Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lutego 2022


Wczoraj wieczorem, wracając z pracy, wypożyczyłam po drodze biografię szalonej angielskiej rodzinki

“Durrellowie z Korfu”. Z każdym nowo obejrzanym odcinkiem serialu o ich losach na Korfu zachwycałam

się nimi coraz bardziej. Te filmy traktowałam na początku jako świetną rozrywkę w najlepszym

wykonaniu i oderwanie się od wszystkiego, ale ostatnio znalazłam czas, żeby sprawdzić co internety

piszą na ich temat i już zupełnie wsiąkłam. Jeden z głównych bohaterów, Larry, był nominowany

do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, a Gerry, najmłodszy z całego rodzeństwa, całkowicie wolne

dziecko, zafascynowane przyrodą od małego, założył swoje własne zoo na wyspie Jersey. 


Film jest genialnie zrealizowany, a oprócz niesamowitej fauny i flory oraz greckiego błękitu morza,

zachwyca mnie gra aktorska, wspaniały język angielski, odniesienia do literatury, a chyba najbardziej

dialogi i przygody ekscentrycznej rodzinki. Obejrzyjcie sobie odcinek z cyrkiem lub wizytą hinduskiego

“księcia”, a będziecie pękać ze śmiechu!!! 


Przed chwilą skończyłam czytać ich biografię autorstwa Michaela Haaga i ciągle jeszcze jestem

w ich świecie. Uwielbiam ten stan, kiedy ciałem jesteś tu, gdzie jesteś, ale myślami wciąż ze swoimi

bohaterami, tak jakbyś żył obok nich. A życie mieli bardzo kolorowe!!! Najpierw Indie, potem na chwilę

Angllia, nastepnie cztery bajeczne lata na Korfu, a potem wojenne perypetie i różne, bardzo ciekawe,

pełne podróży, losy czwórki rodzeństwa. Uwielbiam takie tematy :)


Jutro czeka mnie Dzień Uważności, na zakończenie kursu Mindfullness. Miał być w Warszawie,

ale będzie online. Sześć godzin bycia tylko ze sobą. Ciekawe, jak będzie :)  

sobota, 21 września 2019

"Komfort to nie meble, nie dom, nie miejsce. Komfort jest wtedy, gdy dusza jest spokojna." - autor nieznany
Wczoraj i cały tydzień tak zimno, a dzisiaj tak fantastycznie ciepło! Rozkoszowałam się cudownym słońcem i światłem na tarasie i w ogrodzie. Coś przecudownego! Śniadanie zjadłam w słońcu, czytając magiczną książkę „Rok w ogrodzie”. Cudna zieleń dookoła, słońce mieni się w przepięknych wysokich trawach, a na stronach lektury czysta poezja. Zachwyciłam się sposobem opisywania roślin i tego, co dzieje się w ogrodzie w danych miesiącach i dniach, gdyż autor jest czarodziejem! Wyczarowuje tak niesamowite obrazy, że zapomina się o całym świecie i zaczyna marzyć o takim ogrodzie J. Oto jeden z fragmentów:

„Wrześniowe słoneczniki strzelają wzwyż ponad nasze głowy. Zmuszają do patrzenia w górę i akcentują koniec letniego sezonu (…). Jednocześnie najlepsze chwile przeżywają ozdobne trawy, zupełnie inne w swoim wyrazie, zespalające ogród zwiewnymi kwiatami. Późnym latem rzucają cienie, a najwyższe pięknie prezentują się na tle bladoniebieskiego nieba. Nie wyobrażam sobie ogrodu bez nich, bo zmiękczają jaskrawość rudbekii owłosionej, a obciążone rosą, pochylają się nad ścieżką, by skrapiać przechodzących porannym prysznicem. Zatrzymaj się na chwilę i popatrz, jak chwytają wiatr.”



