Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 kwietnia 2021


Minął następny miesiąc… tak mało piszę, wiem… Jakoś odrzuca mnie od komputera, nie chcę tyle siedzieć w internecie, chcę być w prawdziwym świecie… Szkoda, bo tyle cennych i cudnych momentów ucieka bezpowrotnie, niezapisane “na papierze”, ale przeżyte w moim sercu na 100%... Nie pamiętam ich, dopiero jak widzę zdjęcia, albo czytam wspomnienia, to widzę ile pięknych rzeczy się działo… Takie małe, drobne, zachwyt przyrodą, kotami, te wspaniałe książki, które czytałam, porywająca do życia muzyka, niesamowita cisza, którą tak bardzo lubię i której potrzebuję, małe domowe wygody, sesje Theta healing z Renią, podczas których dusza fruwa z radości, a buzia sama się śmieje, i potem długo człowiek płynie na tej fali, nie chce narzekać, jest bardziej w tu i teraz, zachwyca się każdą małą rzeczą, żyje bardziej świadomie…


Marzec to był miesiąc w koronie, którą po kolei wszyscy przechodziliśmy, lekko, a ja na końcu i w sumie najdłużej...Trzy tygodnie kwarantanny, bo test wyszedł negatywny i już nie mogłam wytrzymać, więc wyszłam do ogrodu poobcinać krzewy i coś porobić, a wiało i padało, więc porządnie zmarzłam. No i mnie dopadło, ewidentnie spadła mi odporność, bo wcześniej przez prawie trzy tygodnie żyłam w wielkiej bliskości z moją rodzinką i nic mi nie było. Dzięki koronie zatrzymałam się i całkowicie odrzuciło mnie od komputera i FB. Na szczęście w pracy mało się działo, zdążyłam zamknąć parę spraw w ciągu dnia przed nocnym atakiem korony, bo przeczuwałam, że mnie to właśnie wtedy dopadnie. Nie miałam objawów typowo infekcyjnych, ale na początku nie mogłam dobrze spać i przez to czułam się zmęczona i słaba. Potem spałam już dobrze, ale słabość została i ciągnęła się dwa tygodnie. 


Odczuwałam i odczuwam wielką wdzięczność, za zdrowie, za życie, za rodzinę, za dom, za dobro, za wspaniałych ludzi na mojej drodze i za cuda dnia codziennego. Każde słabsze samopoczucie to okazja do zatrzymania się i doceniania tego, co jest. 

Unosiłam się w wielkiej cudownej pozytywnej energii życzeń i niespodzianek urodzinowych i naprawdę wtedy czułam się też fizycznie zauważalnie lepiej. 


Aby zaspokoić choć trochę tęsknotę za ciepłem i podróżami w wybitnie szarej marcowej aurze zaczęłam czytać “Oko świata” o Istambule i Turcji, “Zbuntowanych” o Indiach, “Czerwony śnieg na Etnie”, wszystkie wspaniale napisane, bardzo wciągające i przenoszące mnie do tych wyjątkowych miejsc. Odnośnie Istambułu, to z serca polecam również bardzo piękną i magiczną książkę reżysera Ferzana Ozpetka, pt. “Rosso Istanbul”. Dostałam ją z przepiękną, odręcznie napisaną dedykacją od właścicielki wydawnictwa.


