Moc pozytywnego myślenia” – Norman Vincent Peale

„Ferma Blond” – Piotr Adamczyk

„Kod szczęścia” – Richard Wiseman


„Botanika Duszy” w oryginale – The Signature of Things – E. Gilbert  


„Simona” – O tym, jak zwierzęta i przyroda w Białowieży pomogły uleczyć bardzo zranioną duszę potomkini sławnego Kossaka

 „Twój dobry rok – Agnieszka Maciąg
„Miłość – ścieżki do wolności” – Agnieszka Maciąg
„Narodzić się, aby wygrać” – świetna książka o życiu i komunikacji międzyludzkiej, jak się porozumiewać, aby być wygranym, czyli zrozumiałym, wysłuchanym i ustatysfakcjonowanym. Rzecz traktuje o analizie transakcji międzyludzkich, czyli wypowiedzi ze stanów JA – dziecko, JA- dorosły, JA – rodzic. Jak dla mnie rewelacja! Mówi o skryptach rodzinnych, które realizujemy. Książka o psychologii, którą czyta się jak najlepszą beletrystykę!
„Pod osłoną nieba” – P. Bowles – przepięknie i delikatnie napisana opowieść o związku dwojga zagubionych osób pod marokańskim niebem. Afryka, kolonializm, miłość i okrucieństwo…  Inna niż wszystkie… Przeczytałam przed wyjazdem do Maroka J


 „Salt path” w oryginale– Raynor Winn – o niesamowitej ludzkiej sile, kiedy wszystko się zawaliło….


„Koniec samotności” – Janusza Wiśniewskiego – zanurzenie się w pięknym, dobrym świecie J
„Jak mniej myśleć” – o nadwydajnych umysłowo i wysoko wrażliwych. Cudnie było czytać o sobie samej, co chwilę się dziwiłam – jak to możliwe, że autorka tak dobrze mnie zna! Porady jak sobie z tym poradzić znalazły się dopiero na końcu.

„Kamienice” cz. 2 – jak tylko piszę ten tytuł, to czuję emocje towarzyszące czytaniu tych niesamowitych opowieści z czasów wojny i radzenie sobie potem z tą tragiczną przeszłością. Zwieńczone spotkaniem z większością bohaterów, około 90-letnich Breslauerów, pełnych ciepła, radości, uśmiechu i wewnętrznego spokoju <3

„Słowa mocy” Agnieszki Maciąg – można smakować cały rok

„Kiedy dusza choruje” – o ustawieniach rodzinnych i nauczaniu Hellingera, o odwiecznym porządku w rodzinie i o tym, co się dzieje, kiedy jest zaburzony, o tym, że jak się jest złym na rodziców, to jest się złym na cały świat. Coś pięknego, takie proste, a mądre stwierdzenia, które działają. Często o nich  myślę, fascynują mnie…

SPORT
Joga kundalini, zumba, rower, długie spacery
26.05 – pokaz zumby na Hot Spocie
Czerwiec – Zumba w Kliczkowie
Czerwiec – pokaz Zumby podczas Coloour Run na Stadionie Olimpijskim
Grudzień – pokaz Zumby na kiermaszu charytatywnym w Zuzi szkole

ROZWÓJ
Szkoła Trenerów Rozwoju Osobistego – 2 i 3 semestr
webinary o Ajurwedzie

SPOTKANIA
13.01 – U Dobrusi
luty - Bal Karnawałowy służbowo
marzec – weekend z Ianem
29.03 – 50-tka Karoliny
lipiec – sierpień: Marta, Ania, Jochen, Piotrek z Danusią, Asia z Anią, Mama z ciocią Marysią, ciocia Janka z wujkiem Adamem u nas w nowym domu
lipiec, grudzień – z Beata i Robem w Toruniu
wrzesień, grudzień  - z Gosią O.
6.10. – 18-tka Natalii!!! i 13.10
16-17.11 – z Małgosią S pokoncertowo i śladami wrocławskich kamienic



niedziela, 3 listopada 2019



Tak bardzo fascynuje mnie życie i jego przeżywanie, że nie mogłam się powstrzymać od nabycia książki Jeffa Fostera pt. „Tak! Kochaj to co jest… Całkowite otwarcie się na ból i radość życia”. Autora znam z jego cytatów na FB, które bardzo ze mną rezonują. Książka dotarła w czwartek, akurat na te wolne dni. Teksty w niej zawarte napisane są pięknym językiem, pełnym miłości do człowieka i jego obecnej sytuacji. Bardzo życzliwie i ciepło przekonywują go do całkowitego zaakceptowania sytuacji w jakiej jest „tu i teraz”, bez konieczności ciągłego rozwoju, szukania oświecenia, walki, itp… Słowa Fostera są czystą apoteozą życia przez duże „Ż”. Sprawiają, że się uśmiechasz i oddychasz z ulgą myśląc: „jestem w domu…nigdzie dalej nie muszę iść, tu jest dobrze…” Chciałabym przepisać tu całą książkę, bo wszystko wydaje tak bardzo trafne i potrzebne, i tak cudnie otula człowieka.