Ja też sobie nie wyobrażam ogrodu bez traw – jestem nimi zafascynowana i je uwielbiam! Przepełnia mnie wdzięczność za tę możliwość patrzenia jak chwytają wiatr, jak się kołyszą i jakie piękne mają kwiaty J.
Dziś znowu cały dzień w ruchu – pranie, wieszanie, rozpakowywanie, chowanie, gotowanie, podlewanie, sadzenie, sprzątanie, zakupy, itp. i aż miło usiąść w końcu spokojnie i rozprostować nogi. Pomimo tego, że mięśnie zmęczone po przebytych tysiącach kroków, czuję na sobie gorące słońce i przed oczyma mam niesamowite światło i połyskującą nim zieleń J.  
PS. Rododendrony znowu kwitną. Ponoć przez to nie będa już kwitnąć na wiosnę, ale co tam, liczy się tu i teraz :-)

wtorek, 28 sierpnia 2018

Jestem pod wielkim wrażeniem Allison Pearson i jej głównej bohaterki Kate, tego jak sobie radziła z wyzwaniami życiowymi i całej tej historii.... Uwielbiam ten czas po skończeniu fascynującej opowieści, kiedy ona wciąż we mnie żyje, kiedy o niej ciągle myślę, dosłownie "pławię się" w niej :). Z pracy wracałam trzema tramwajami przez półtorej godziny (bardzo doceniłam, że mam możliwość jeżdżenia tam samochodem) i gdyby nie ta książka, to byłoby ciężko... Tak się zaczytałam, tak mnie wciągnęła, a jednocześnie tak byłam zmęczona tym strasznym hałasem ulicznym, kiedy czekałam na opóźnione tramwaje, że nogi same skierowały mnie do parku z zamiarem dojścia do domu nie główną ulicą, lecz przez las. Szłam przez park z tą grubą książką w ręku i nie mogłam się od niej oderwać. Na szczęście pierwsza napotkana ławka była wolna i spędziłam na niej najbliższe 40 minut czytając z napięciem końcowe strony. Wszystko się na nich wydarzało, najważniejsze decyzje życiowe. Płakałam, bo to wszystko było wzruszające, bo przypominało mi to siebie, bo było takie ludzkie i też dlatego, że skończyło się happy endem, choć nic na to nie wskazywało. Śmiałam się również, bo kto jak kto, ale Allison Pearson jest mistrzynią ciętego języka i obserwacji, a jej bohaterka ciepłym człowiekiem z wielkim sercem i poczuciem humoru, wspaniałą matką i cudowną kobietą z wszystkimi ludzkimi słabościami i wyzwaniami. W problemach jej i jej rodziny można zobaczyć problemy wszystkich innych ludzi, utożsamić się z nimi i tak jak ona, jakoś sobie z nimi poradzić. Ta książka to chyba najlepszy poradnik dla kobiet przed menopauzą. Mało jest takich książek, a o tym temacie za dużo się nie mówi, mimo, że doświadcza tego połowa populacji. Ja już chyba też odczuwam pierwsze symptomy Perriego, czyli perimenopauzy: zapominalstwo, przemożną ochotę na sen po południu (choć to akurat może być efektem obecnej pełni w Rybach), budzenie się rano.... ;). Szkoda, że okładka tej książki sugeruje, że jest to bardzo lekka jednorazowa lektura, podczas gdy tak naprawdę pod przykrywką śmiania się z siebie i sytuacji, ironii i sarkazmu kryją się poważne i mądre spostrzeżenia na temat świata, życia, sytuacji kobiet szukających pracy w wieku około 50-letnim, nastolatków w czasach presji w social mediach, małżeństwa, starzenia się, doceniania tego, co się ma i odwagi do zmiany na lepsze/inne. Bardzo polecam tę książkę!!!