Ale moim najcudowniejszym i najwspanialszym odkryciem jest niesamowity gościu, Włoch z urodzenia, ale obywatel świata, azjofil, poszukiwacz sensu życia i śmierci, charyzmatyczny podróżnik, reporter, orędownik pokoju, znawca Indii i indyjskiej starożytnej wiedzy o życiu, wielki i skromny nauczyciel życia, pogodzony ze swoim losem, kiedy zachorował na nowotwór - Tizianio Terzani. Jakiś czas temu mignęła mi gdzieś recenzja którejś z jego ostatnich książek, ale stwierdziłam, że będzie to kolejna pozycja o tym samym, ale niedawno znowu natrafiłam na jego nazwisko. Przed samym ponownym zamknięciem bibliotek Rafał zdążył mi wypożyczyć jego dwie wspaniałe grube książki “Nic nie zdarza się przypadkiem” i “Powiedział mi wróżbita”. Wczoraj wieczorem skończyłam tę pierwszą. Ponad 700 stron wspaniałej, mądrej, wartościowej literatury - podróży po świecie, ale przede wszystkim do samego siebie, po diagnozie raka, pisanej w czasie, który według “najlepszych” amerykańskich ekspertów medycyny konwencjonalnej nie miał być dany autorowi. Bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć tę książkę na własność dla siebie, żeby móc do niej wracać, podkreślać najważniejsze fragmenty i się nimi delektować. Można ją kupić w drugim obiegu, za około 300zł. Jest warta swojej ceny, ale wolałabym nówkę, tylko moją. Przed samą śmiercią Tiziano Terzani prowadził rozmowy z synem o swoim życiu, o śmierci i o życiu - przekazał mu swoisty testament. Coś niesamowitego! Syn nagrywał ich rozmowy i potem je spisał i wydał pt. “Koniec moim początkiem”, na podstawie której nakręcono również film, który dzisiaj obejrzałam po włosku. Ach, jak żałowałam, że nie znam więcej słów, kiedy dialogi były bardziej złożone… Chciałabym też przeczytać go w oryginale, choć tłumaczenie polskie jest najwyższej klasy i czyta się je z wielką przyjemnością, dosłownie delektując się każdym słowem i przenosząc się całą sobą do miejsc, o których pisze autor. Tak bardzo zapragnęłam pojechać w Himalaje i pomieszkać trochę w odosobnionej chatce, stapiać się z naturą i zachwycać spektaklem świateł odgrywanym nieustannie w szczytach gór. 


W międzyczasie, wczoraj, skorzystaliśmy z chwilowej pięknej pogody i poszliśmy z mamą na spacer po wsi (ja po miesięcznej przerwie), a potem, kiedy goście już odjechali, huśtałam się na tarasie w cudnym hamaku, w którym tak dobrze mi się siedzi i wygrzewałam się w słońcu, czytając Terzaniego. Było bosko! 




niedziela, 3 maja 2020


Do tej pory myślałam, że moja dusza po części jest polska, po części angielska, a po części niemiecka.... Ech... Teraz jeszcze doszła część włoska.... Zauważam, że jest to nierozerwalnie połączone z brzmieniem języka, którym się mówi w tych krajach... Na ostatniej lekcji włoskiego buzia mi się sama uśmiechała, tak o ;-), bo podobało się mi słuchanie jak inni mówią po włosku, te piękne słowa, zdania, ta intonacja, melodia, te emocje.... 

W ciągu ostatniego miesiąca obejrzałam "Sconosciutti perfetti" ("Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"), "La pazza gioia" ("Zwariować ze szczęścia"), "Lasciati andare" ("Terapia sercowa"), "Il capitale umano" ("Kapitał ludzki"), serial "Il processo" ("Proces") oraz "Finche c'e Prosecco, c'e Speranza" ("Ostatnie prosecco hrabiego Ancillotto") i "Napoli velata" ("Neapol spowity tajemnicą"). 

Każdy bardzo polecam - to nie są lekkie filmy, a nawet jak są określane jako komedia, to nie są taką typowa komedią, podczas której pęka się ze śmiechu. Wszystkie mają tzw. "drugie dno", które jest dość głębokie. We wszystkich, dosłownie wszystkich, są przecudowne widoki, krajobrazy, wnętrza, architektura, kolory.... Ach, aż chce się tam od razu być i doświadczyć tych wrażeń estetycznych na własnej skórze! We wszystkich tych filmach gra aktorska jest najwyższej klasy, wspaniała muzyka, ale też dużo emocji....i to kocham we Włochach, że są tak wrażliwi :)
Po wczorajszym "Prosecco" odbyłam podróż do tych niesamowitych, wręcz niebiańskich miejsc regionu Treviso, gdzie są fantastyczne wzgórza i winnice, magiczne przytulne miasteczka z cudną architekturą i niebo jedyne w swoim rodzaju. Rozmarzyłam się totalnie po tym filmie i słuchając końcowej piosenki  Diego Mancino odbyłam wirtualną podróż do miejsc, w których był kręcony ten film.... To była podróż jedyna w swoim rodzaju :-).

Mogłam ją odbyć bez wyrzutów sumienia, gdyż wcześniej skończyłam w końcu moją pracę dyplomową i wysłałam ją mojej promotorce do sprawdzenia. Byłam tak szczęśliwa, że udało mi się ją skończyć, bo po napisaniu połowy dopadł mnie zastój i robiłam wszystko (tzn. wychodziłam do ogrodu i robiłam to i tamto), żeby nie siedzieć w "zamknięciu", kiedy na dworze tak pięknie ;-). 