„Właśnie tu i właśnie teraz, w tej chwili, nie musisz wymyślać reszty swojego życia, bez względu na to, co kto mówi. W tym momencie nie potrzebujesz żadnych odpowiedzi. One nadejdą, z czasem…., albo i nie…albo być może niepotrzebne pytania odpadną. Nie ma pośpiechu. Życie nigdzie się nie śpieszy. Bądź jak pory roku. Zima nie stara się być latem. Wiośnie nie śpieszy się do jesieni. Trawa rośnie w swoim własnym rytmie. Nawet deszcz nie pędzi na ziemię (…)”
„Lekcje umierania” mówią o towarzyszeniu umierającemu jako wielkim przywileju. Są rozdziały o związkach, o marzeniach, o chorobie, o samotności, o zmianie, odpoczynku, o rozpaczy, stracie, o tym, gdy wszystko idzie źle; w jednym wielkim skrócie – o tym, jak powiedzieć Życiu TAK; są cudowne wiersze i listy pełne miłości, w których autor zwraca się do czytelnika „Przyjacielu”. Bardzo wzruszające i poruszające są jego słowa. Polecam te przepiękną książkę, napisaną w taki sposób, w jaki mówiłaby do Ciebie ukochana osoba w głęboko intymnej relacji.
Potrzebna mi ta akceptacji życia, szczególnie akceptacja zeszłotygodniowej zmiany czasu. Brak mi światła dziennego, kiedy wracam do domu po pracy i chciałabym odpocząć w ogrodzie, tzn. w ogóle go zobaczyć! Brak mi tego światła na zabawy podwórkowe z Kicią, brak mi życiodajnej siły słońca! Budzę się wczesnym rankiem, według starego czasu, a wieczorem zasypiam na kanapie jakby mi ktoś „urwał film”. Ćwiczę energetyczne ćwiczenia w domu, codziennie staram się śpiewać mantry, chodzę na zumbę i jogę (po której jestem osłabiona zakwasami, bo miałam długą przerwę).
W pracy rozmawiam z wieloma kandydatami, szukam m.in. asystenta i każda historia ludzka, której wysłuchuję, jest ciekawsza niż niejedna telenowela, których wprawdzie nie oglądam, ale wiem, że potrafią być wciągające. Musze wybrać jedną osobę – będzie trudno…

Zrobiłam bananowy chlebek z lnianym siemieniem - pachnie cudnie, zapaliłam wszędzie świeczki – migoczą bajecznie, włączyłam dyfuzor z olejkami eterycznymi… Kwiaty w donicach, które cztery miesiące stały na tarasie przywędrowały do jadalni, są duże i zielone i sprawiły, że wnętrze jest przytulniejsze i radosne J.







niedziela, 23 grudnia 2018


Ból mięśni nóg jak po przejściu gór, ból pięt od długiego stania na twardych kapciach, trzy rany kłute, dwa przycięte paznokcie i skóra rąk pomarszczona jak u praczki, nie wiem ile kilogramów więcej od próbowania gotowanych i pieczonych dobroci, wielokrotne wizyty w sklepach i jazda na drugi koniec miasta po zakwas buraczany, odsłuchane przy okazji pierwsze rozdziały dwóch bardzo ciekawych książek o mózgu - oto bilans dwóch ostatnich dni sprzątania, pieczenia i gotowania. Zawsze mi się wydaje, że tego, co planuję zrobić na święta nie jest za dużo, ale niestety każdego roku wychodzi, że jednak jest. W zeszłym roku robiłam o wiele więcej, praktycznie wszystko, u rodziców, ale wtedy byłam niesamowicie zmotywowana (też chorobą taty). W tym roku nie było lekko - nie mogłam się skupić na odpowiednich ilościach składników, mieszało mi się i ręce i nogi bolały. W placku migdałowym zamiast 70g kaszy manny wsypałam całe pół kilo (całą torebkę) i jeszcze chciałam dosypać 200g, żeby było 700, bo mi się trochę zera pomyliły ;-). Dodałam trochę więcej innych składników, zwizualizowałam efekt końcowy (mimo, że pierwszy raz piekłam to ciasto ;-), rozświetliłam je dobrą energią i..... wyszło cudowne!!!!!! Za to keks z rumem wyszedł bardziej suchy i mniej keksowaty, niż rok temu, a rok temu był przepyszny. Żałuję, że nie dałam więcej orzechów włoskich, które tak lubię, a których mamy kilogramy (i problemy z miejscem ich przechowywania), tylko jak automat odważałam po 50g poszczególnych bakalii... 
Sałatki jarzynowej też wyszło parę kilogramów, barszczu min. 5 litrów, 2 kg śledzi (w ziołach z czosnkiem i drugi rodzaj w pomidorach, śliwkach, z imbirem i pomarańczą (miodzio!) i wielki gar kapuchy. Zamiast gotować i piec regularnie co jakiś czas, to ja teraz wszystko naraz, jakbym chciała to nadrobić. Znajomi wyjechali wczoraj do hotelu i tam im zrobią wigilię. Może my tak za rok też?