Gdy już skończyłam i zmarzłam, żwawym krokiem pomaszerowałam do domu przez las i wzięłam gorącą detoksykującą kąpiel. Doceniłam to, co mam, zatęskniłam za rodziną i zaczęłam wysyłać w świat prośby, żebyśmy nie zwariowali w nieuchronnie zbliżającym się nowym roku szkolnym. Żeby dziewczyny nie dały się stresowi, żeby się przez to nie rozchorowały i żeby mogły się wysypiać. Żeby ta szkoła nie bruździła w naszym prywatnym rodzinnym życiu i żebyśmy jakoś przetrwali do następnych wakacji. To jest moja intencja na następne dni i tygodnie. Myślę też o wszystkich bliskich i dalszych dookoła, którzy potrzebują dobrej energii, wsparcia i miłości - wysyłam Wam to wszystko :-).  

sobota, 25 sierpnia 2018



"Każdy dzień do nowy początek. Moja przyszłość jest jasna i dobra. Wierzę w życie"

Dostałam dzisiaj dar od życia w postaci pięknego dnia dla siebie :-). Helio, nasz brazylijski długoletni znajomy miał przylecieć do Wrocławia o 17:00, ale dopiero teraz jest w samolocie i będzie tu ok. północy. Od rana sprzątałam i gotowałam, a potem usiadłam sobie w pustym i pięknym mieszkanku i cieszyłam się tym porządkiem, spokojem i jasnością. Rafał pojechał wczesnym rankiem do swoich rodziców i Zuzi, Natalia wyszła na grilla wraz z noclegiem, a ja wiedząc już, że Helio przyjedzie później zabrałam się za lekturę "Oczyszczania z Ajurwedą", planując wstępnie króciutkie oczyszczanie na przyszły weekend. Sprawdziłam jakie produkty i przyprawy potrzebuję dokupić i z przyjemnością przeczytałam cały kurs. Mam go od dwóch lat, ale chyba dopiero teraz jestem gotowa się zorganizować i zrobić to oczyszczanie wg instrukcji. Jeżdżąc z tatą w tym tygodniu prawie codziennie po lekarzach dostałam "kopa" motywacyjnego do jeszcze większego zadbania o swoje zdrowie. Jakbym miała się tak męczyć jak tata na starość, to bardzo bym nie chciała żyć. Te wizyty u lekarzy, badania, choroba i zachowanie taty w piątek poskutkowały u mnie bardzo obniżonym nastrojem... Dziś rano spędziłam trochę czasu na różnych praktykach duchowych i ruchowych i moja energia się podniosła :). Nie jest łatwo....

Rano byłam opiekunką medyczną i szoferem, a po południu:
- w poniedziałek uziemiałam się na działce,
- we wtorek spędziłam miłe popołudnie z 24-letnią Lisi z Couchsurfingu (z Austrii), odebrałam ją z lotniska, zjadłyśmy razem pierogi, poszłyśmy na spacer do lasu i nie mogłyśmy się nagadać. Potem Zumba, a po Zumbie bardzo miłe rozmowy w trójkę i wspólne zdjęcie. Lisi studiuje grę na organach. Zaprasza nas z całego serca do domku letniskowego jej rodziny w Alpach, w Tyrolu. Co za cudowne spotkanie!
- w środę przeprowadziłam sesję coachingową z Viki, z którą widziałam się trzeci raz. Po drugim krótkim spotkaniu poprosiła mnie o rozmowę, gdyż "widzi we mnie człowieka z doświadczeniem i mądrością życiową, komu się udało to, czego by też chciała w swoim życiu". Bardzo mnie to poruszyło, poczułam się wyróżniona, ale i przestraszona, że nie będę w stanie jej pomóc. Gdy opowiadała mi o swoim życiu to jakbym widziała kopię siebie - to niesamowite - poznałyśmy się i rozmawiałyśmy krótko w samolocie w drodze na Kretę, potem pół godziny przed filmem, a Viki okazała się tak do mnie podobną! To chyba nie był przypadek! Po tym spotkaniu zaczęłam się zastanawiać na dobre nad kursem trenera rozwoju osobistego. Program bardzo mi się podoba, tylko czy znajdę na to siłę i czas? Może to moje przeznaczenie, moja dharma?
- w czwartek natomiast poszłam na kolację służbową z klientami Krishną, Kortikiem i Stephenem oraz kilkoma osobami z pracy. Znowu byłam w szoku, jak ludzie nie mogą się obyć bez wódki, nieważne, czy młodzi, czy starzy. Dobrze, że jestem dość "wiekowa" w tym towarzystwie, więc zbyt długo mnie nie namawiali do picia i nie musiałam się tłumaczyć. Przykre to. Nie smakuje mi alkohol i nie potrzebuję go, żeby się dobrze bawić. Coś co powinno być normą jest uważane za dziwne, a normą jest picie.
- w piątek zmęczenie i frustracja, zakupy i wizyta u rodziców. Na pocieszenie i podniesienie energii kupiłam piękne kolorowe gerbery i włączyłam pomarańczowe aromaty :-)
- w sobotę krótki spacer przez las - idzie już jesień....

