Pokazywanie postów oznaczonych etykietą someone special. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą someone special. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2017


Dzisiaj przytulił mnie Anioł!

Kilka lat temu (już nawet nie wiem dokładnie ile) znalazłam bloga Agnieszki Maciąg – pewnie przyszedł do mnie w momencie, kiedy go potrzebowałam J. Bardzo zainteresowały mnie przepisy kulinarne na jej stronie, bo głównie one tam były. Z czasem wczytywałam się w starsze posty - o życiu, o korzystaniu z ziół, pokrzywy, mniszka lekarskiego, o zdrowiu, o tym jak sobie radziła z chorobami bez antybiotyków i wszelkiej innej chemii (a za młodu ciągle chorowała na anginy), o homeopatii i o jej duchowej ścieżce. Zaczęłam kupować jej książki i gotować wg Agnieszki Maciąg. Była mi bliska też ze względu na Ajurwedę, do której się często odnosiła. Byłam pod wrażeniem jej miłości, spokoju ducha, uśmiechniętej duszy, konsekwencji, tego, że wstaje wczesnym świtem, ćwiczy jogę, medytuje, oczyszcza z niskich wibracji – jednym słowem żyje i gotuje zgodnie z naturą. W wieku 43 urodziła córeczkę, i wtedy biologicznie była ponad 15 lat młodsza niż miała wg metryki urodzenia. To wszystko dzięki przemianie, którą przeszła 11 lat temu – oczyściła ciało z toksyn, zaczęła pracować z umysłem i emocjami. Od tamtego czasu nie wzięła żadnego chemicznego lekarstwa.

Można powiedzieć „Jej to łatwo, nie pracuje na etat, nie musi się martwić o pieniądze, jest sławna, ma ogród z ziołami, etc.”. Gdy zobaczyłam informację o „Spotkaniu w kobiecym stylu”, podczas którego miała wystąpić Agnieszka Maciąg stwierdziłam, że bardzo chcę ją zobaczyć na żywo trochę z babskiej ciekawości, a trochę żeby sprawdzić jaka jest faktycznie, i jeśli jest faktycznie taka niesamowita, to żeby poczuć ten spokój i światło i jej po prostu posłuchać!  Bilety w przedsprzedaży były w bardzo atrakcyjnej cenie, więc namówiłam jeszcze Martę, a Ani zrobiłam urodzinowy prezent.

I warto było! Agnieszka mówiła non-stop przez dwie godziny, odpowiadała na pytania, a potem rozmawiała z dziewczynami i podpisywała swoje książki. Przez te dwie godziny wpatrywałyśmy się w nią i słuchałyśmy w pełnym skupieniu, żeby nie pominąć ani jednego słowa, i też dlatego, że to co i jak mówiła, było fascynujące. Historia jej życia, wejścia na nową drogę 11 lat temu, kiedy już nie wiedziała co zrobić, żeby sobie pomóc i jakie cuda potem zaczęły się zdarzać, jest niesamowita (opisała ją w swojej książce „Pełnia życia”). Wyglądała zjawiskowo, mówiła pięknym miękkim głosem, cudownie się uśmiechała, a jej naturalność, ciepło i miłość po prostu promieniowały. Wiem, kiedy ludzie grają, czy kreują się na inną osobę. Ona taka nie jest. Jest za to dokładnie taka, jak na blogu, w książkach, wywiadach – prawdziwa, pełna energii i miłości. A gdy mnie przytuliła, to już się całkiem rozpłynęłam…. Cudowna kobieta, pracuje z Aniołami i sama jest jak Anioł. To się czuje. Potem, cały wieczór, byłam otulona wielkim spokojem.

Można powiedzieć, że takie spotkania to strata czasu, cały dzień w zasadzie w zamkniętym pomieszczeniu, kiedy piękna pogoda na zewnątrz, i wiedziałam już o tych rzeczach, o których była mowa, ale uważam, że nigdy nie jest dość słuchania dobrych słów, wskazówek, pozytywnych historii… Wcześniej występowały Magdalena Malicka, Dagmara Skalska i Agnieszka Tomczuk – wszystkie doświadczone przez życie (szczególnie ta druga), które opowiadały, jak odbiły się od dna i zmieniły dotychczasowe życie. Patrząc na nie ma się wrażenie, że wszystko jest możliwe i że nie jest tak źle na tym świecie, jakby się mogło wydawać. Takie spotkania motywują, inspirują, przypominają Ci, jakie są Twoje wartości, i żeby trzymać się swojej ścieżki pomimo trudności.

Po moim powrocie wrócił Rafał z pękami nieziemsko pachnącej lawendy z ogródka naszych przyjaciół w okolicy Obornik Śląskich, gdzie pojechał rowerem. To już była całkowita Pełnia Szczęścia!