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Relaks na działce to jest to! Szczególnie po 10 godzinach pracy ;-)."Wyżywałam" się dzisiaj będąc w pełni "tu i teraz" obcinając długaśne pędy winogron, które zasłaniały drzewo wiśniowe. Czułam się jak w dżungli - pędy winogron miały ogromne liście i grube łodygi, nie miałam pojęcia, że mogą być takie wielkie!
Pojechałam tylko po fasolkę szparagową, a przy okazji zerwałam jeszcze pietruszkę, sałaty, resztkę szczypiorku, buraczka, lawendę, no i wiśnie. Dziwnie się czułam zrywając wiśnie w czerwcu! Ale poza tym był ciepły wieczór, wprost przeciwnie do poranka. Nasuwa mi się tu bardzo trafne zdanie: "proste czynności mają w sobie dużo magii". W samochodzie pachniało cudownie lawendą i świeżą zerwaną pietruszką. To było niebiańskie!!! Potem jeszcze do pobliskiej Biedronki po kuskus i czosnek, żeby zrobić przepyszną sałatkę tabuleh, którą cztery lata temu jadłam pierwszy raz w libańskiej restauracji w Dubaju. Najpierw chciałam zrobić pesto z pietruszki i szukając przepisu u Maciągowej znalazłam również przepis na tę sałatkę. Wyszła przepyszna! Ma dużo żelaza i wit. C, więc przyda się i mi i tacie. Powtarzam sobie słowa dr Shivani, że na nic się zda nasze martwienie się zdrowiem bliskich, że nic nie pomoże. Ale bardzo smutno jest patrzeć na cierpienie bliskich.... Taka trywialna sprawa, a w zasadzie najważniejsza - łóżka w tym szpitalu są bardzo stare, nieregulowane i z byle jakim materacem. Zmiana takiego łóżka na lepsze o wiele poprawiłaby komfort życia taty. Ale na całym oddziale nie ma lepszych łóżek, są tylko na intensywnej terapii.  






wtorek, 6 lutego 2018

Z ciekawości sprawdzam w statystykach tego bloga, z jakich krajów pochodzą jego czytelnicy J. Było już ich naprawdę dużo, i to kilka dość egzotycznych jak wyspy Bahama, Indie, czy Zjednoczone Emiraty, ale od kilku dni, oprócz Polski, Portugalii i USA pojawia się codziennie Estonia. Estonia, która skradła moje serce prawie dwa lata temu i do której czasami tęsknię. Do tej pory nie napisałam relacji z naszej podróży po Krajach Bałtyckich, pamiętam, jak planowałam zawrzeć w niej praktyczne rady, jak sobie nagrywałam na dyktafon, to co akurat zwiedzaliśmy i przeżywaliśmy. Teraz już połowy z tego nie pamiętam…Ach te podróże… Znowu mnie kuszą – wczoraj byłam na masażu, który dostałam w prezencie i przegadałyśmy z panią kosmetyczką prawie dwie godziny o podróżach. Ona rok temu była w 18-tu nowych miejscach i bardzo polecała mi Islandię, a ja jej Rumunię ;-). Czułam się tam jak w innym świecie – oderwana na chwilę od zimna i szarówki za oknem.