"Creating and expanding your own inner light is a simple way of tending to your own energy field"

środa, 25 lipca 2018


Och, żeby móc zatrzymać te ulotne chwile, które są nam dane tylko na chwilę! Te zapierające dech w w piersiach zachody słońca i obrazy z chmur i błękitu, te wyciskające łzy dźwięki muzyki, miękkie łagodne głosy pełne światła, te przecudowne zapachy, których nie da się utrwalić aparatem fotograficznym, te piękne uśmiechy ludzkie rozświetlające się nagle na twarzy i zarażające innych pozytywną energią, te uniesienia wywołane cudownymi widokami przyrody czy dziełami sztuki, te emocje przeżywane dzięki czytanym opowieściom, te wzruszenia wywołane małymi przyjacielskimi gestami.... Ach, życie ma w sobie wszystko, nie tylko złe i smutne rzeczy, nie tylko powody do narzekań; jest obfite i bogate i ma tyle piękna w sobie!!!  

Dziś mijają 2 lata mojej pracy w obecnym miejscu i 20 lat od dnia ślubu. Dziękuję sobie dzisiaj i wszystkim, którzy mi pomagali, za pracę, którą wykonałam nad sobą (i ciągle wykonuję), żeby być tu gdzie jestem i nie żałować, ani nie narzekać na to, gdzie teraz jestem. Wraca do mnie radość, która była we mnie jeszcze na studiach i początkach pierwszej pracy, a która potem stopniowo zanikała.... Cieszę się tym, co jest, choć nie jest to idealne i mogłabym się znowu czepiać i użalać. Cieszę się każdym momentem, starając się mu nadać pozytywne znaczenie, jeśli wydaje się być przeciwne. Zauważam i cieszę się z małych rzeczy, z tych wszystkich, które wymieniłam na górze. Wiem już doskonale, że świat nie zmieni się na moje życzenie ani wtedy, kiedy będę je bardzo, bardzo próbowała zmienić frustrując się tym, że jednak nic się nie zmienia. Moją główną troską przez wiele lat ciężkiej pracy były kwestie finansowe - spełniło się moje marzenie, że nie muszę żyć na krechę z miesiąca na miesiąc, wszechświat wysłuchał moich próśb i mojego już "umęczenia". Dwa lata temu przyciągnęłam sobie pracę, która po jakimś czasie zapewniła mi bezpieczeństwo finansowe. Mam tyle, ile potrzebuję. Miałam momenty, kiedy nie chciałam żyć, ale trzymały mnie dzieci i jakoś "ciągnęłam". Teraz myślę, jak ja mogłam być tak rozrzutna z czasem danym mi tutaj w tej postaci, jak mogłam go tak marnotrawić... Teraz cenię każdy moment, staram się nie przejmować, trzymać dystans, wiem, że to minie i po co strzępić język i energię na rzeczy, które tak naprawdę nie są tego warte. Trochę czasu zajęło mi nieprzejmowanie się "pierdołami"! Kiedyś często żałowałam moich przeszłych wyborów, analizowałam, gdybałam - teraz już wiem, że to nie ma żadnego sensu, bo już tego nie cofnę. Mogę tylko zrobić krok do przodu, zamiast do tyłu i tym krokiem do przodu zmienić coś na lepsze (siebie, swoje reakcje, przejmowanie się, itp.)