środa, 4 stycznia 2017

Udało się przenieść moje zabiegi tlenoterapii na wcześniejszą godzinę, tak że nie muszę już wychodzić na nie z pracy w środku dnia J. Inna godzina, inni pacjenci. Nie chcę tu epatować nieszczęściami ludzkimi, ale niektórzy z moich współtowarzyszy to naprawdę ciężkie przypadki, a psychicznie niesamowicie pogodni ludzie. Choroby nowotworowe i komplikacje po nich, udar, poważne wypadki samochodowe zakończone amputacjami kończyn lub długo ciągnącym się leczeniem. Wielokrotnie zastanawiałam się, jaki cel miała ta moja infekcja ucha, jaki głębszy sens miała cała ta sytuacja? Oprócz tego, że pewnie moje ciało potrzebowało zwolnienia i odpoczynku oraz tego, co wyczytałam w książce „Twoje ciało mówi: pokochaj siebie” Lise Bourbeau, która wyjaśnia, co emocjonalnego i mentalnego stoi za każdą chorobą, to może to jest właśnie ta lekcja. Moi najbardziej doświadczeni  współtowarzysze pocieszają innych, podkreślając, że trzeba sobie najpierw wszystko ułożyć odpowiednio w głowie i uzbroić się w cierpliwość. Dzisiaj padł też tytuł wspierającej książki „Potęga podświadomości”, a ja dodałam swoją, przeczytaną w szpitalu: „Umysł silniejszy od medycyny” dr Lissy Rankin. Jedna ze starszych Pań pacjentek podsumowała któregoś razu: „Życie jest ciężkie…”, a ja po raz pierwszy nie chciałam tego za nią powtórzyć. Tak łatwo jest nam narzekać, a przecież nasze słowa tworzą rzeczywistość!

Podczas zabiegu zaczęłam czytać książkę wybitnej szwedzkiej pisarki Majgull Axelsson „Pępowina”. Jakie to szczęście mieć godzinę i trochę dla siebie i w ciągu dnia móc czytać książkę! Ten tytuł oraz dwa inne tej autorki leżą u mnie na półce od około roku. Chciałam się za nie zabrać wcześniej, ale bałam się, bo Axelsson porusza w nich naprawdę ciężkie tematy, a ja jakoś bałam się zanurzać
w negatywną energię. Dziś rano, zastanawiając się jaką książkę wziąć ze sobą, ta właśnie do mnie przemówiła. Na razie nie będę zdradzać o czym jest, ale zapewniam, że czyta się wspaniale i bardzo wciąga.  

Żyjąc wolniej człowiek może być bardziej uważny i świadomy wszystkiego, czego doświadcza. Takich z pozoru błahych rzeczy, jak ciepło kaloryfera, piękny zapach mydła podczas mycia rąk, czy smaku herbaty. Łatwiej też docenić z pozoru błahe sprawy, takie jak możliwość schowania się do samochodu w czasie deszczu i zawieruchy (dzisiejsza pogoda!). I z tego właśnie składa się życie! Zmieniłam dziś nazwę bloga na „Obfitość rzeczy małych”.  Pamiętam, jak wiele lat temu, kiedy dzieci były małe, tak bardzo trudno było mi doceniać „rzeczy małe”. Nie cierpiałam powtarzalności mycia naczyń, sprzątania, wieszania prania, prasowania, gotowania… Robiłam to bardzo szybko, gdyż chciałam je mieć jak najszybciej za sobą, żeby w końcu móc się zająć rzeczami… „wielkimi”. Niestety rzeczy małe nie pozwalały mi na to, tak jakbym sobie tego życzyła. Błędne koło, masz wrażenie, że życie ciągle Ci umyka, bo ciągle zajmujesz się tymi małymi rzeczami. Natrafiłam nawet na takie powiedzenie „Chciałam zbawiać świat, ale urodziłam dzieci”. A to jest właśnie życie… Musiało upłynąć trochę czasu, żebym to zrozumiała i ….zaakceptowała. Teraz staram się w pełni uczestniczyć w tych codziennych czynnościach i sprawia mi to radość. Cieszę się, że mam przytulną kuchnię i łazienkę, którą mogę sprzątać (bo niektórzy nie mają takich wygód!). Cieszę się, że mogę gotować i kupować jedzenie.

Wracając do domu byłam wdzięczna, że mogę słuchać pięknej muzyki i tekstów jednego z moich ulubionych zespołów Poets of the Fall (a także śpiewać!). Dedykuję wszystkim ich cudną piosenkę pt. „Someone special”




(i jakże znamienne w tekście piosenki: leave it up to faith to go by its own will - w wolnym tłumaczeniu pozwól/uwierz, żeby to się działo zgodnie z własną wolą, że tak ma właśnie być :)