Wczoraj też w ostatniej chwili przed zamknięciem wpadłam do biblioteki po ostatnią część neapolitańsko-włoskiej historii – rzeki. Przez cały dzień czułam się jak na głodzie i wyobrażałam te chwilę, kiedy w końcu będę mieć tę książkę w swoich rękach. Ta część „Historia zaginionej dziewczynki” jest chyba najgrubsza z wszystkich i jej dominantą nie jest już tak bardzo wzloty i upadki wieloletniej przyjaźni dwóch kobiet, ale przed wszystkim miłość. Zresztą on przewija się od samego początku, ale tutaj jest na pierwszym planie. Czegóż to się nie robi z miłości! Same szaleństwa! Kto tego nie zaznał chyba nie jest sobie w stanie wyobrazić jak wielka może być beztroska i lekkomyślność, ale też uczucie ogromnego szczęścia, kiedy człowieka dopadnie taka obłędna fascynacja płcią przeciwną…

Dzisiaj w ciągu dnia weszłam na FB, żeby zrobić sobie krótką przerwę w nudnych czynnościach i nagle zobaczyłam Natalię i jej musicalową grupę, jak śpiewają podczas otwarcia wystawy w Strasbourgu. Niesamowite! Akurat wtedy!!! Byłam bardzo dumna ;-). Pan Buzek z nimi podśpiewywał. Cieszyłam się, że ta wystawa jest o naszym wspaniałym Wrocławiu (przygotowana przez Centrum Zajezdnia). O 5 rano dziecko będzie już z powrotem we Wrocławiu.


Pomimo długiej pracy i zmęczenia wyszłam dzisiaj na zumbę. I dostałam takiego zastrzyku energii, że sama się temu dziwię. Podczas zajęć uśmiech nie schodził mi z twarzy, śmiałam się z mojego mylenia kroków podczas nowych układów, wczuwałam w tańczenie i endorfiny same płynęły ;-). Dziś było nas bardzo dużo. 

niedziela, 14 stycznia 2018

Stałam się w końcu domowym zwierzęciem – jak kiedyś zawsze mnie nosiło, moja Vata fruwała w przestworzach, teraz doceniam małe domowe i rodzinne życie. Uwielbiam wolne poranki, poranną ciszę, ćwiczenia w tej ciszy (inni śpią), wolne śniadania razem…. Czytanie, słuchanie, gotowanie, nawet mycie naczyń mi się podoba ;-). Każdego weekendu „pacyfikuję” swoje 1000 pomysłów na to, co mogłabym robić i może czasami wychodzi mi jeden lub dwa…. Często też przez to spowolnienie weekendowe jednak wieczorem gonię z tym, co chciałam jeszcze zrobić, a nie zdążyłam…  Czasem też tracę przez niezdecydowanie i skakanie mojego umysłu i to że zamiast tego, może lepiej zająć się czymś innym… Ciężko jest żyć, kiedy w człowieku jest tyle sprzeczności…
Pomimo napiętego planu Natalii na dzisiejszy dzień udało nam się wyjść do Zajezdni zobaczyć wystawę o Tytusie, Tomku i A’tomku, spędzić czas rodzinno-feryjnie (jutro nie ma szkoły, hurraaaaa!!!) i przy okazji pośmiać się trochę, poza tym lubię tak jakoś te powroty do dzieciństwa.... Papcio Chmiel miał niesamowitą fantazję, nie tylko tak pięknie rysował, to jeszcze wymyślał te wszystkie wynalazki i przygody, jak również miał świetne poczucie humoru. Obejrzeliśmy też część filmu o bohaterach tego kultowego komiksu. Wracając odwiedziliśmy rodziców i posiedzieliśmy tam trochę. Do Natalii przyszły Kasia i Gosia - jej przyjaciółki od przedszkolaJ, choć widują się bardzo rzadko. Wyściskaliśmy się wszyscy mocno. Tak sobie myślę, że dziewczyny już są w liceum, niedługo 18-tka, a ja sama czuję się bardzo podobnie i dalej nie wiem, na czym się w życiu skupić ;). Tylko w lustrze już nie ta sama osoba i po każdych ćwiczeniach zakwasy, tak jakby za każdym razem zaczynała od nowa, ciało się zmienia, a w głowie dalej fiu bździu :D



piątek, 12 stycznia 2018


Jedyną korzyścią z codziennych porannych przedzierań przez miasto jest to, że mogę trochę poczytać, choć jak wyjeżdżamy to jeszcze długo jest ciemno. W tym tygodniu na przemian czytałam „Genialną przyjaciółkę” Ferrante i „Spokój to każdy z nas” Thicha Nhata Hanha. Pierwsze zdania w tej książce to:

„Życie jest pełne cierpienia, ale nie brak w nim też cudownych zjawisk, takich jak błękit nieba, słońce, oczy niemowlęcia. Nie wystarczy cierpieć. Musimy także dostrzegać cuda tego świata”.

Trudno dostrzegać te cuda o 7 rano w zimie, no ale czasami trafi się nieziemski wschód słońca ;-). Ostatnio zachwycam się też świeżością, rześkością powietrza, które czuję po wyjściu na świeże powietrze.