Wiem, że jest to ciągła praca w toku i raz jest lepiej, a raz wraca się i zaczyna od nowa. Choroba taty jest ciągłym wyzwaniem, mieszkanie z trzema innymi osobami na dość małym metrażu też ;-) i nawet zwykły ponury zachmurzony dzień.... Ale, uwierzcie, da się :-)

czwartek, 12 lipca 2018


Następna podróż za nami, następna podróż nie tylko w nowe miejsca, ale również do siebie i w relacje z innymi. Następna podróż, która trwała za krótko, żeby nasycić duszę i umysł przepięknymi dziełami natury... W ostatni dzień w Irlandii przez przypadek dowiedzieliśmy się o wysokich klifach morskich za miejscowością Donegal, blisko granicy z Irlandią Płn. (ponoć nie ma przypadków) - pojechaliśmy tam dość późno, jechaliśmy prawie dwie godziny, potem do domu wróciliśmy po 23:00, ale na prawdę było warto, na tysiąc, na milion procent!!! Brak mi słów do opisywania tych cudów, powiem tylko, że właśnie taką Irlandię sobie wyobrażałam myśląc o niej przed wyjazdem, a czego przez cały tydzień tam nie znalazłam, dopiero w ten ostatni dzień - zielone łagodne zbocza, które schodzą do oceanu, a ten ocean nie ma granic, jest wielką cudowną mieniącą się przestrzenią, która rozciąga się bez końca...., ach... nawet teraz, gdy o tym piszę, to robi mi się błogo w sercu.... Te klify są wysokie, a bezkresny ocean może napawać trwogą, ale ja czułam się tam cudownie, spokojnie, błogo, zrelaksowanie, mogłabym tam siedzieć w bezruchu i kontemplować.... Czułam jedność z wszechświatem, a moja dusza była blisko stwórcy. W tylu pięknych miejscach byłam wcześniej, ale nigdy nie miałam takiej pewności jak tutaj, że bardzo chcę tam wrócić, pochodzić porządnie po tamtejszych górach i ponapawać się maksymalnie tymi widokami... Dawno nie odczuwałam takiej tęsknoty za miejscem. Na szczęście mam je w sobie i już na zawsze będę je miała i jestem za to bardzo wdzięczna.








Zdjęcia nie oddadzą w pełni ducha tego miejsca.


Jestem zmęczona i powinnam już spać, więc zacytuję tu jeszcze tylko mojego ulubionego Oscara Wilde'a, który nota bene był Irlandczykiem:

"We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars" - w mojej wolnej interpretacji:  "wszyscy mamy jakieś problemy (dosłownie "leżymy w rynsztoku", ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy". Ach, jak ja lubię patrzeć w gwiazdy:-).


A do kontemplacji lub medytacji nadaje się taka muzyka:


środa, 11 kwietnia 2018


Dzisiaj świat podarował mi 30 minut zawieszenia w czasie, kiedy mogłam nic nie robić :-). Dziwne to uczucie!

Po pracy pojechałam tramwajem do rynku na cykliczne darmowe spotkanie z tematów employer brandingowych "EB Masters". Trochę szkoda było mi wolnego wieczoru, ale lubię słuchać o ciekawych pomysłach i inicjatywach ciągle licząc, że może kiedyś uda mi się wprowadzić niektóre z nich w swojej firmie. Między prezentacjami były 15-minutowe przerwy. Podczas pierwszej przeszłam do księgarni obok i poczułam się tam jak za czasów studenckich, kiedy mogłam regularnie przeglądać nowe książki i zachwycać się ich zapachem, formą i treścią bez zwracania uwagi na czas. W księgarni "Tajne komplety" jest cudowna atmosfera, przytulne fotele, kanapy, stoliki, mała kawiarenka, a regały z książkami ułożone jak w prywatnej bibliotece domowej. Przy jednym stoliku dyskutowała młodzież, przy drugim obcokrajowcy. Zatęskniłam za młodością i takimi rozmowami.

W drugiej przerwie usiadłam sobie na ławce przed fontanną w Rynku i chcąc nie chcąc byłam świadkiem oświadczenia się pewnego młodego pana pewnej niemłodej już pani - oboje pod lekkim wpływem alkoholu ;-). Pan wyciągnął przenośny głośnik i włączył cudowną melodię graną na pianinie i padł na kolana na twarde kocie łby przed swoją wybranką mówiąc jej same cudowne rzeczy, a ona się albo śmiała jak nastolatka, albo krygowała. Pomimo udziału alkoholu ta scena była niesamowicie romantyczna, w Rynku zapadał zmierzch, był ciepły wieczór, leciała piękna melodia - to wszystko było bardzo urokliwe.