Jednym z takich cudów jest też solidarność i życzliwość ludzka – napisałam wczoraj do znanego patologa w USA, który okazał się być naszym klientem i poprosiłam, żeby spojrzał na dokumentację choroby mamy mojego kolegi. Kiedy już miałam wychodzić z pracy punktualnie po ośmiu godzinach (ostatnio mi się to jakoś nie udawało) zadzwonił do mnie na Skypie i pół godziny „w plecy”. Ale chociaż się pośmiałam, bo to jest specyficzny człowiek i sam ciągle się śmieje swoim charakterystycznym hinduskim śmiechem J. Potem jeszcze kupowanie 7kg puszek z jedzeniem dla psów do Zuzi szkoły (ciągle na coś zbierają) i w domu byłam po 18.30…. Za to pod domem usłyszałam nagle moje imię – miło było zamienić parę słów z moją byłą najlepszą sąsiadką, Beatką J.  Dzisiaj dobre wieści od niej, rozmowa z tatą po wizycie lekarskiej, wspominki z wyjazdów nad morze, kiedy dziewczyny były malutkie, kawa w lokalnej kawiarence, przepiękna mantra obfitości, pyszna dynia z warzywami, ciepła kąpiel i wdzięczność, że jutro nie zadzwoni budzik ;).

Chciałam napisać jeszcze o „Genialnej przyjaciółce”, ale królestwo snu wzywa….

niedziela, 31 grudnia 2017

Od czego by tu zacząć?.... Mija rok, mija 365 dni. 365 cennych dni danych nam wszystkim do jak najlepszego wykorzystania. Nie wchodząc w szczegóły czuję, że pomimo „dołów”, nieprzyjemnych doświadczeń, skrajnych emocji (szpital, pogrzeby), momentów smutku i negatywizmu, który pomimo wszystko zawsze mnie dopadał w większym, czy mniejszym stopniu, te 365 dni przeżyłam świadomie, z uwagą i starając skupić się na pięknych, codziennych, powszednich, małych chwilach, z których składa się Życie. Dzięki temu mam wrażenie, że w tym roku zdarzyło się bardzo dużo i był on bardzo bogaty, bardzo obfity….w Życie. Zauważałam te chwile, zauważałam automatyzmy, których lubi używać mój umysł, moje tendencje do narzekania/zrzędzenia, zauważałam automatyzmy, które rządzą innymi ludźmi…

Wnioski:
1. Nie jest łatwo przestawić umysł na inne tory. W ogóle nie jest łatwo. Mnie się to jeszcze nie udało. Ale uświadomienie sobie swoich myśli i zachowań jest już pierwszym krokiem i jestem z niego bardzo dumna. Nie medytuję regularnie, nie odbywam regularnie żadnych innych praktyk duchowych (oprócz wdzięcznosći) i ten brak systematyczności to wszystko opóźnia. Ale ciągle nad tym pracuję i to jest najważniejsze! J  
2. Wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i możemy sobie nawzajem pomagać i się wspierać. Nawet jak się komuś wydaje, że jest sam i „nikt go nie lubi” to nieprawda!!! Mamy podobny los, podobne doświadczenia i podobnie na nie reagujemy. Mamy takie same potrzeby, a tą najważniejszą jest zawsze Miłość, w jakiekolwiek postaci by ona się nie przejawiała. Drugą najważniejszą rzeczą jest Akceptacja. Jesteśmy jedną Wspólnotą, która na siebie oddziaływuje, dlatego życzenie innym wszelkiej pomyślności jest dla nas kluczowe.
 3. Wszystkich nas zżera stres. Codziennie trzeba sobie wypracowywać dystans do zdarzeń, które nas spotykają i do ludzi, którzy z nami obcują i na nas w jakikolwiek sposób wpływają. Nie jest to łatwe. Ale jest możliwe. Ja będąc osobą nad-empatyczną przesadnie wczuwam się w uczucia moich rozmówców, często całkowicie gubiąc siebie po drodze. Wiem o tym i nierzadko wyrzucam sobie to potem. Ciężko mi się odgrodzić.
4. Ciężko też jest nie karmić swojego Ego, żądnego ładnego wyglądu, ładnych ubrań, fajnego samochodu, pochwał, itp. Ciężko szczególnie żyjąc w czasach i otoczeniu, które promują cały ten pokarm dla Ego, wszędzie w sklepach, na bilboardach, w reklamach, w szkole, w mediach społecznych, itp. Porównywanie się na naszą niekorzyść potrafi nas doprowadzić do depresji. U mnie w pracy przy obiedzie często toczą się rozmowy o samochodach, domach i dobrobycie materialnym. Jestem jedną z nielicznych osób, które zarabiają najmniej w tej firmie. Zawsze, kiedy myślę o pensjach kolegów, ogarniają mnie dołujące uczucia. Nie zazdrość, prędzej żal. Dlatego znowu ten dystans jest kluczowy. 
   5. Nawiązując do pkt. 4 – mając dużo materialnie i tak możesz przegapić to Życie, przeżyć je automatycznie, nie żyjąc w pełni, a żyjąc według utartych schematów i automatyzmów. A to byłaby wielka szkoda, bo to Życie pomimo wszystko jest DOBRE.  