Wczoraj wieczorem po prawie miesięcznej przerwie byłam na zumbie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez 45 minut, potem już dopadło mnie zmęczenie i koncentrowałam się na nowych układach. Ale było cudownie! Uwielbiam tańczyć :-).

Wczoraj też rodzice mieli 53 rocznicę ślubu. Oni uwielbiają kwiaty i wszystkich nimi obdarzają, więc postanowiłam zamówić dla nich bukiet z dostawą. Ależ im zrobiłam niespodziankę! Tato bardzo się wzruszył, mówił, że to najpiękniejszy prezent ever.

czwartek, 15 czerwca 2017




Dzisiaj był cudowny, przecudowny dzień!!! Ajurweda mówi, że natura jest nasza największą uzdrowicielką” i w moim przypadku zawsze to się sprawdza. Już dawno zaplanowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy do wąwozu Pełcznicy wokół Zamku Książ, ale rano, a tak naprawdę od wczoraj wieczorem miałam taką gonitwę myśli w głowie i spadek nastroju, że zamiast się cieszyć, odczuwałam wielki smutek. Sytuacja ze zmianą szkoły odbija się niestety na mojej psychice i moim nastroju….





Ale, jak już dojechaliśmy na parking Zamku i doszliśmy do pierwszego punktu widokowego, a potem w dół stromo, na skróty, do rzeki i zostaliśmy otoczeni przez wielką gęstwinę zieleni, kwitnące rododendrony (w lesie!!!) i weszliśmy na piękną ścieżkę to od razu zrobiło mi o wiele, wiele lepiej na sercu i w umyśle J. Zapomniałam o wszystkich moich rozmyślaniach i troskach i skupiłam się tylko na tym, co przede mną, wokół mnie i pod nogami. Jako że pierwszy raz byliśmy w tym wąwozie, to nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie nam jego przejście i zatoczenie pętli wokół zamku. Po małym kluczeniu znaleźliśmy drogę do ruin Starego Książa i tam chwilę posiedzieliśmy w słońcu, porobiliśmy zdjęcia i odpoczęliśmy.









Naszym następnym celem był ponad 600-letni cis „Bolko” i znaleźliśmy do niego drogowskaz, ale lokalny Pan, którego zapytaliśmy poradził, żęby wrócić do rzeki i iść tamtędy, bo idąc szlakiem według drogowskazu, to bardzo się zmęczymy, gdyż będziemy schodzić stromo w dół.
Poszliśmy, tak jak nam poradził i…. zgubiliśmy się. Tzn. droga była cudowna, ale po pół godzinie wróciliśmy do tego samego drogowskazu i tym razem już poszliśmy dalej szlakiem (zielonym). Szło się świetnie, w dół, ale dało się przeżyć i w ogóle nie było innych ludzi! Pełcznica wije się i szumi niesamowicie pięknie i relaksująco. Do tego ta gęstwina drzew i ich nieziemski zielony kolor z przebijającym się niebieskim niebem.  Po zejściu jest już bardzo łatwa trasa wzdłuż samej rzeki i jej przełomów.

Cis „Bolko” jest bardzo stary, ale nie wiem dlaczego, myślałam, że będzie ogromny. Minąwszy go, z pomocą innych turystów trafiliśmy w końcu na dziedziniec Książa. Tyle razy tam byliśmy, ale nigdy nie wchodziliśmy od strony czerwonego szlaku. Ostatnie podejście było pod górę. Uwielbiam to uczucie zmęczenia, ach jak mi tego brakowało! W sumie trasa krótka – zajęła nam 3 godziny, ale były wzniesienia, zakręty, ruiny, roślinność, wodospad, więc nie było nudno.
W zamku lody, przejście przez park do samochodu i w niecałą godzinę byliśmy już w domu. Nie mogliśmy się spóźnić, bo wieczorem czekał nas wspaniały koncert w NFM. Zdążyłam jeszcze ugotować szybko coś z niczego – uwielbiam wymyślać na poczekaniu, co ugotuję, w zależności co jest pod ręką i na co padnie mój wzrok ;-). Dzisiaj szybko upichciłam bulgur z quinoą, cykorię uduszoną w ghee i soku pomarańczowym z przyprawami i placki z ciecierzycy, które miały być falafelami ;).