2 stycznia tego roku napisałam: „Planuję tylko więcej spać, jeszcze częściej słuchać muzyki (bez tego nie mogę żyć), czytać więcej książek, oglądać jeszcze więcej zachodów słońca (i wschodów), więcej tworzyć (dlatego też zaczynam ten blog!), chodzić częściej na spacery do "mojego" pobliskiego lasu, więcej się śmiać (czyli doceniać pozytywy), częściej się przytulać (uwielbiam!), więcej marzyć, więcej podróżować, mieć więcej radości na co dzień i rozsiewać więcej miłości (i pomagać innym choć dobrym słowem). Do tej listy dodaję "Być bardziej wdzięcznym za to, co się ma i czego się doświadcza w danej chwili". Ta lista świetnie mnie opisuje - od roku pracuję nad sobą, żeby zwolnić, doświadczać chwili tu i teraz, akceptować, to co się przydarza i przyciągać do siebie, to czego się pragnie."

Pisząc to 2 stycznia nie miałam kompletnie pojęcia, że kilkanaście dni potem zacznie się pobyt taty w szpitalu i jego niewydolność serca, której nie da się wyleczyć, trzeba się tylko modlić, żeby nie było gorzej. Nie wiedziałam, że nasze pisma do dyrektorki, a później wszystkie duże działania o pozostawienie klas siódmych w swojej szkole skończą się spektakularnym niepowodzeniem.... Wtedy nie wiedziałam, że będę miała świetną okazję spróbować „akceptować, to co się przydarza”….Miałam też okazję przekonać się, że masaż Reiki działa i można przekazywać uzdrawiającą energię i wizualizacje potrzebującej osobie. Książek więcej nie przeczytałam, ale przynajmniej utrzymałam tę samą liczbę, co rok temu (22). Na pewno więcej się śmiałam, bo tak bardzo potrzebowałam więcej się śmiać, śmiać się tak beztrosko i z całego serca (brzucha;). Muzyki też dużo słuchałam – głównie w samochodzie, osładzając sobie tym stanie w korkach lub na przejazdach kolejowych. Nie przegapiłam żadnego zachodu, ani wschodu, kiedy tylko mogłam, „goniłam je” szczególnie na bajkowej Teneryfie, cudownych górach Rumunii i nadmorskich klifach Malty, ale nie odpuściłam też żadnemu zachodowi z mojego okna i balkonu J. Na spacery do pobliskiego lasu nie chodziłam tak często, jakbym chciała, ale cieszę się, że wielokrotnie wyciągnęłam na nie Zuzię, która bardzo lubiła sobie podczas nich ze mną rozmawiać. Na pewno też często się przytulałam z moją rodzinką, zawsze kiedy moje córki tego potrzebowały (a korzyści były obopólne), zawsze do męża, kiedy było mi zimno i często do moich rodziców, szczególnie do taty. Wielokrotnie chciałam też uściskać moich kolegów z pracy, kiedy zwierzali mi się ze swoich problemów, no, ale… nie wypada ;). Przesyłałam wirtualne „misiaczki” przyjaciołom na całym świecie i tym też blisko. W tym roku podróżowałam wyjątkowo dużo, więc ten „plan” spełnił się na 1000%! Pomimo dużej ilości smutku miałam też dużo radości, dużo więcej niż normalnie (nieustannie nad tym pracuję), tej dużej, ale więcej tej małej, codziennej radości ze zwykłych czynności, z otaczającego mnie piękna, niebieskiego nieba, zieleni, ptaków, słońca, z uśmiechu ludzi dookoła, z posiadania samochodu, który mnie dzielnie zawoził do pracy, a całą rodzinkę w różne miejsca, kiedy wiało i padało i było mało czasu, i tym podobnych drobiazgów…. Czy rozsiewałam więcej miłości nie mnie osądzać, cieszę się tylko, że kilka osób pisało, że to co piszę na blogu jest dla nich cenne; że pomogłam przynajmniej słownie i wysłuchaniem (swoją obecnością) kilku moim kolegom z pracy, wsparłam jedną potrzebującą rodzinkę przekazując im meble, ubrania i zabawki; wpłacałam na WOŚP i Szlachetną Paczkę, a moja firma za każdą wpłatę przekazuje drugie tyleJ; pomagałam rodzicom, udzieliłam kilku porad ajurwedyjskich; sprawiłam trochę małej radości przyjaciółkom. To jest nic, wiem, bardzo chciałabym zrobić coś większego, chodzi to za mną od dłuższego czasu….

Za to wszystko wymienione powyżej oraz wszystko inne, czego doświadczyłam, za cały ten rok, za te 365 dni bez wyjątku jestem ogromnie WDZIĘCZNA!!!! Dziękuję!!! J J J
Może kogoś zainspiruje moje szczegółowe podsumowanie:
FILMY
06.01. „Paterson”, „Dusigrosz”
08.01 „Sing”- familijnie
18.01 „Las, 4 rano”
24.02 „Pokot”
31.03 „Piękna i Bestia” - familijnie
29.04 „Porto”
28.05 „Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski” - familijnie
06. "The bucket list"
18.08 „Sztuka kochania”
202.10. „Podwójny Kochanek”
08.10 „Powiernik Królowej”
Listopad: „Tydzień Kina Niemieckiego”: „Witajcie u Hartmannów”, „Ja i Kamiński”, „Powrót do Montauk”, „Western”
26.12 „Morderstwo w Orient Expressie”, „Paddington 2” - familijnie
27.12 „Paddington”
28.12 „Najlepszy”
WYDARZENIA KULTURALNE i nie tylko
22.01 Śniadanie literackie – spotkanie z Katarzyną Georgiu, poetką, czarownicą
19.02 Śniadanie literackie – spotkanie z Nadią Szagdaj, pisarką
08.03 – Strajk Kobiet
18.03 spotkanie z Jesse’m Cookiem w „Prozie”
19.03 koncert Jesse Cook and Band – Capitol
26.03 “Nie lubię Pana, Panie Fellini” – spektakl w CK Zamek
22.04 Europejska Noc Literatury; wystawa fotografii Wrocławskim krOKIEM, czyli człowiek w architekturze miasta 
09.04 Śniadanie literackie „Proza” – spotkanie z poetą Gabrielem Kamińskim
23.04 Śniadanie literackie „Proza”
09.05 koncert Mirabai Ceiba – Impart
07.06 Koncert zespołów tanecznych „Plejada”
15.06 koncert Patricia Kaas – NFM
26.06 „Król Lew” – MAM i Nati w Capitolu
16.09 – spotkanie z Markiem Krajewskim w „Prozie”
22.10 Festiwal Wege – zajezdnia Dąbie
25.10 koncert Janusz Radek „Stary Klasztor”
26.10 koncert Vertigo Jazz Band – Vertigo Jazz Club
28.10 Wystawa „Frida Kahlo” - Zuzia
18.11 koncert Janusz Radek – Zielona Góra
3.12 Wrocławskie Targi Dobrych Książek
10.12 Wystawa “Centrum Historii Zajezdnia”
10.12 koncert Aga Damrych i Band – Vertigo Jazz Club
30.12. Wystawa “Moda na Cranacha” Muzeum Narodowe
PODRÓŻE dalsze i bliższe
08-15.02 Teneryfa
17.02 Toruń – pogrzeb wujka Ludwika, odwiedziny u Beatki i Roba
11.03  Ząbkowice – pogrzeb wujka Stefana
Weekend majowy –Festiwal Kwiatów i Sztuki - Książ, Szczawno Zdrój, Wałbrzych
8-9.05 Warszawa – Kongres Kadry
14.05 11km spacer do Wojnowic i z powrotem
19-21.05 Boszkowo nad J. Dominickim, wyjazd firmowy
23.05 – Kraków, visa
4-5.06 – Nisko – Komunia Julki
10-11.06 – wyjazd firmowy Rafała – Zamek Czocha
15.06 Wąwozem Pełcznicy dookoła Książa
16.06 Krośnice, Potasznia i okolice Milicza, zameczek Hubertówka – rowerem
23-25.06 Karpacz – joga i pranajamy
14-16.07 Couchsurfing Weekend: Rzeczka, Osówka, Twierdza w Srebrnej Górze
Lipiec: Nati – Sulejów, Norwegia, Zuzia – Murzasichle, Nisko
29.07 – Kezmerok, Słowacja – spotkanie z Igorem, Ireną i dziećmi ze Słowenii
29.07-09.08 – Rumunia
11.08. Pszczyna i Promnice
11.08-25.08 – Nati - Beskidy
27.08-03.09. Malta
17-18.09 – Gdańsk, wyjazd firmowy - konferencja
EATING OUT
Black Point Cafe
Kredens
Vega
Nadodrze Resto Bar
Bema Cafe
Firmowe: OKWine Bar, Szynkarnia, Gastropub, Mamamanoush, La Maddalena, Pod Papugami, Lwia Brama
BOOKS BY KATE
"186 szwów. Z Czeczenii do Polski. Droga Matki"
"Dziennik uważności" 
"Dziennik zdrady"
"Fitness umysłu"
"Hotel Marigold"
"Kto wyłączył mój mózg"
"Kwietniowa czarownica"
"Listy do Haliny Poświatowskiej Tylko mnie pogłaszcz..."
"Ludzkie Zoo"
"Pępowina"
"Poświatowska we wspomnieniach i inspiracjach"
"Wielka Księga Radości"
„Siostry”
„Manufaktura Radości”
"Tajemnica Nathaniela”
„Nauka kochania siebie”
„Totalne oczyszczanie”
„Happy Uroda”
„Wisłocka - Sztuka Kochania gorszycielki”
„Maria Skłodowska-Curie i jej córki”
„Smak świąt”
„Jedzenie, które leczy”
SPORT
Joga z przerwami
Bieganie
PARTIES
Urodziny Manili, urodziny Dominiki, Setka Beaty i Adama, urodziny Natki, Marka i im. Marcina, urodziny Zuzi
ROZWÓJ
18.03 Festiwal Zdrowia
08.07 Spotkanie w kobiecym stylu z A. Maciąg, D. Skalską i M. Malicką
Wrzesień „Normalizacja”
Warsztat z jogą i ajurwedą
Kongres Kadry, Szkolenia z rekrutacji i employer brandingu
17.11 Wykład o zegarze biologicznym wg Tradycyjnej Medycyny Chińskiej
02.12 Spotkanie w kobiecym stylu z K.M. Szaciłłami i A. Maciąg
grudzień - spotkanie z Martą Dymek "Jadłonomia" prowadzone przez Olgę Tokarczuk