Bilety na koncert Patricii Kaas kupiłam ponad pół roku temu w ramach prezentu na urodziny Rafała, jak tylko pojawiła się informacja o jej koncercie we Wrocławiu. Odkryłam ją podczas studiów – na jej piosenkach uczyłam się francuskiego J. Ta niesamowita kobieta ma absolutnie niesamowity głos, z lekką chrypką i wielkimi możliwościami wokalnymi. W każdy utwór wkładała tyle emocji, że aż dech zapierało. Nie pamiętałam, że bilety mieliśmy w pierwszym rzędzie, tuż pod sceną, z prawej strony. Przed Rafałem centralnie był jeden z wielu głośników umieszczonych na krawędzi sceny. Ogromny głośnik wisiał kawałek nad nami i myśleliśmy, że niego będzie słychać całą muzykę. Najpierw na przyciemnioną scenę weszli muzycy (pięciu podobnych do siebie, ubranych na czarno mężczyzn i miałam wrażenie, że przynajmniej trzech z nich to bracia;), a potem swoje wielkie „entree” w pionowym snopie światła i ze srebrną kurtyną za sobą miała artystka. Spojrzała przed siebie, przeszła w naszą stronę i…. uśmiechając się spojrzała mi centralnie w oczy J. Zespół zaczął mocno grać, a my, zanim byśmy całkowicie ogłuchli przy tym głośnikiem, uciekliśmy do drugiego rzędu przed środkiem sceny. Stamtąd było cudownie słychać muzykę, a Patricia Kaas była przed nami jak na dłoni. Niesamowita kobieta, świetnie się poruszała na scenie i szybko rozruszała towarzystwo. Zapytała po angielsku, jak się czujemy, ja jej odpowiedziałam po francusku „Tres bien”, a ona to podchwyciła. Przez pierwsze dwa kawałki wszyscy z przodu siedzieli sztywno, tylko ja przeżywałam ten piękny show, który dział się tak blisko przed moimi oczyma i uśmiech szczęścia nie schodził mi z twarzy. Potem Patricia przemówiła i „rozgrzała” towarzystwo – coraz więcej osób klaskało do piosenek, a skończyło się na tym, że cała wielka sala poważnego, wydawało by się, NFM-u, włącznie z balkonami, tańczyła, kiwała się i poruszała na różne sposoby do jej piosenek, a aplauz za każdym razem był ogromny. Artystka trzy razy się przebierała i za każdym razem wyglądała świetnie – miała bardzo ciekawe buty. Śpiewała stare, znane utwory w całkiem nowej i wspaniałej aranżacji, takiej, że nie mogłam ich na początku rozpoznać, jak również te z nowej, cudownej płyty, którą przed koncertem podarował mi Rafał i nawet zdążyłam się zapoznać z tekstami utworów. Ach, to było niezapomniane przeżycie!!! Nie miałam żadnych oczekiwań przed jej występem (nie zdążyłam), myślałam, że to będzie spokojny koncert, a tu taki wspaniały występ, z magiczną grą świateł i bardzo profesjonalnymi muzykami, pełen cudownej energii i ciepła, które rozsiewała artystka. Najfajniejsze jest to, że na koncertach utwory z płyt brzmią całkiem inaczej, jeszcze ciekawiej, porywają serce, a dusza fruwa z radości! To był jeden z najlepszych koncertów w moim życiu. Muzyka nagrana w studio brzmi nieskazitelnie, ale to podczas koncertów czuje się te emocje, tę pozytywną energię,  i ten kontakt z wykonawcami jest bezcenny.  Pisząc te słowa słucham jej ostatniej płyty (zatytułowanej po prostu „Patricia Kaas”), mam przed oczyma jej twarz i uśmiech, i jest mi autentycznie smutno, że ten koncert już się skończył.

niedziela, 11 czerwca 2017

Jestem ogromnie wdzięczna za wolne dni, choć zawsze coś "muszę" zrobić, co nie pozwala mi na 1000% w pełni się zrelaksować, bo ciągle o tym pamiętam. W ten weekend też miałam coś zrobić, czego nie zrobiłam i znowu będzie mi to wisieć z tyłu głowy, dopóki tego nie zrobię. Ale i tak poczyniłam postęp - teraz nie wyobrażam sobie, skąd brałam siłę, żeby czasami siedzieć całe dwa dni przed kompem robiąc tłumaczenie. Dziś marzę o tym, żeby nic nie musieć robić i w pełni zanurzyć się w tych dwóch wolnych dniach, nie patrzeć na zegarek, wyspać się do woli i cieszyć się poszczególnymi wydarzeniami i momentami.
W sobotę od rana nie było Rafała - miał wyjazd firmowy. Na śniadanie ugotowałam sobie swoje ulubione ajurwedyjskie marchewki na parze  - z masłem klarowanym i przyprawami lub tahiną, posypane świeżymi ziołami są po prostu genialne w swej prostocie. Lubię je też jeść z jajecznicą.

Potem zawiozła Natalkę na zajęcia, mamę do szpitala, a siebie na dwie godziny jogi (akurat był "Fit Day"). Po ćwiczeniach pojechałam spotkać się z Martą, która była w pobliżu ul. Wejherowskiej, więc poszłyśmy zobaczyć nowo otwartą plażę miejską nad Odrą. Pogoda była bardzo zmienna i po chwilowym upale nadeszła wielka czarna chmura... Siedziałyśmy pod dużym i małym parasolem na brzegu leżaków, mokłyśmy i gadałyśmy. Wcześniej oczywiście musiało być "selfie" z piaskiem i mostem ;-) :D. Marta podarowała mi śliczne mydełko z Rumunii, w 100% naturalne:-). Trochę zmarzłyśmy, więc gdy już mniej padało, uciekłyśmy do Cafe Bema, która obchodziła swoje drugie urodziny przy ul. Legnickiej. Dołączyła do nas Natalka. W Cafe Bema serwują pyszną quiche z sałatką i dobrą kawę, a w urodziny dodatkowo były mufinki i inne małe atrakcje. 
Po powrocie do domu wyciągnęłyśmy Zuzię na spacer do lasu - zapachy lip, róż, jaśminu i innych roślin były "porażające", a ptaki śpiewały jak szalone. Zrobiłyśmy sobie razem cudne zdjęcia na tle kwitnących róż. Przy naszej ulubionej rzadko uczęszczanej drodze przed lasem zobaczyłyśmy dwie młode sarenki ukryte w wysokich trawach. To było niesamowite. Przez kilka minut gapiłyśmy się na nie, a one na nas i bardzo wolno i cicho przemieszczałyśmy się do przodu. Sarnie oczy zapadają głęboko w serce i pamięć....

Po powrocie obejrzałyśmy film z Meryl Streep "Nigdy nie jest za późno" - w oryginale... 
Dzisiaj trochę sprzątania i dużo prasowania oraz inspirowania Natalii do gotowania ;-). Upiekła racuchy wg przepisu "Jadłonomii" i bardzo artystycznie je sfotografowała.
To zdjęcie jest cudowne w swojej prostocie!

A na śniadanie przyrządziła takie pyszności:
Poszliśmy na spacer do lasu, ale szybko z niego wyszliśmy z powodu komarów... Ale i tak było cudownie - las zawsze bardzo podnosi mi nastrój i daje dużo endorfin. A te były mi potrzebne przed wizytą w szpitalu - przywiozłam Dominikę na masaż taty - i choć tato dobrze się czuje, to na samą myśl o tym miejscu robi mi się niedobrze. 

Beatka kochana przysłała mi cudowne zdjęcia przyrody na Fuerteventura. Tak wielkich kaktusów to ja nigdy nie widziałam. Dziękuję moim przyjaciółkom za to, że są.