Książki i życie :)

sobota, 30 grudnia 2017


Zaczęłam dzień od jogowych powitań słońca o wschodzie słońca:). Potem posprzątanie w kuchni, szybki prysznic i miłe śniadanie w "ogródku" Cafe Resto Baru "Nadodrze", które można było zjeść za 1zł do kawy. Słońce tak pięknie świeciło i grzało, wystawiałam do niego twarz; za nami była też taka specjalna "lampa" do grzania i żywy ogień, że pomimo 0,5 stopnia było nam bardzo ciepło :). Bardzo przytulne to miejsce! Czułam się trochę jak na wakacjach w jakimś słonecznym kraju :). Pięknie zielone rośliny dopełniły to sympatyczne spotkanie z Martą i jej rodzinką.

Naszym głównym celem była zobaczenie obrazów Lucasa Cranacha Starszego, z którego przepięknym wrocławskim obrazem "Madonny pod Jodłami" związana jest niesamowita historia.






Potem przeszliśmy się do Rynku, bo Rafał chciał wypożyczyć obiektyw, a my z Martą wylądowałyśmy na herbatce na bardzo przytulnych i kolorowych poduchach na antresoli w "Miejscu" z rysunkami Andrzeja Tylkowskiego dookoła. Potem jeszcze Empik na chwilę, a że byliśmy już głodni, to jeszcze wstąpiliśmy do Vegi na pyyyyyszneeee wegetariańskie jedzonko.



Wszędzie było mnóstwo ludzi, dużo grup, w większości z Niemiec, nawet z jedną Panią z Lipska zamieniłyśmy parę grzecznościowych słów :). Wracając do samochodu natknęliśmy się na sklep Folkstar, gdzie kupiłam Emilce ze Stanów (mojej wieloletniej koleżance po piórze (pen-friend) jeszcze z czasów dzieciństwa) i jej rodzince skarpetki z wzorami kaszubskimi, którymi się niedawno zachwycała na FB. 

W domu szybko upichciłam pyszne warzywa z tofu oraz osobno z mięskiem - pyszne, gdyż dodałam paprykę wędzoną, którą szczerze polecam; trochę o niej ostatnio zapomniałam, mam w domu jeszcze pół słoika, a przypomniała mi o tej przepysznej przyprawie Marta Dymek z Jadłonomii, która nie wyobraża sobie życia bez tej jednej przyprawy. Następnie, w ramach detoksu z tego dziwnego kataru/alergii urządziłam sobie gorącą kąpiel z bardzo aromatyczną ciasteczkową solą :). A teraz spać!



Takie cudo dostałam od Marty i ski; Rafał dostał z niebieską ramą ;).