Pisałam o sposobach równoważenia Vaty w umyśle - łącznie wyszło 37 stron! Podczas pisania przypomniałam sobie i ułożyłam w głowie wiele rzeczy, również odnośnie mnie samej. Pozaznaczałam wiele fajnych fragmentów w tych mądrych książkach, które czytałam, z myślą, że je tu wstawię, ale nie udało się od razu... Egzamin 23 maja, ciekawe, czy w maskach, czy online, czy jak w ogóle.
Motywacją, żeby skończyć tę pracę był ogród, który mnie wzywał ;-). Dziś zerwałam płatki z wszystkich pięknych mniszków, które tam się pojawiły, zapomniałam zrobić zdjęcie, jakie niektóre były piękne, stały wysokie dumnie, prawie że jak w bukietach ;-) Nigdy takich "dorodnych" "mleczy" nie widziałam w mieście :). Postanowiłam zrobić z nich syrop, pierwszy raz w życiu, zobaczymy co wyjdzie :-).



La vitta e vero bella!!!


Avere Ragione - Diego Mancino

Si consuma al suolo
Lo divora il vento
Sembra che il cemento
Faccia da lenzuolo
Dio com’è distante
Questa primavera

Certo tutto potrebbe cambiare domani
Tutto potrebbe cambiare
Le regole per stare insieme
I desideri primitivi
Vorrebbero mangiarci vivi
Affogati negli aperitivi
Cambiare le tue convinzioni
Non essere più spettatori
Perché tutto potrebbe cambiare domani
Perché tutto potrebbe cambiare

Ti ho comprato un vestito
Ti volevo vedere sbocciata nel sole
Di questa stagione
Baciavo il vento che ti solleva

Certo tutto potrebbe cambiare domani
Tutto potrebbe cambiare
Le regole per stare insieme
I desideri primitivi
Vorrebbero mangiarci vivi
Affogati negli aperitivi


czwartek, 23 kwietnia 2020


Jejku, ale dzisiaj dziwny dzień… Niby pięknie, słońce świeci, krzewy kwitną i pachną, rzodkiewki wychodzą w ogródku, wszyscy zdrowi, wstałam o 6-tej, żeby ćwiczyć (!), ale wśród moich emocji niestety dominuje smutek… Piszę pracę dyplomową o umyśle typu Vata (w ajurwedzie) i czytałam nieraz w ostatnich dniach, że Vacie zaleca się bardzo ostrożne dawkowanie newsów i wszelkich smutnych czy złych rzeczy. I dlaczego tego nie robię? Słabo u mnie z samodyscypliną… Ale nie tym chciałam pisać. Wczorajszy Dzień Ziemi był chyba najsmutniejszym w moim życiu, głównie z powodu pożaru na terenie biebrzańskich bagien. Kiedy przeczytałam o tym orle, który zamiast odlecieć w bezpieczne strony, został przy gnieździe chcąc chronić swoje małe, to już na całego się rozryczałam. W takich sytuacjach nie widzę zalet bycia wysoko wrażliwą. Potem jeszcze komunikaty o suszy, wymieraniu pszczół, przygotowywaniu poideł dla owadów, wpisy Ekostraży o ratowaniu zwierząt, które ktoś potrącił, albo celowo uszkodził…itp., itd., oraz słuchanie „live” Romy Ligockiej, która przed zamknięciem wyjechała do Francji i nie zdążyła już wrócić do Polski. Przeciwnie do jej książek, ta rozmowa nie była zbyt optymistyczna i pogorszyła mój kiepski już nastrój.

To pisałam przed 17:00. Potem miałam włoski, rozłożyłam się z wszystkim na tarasie, herbatka, włoskie ciasteczka, kot na kolanach i od razu poczułam się lepiej, trochę jak na wakacjach ;). W międzyczasie przyszła paczka – zaległy prezent urodzinowy z pysznościami z zagranicy, a po włoskim koledzy i koleżanki z pracy zmotywowali mnie do wyjścia z domu (w końcu!). Wczoraj założyli kanał na naszym wewnętrznym komunikatorze pt. „bieganie”, ale jazda na rowerze też może być ;-). Rafał z sąsiadem wskoczyli na rowery, co mnie dodatkowo zmotywowało. Po miesiącu bez spacerów, w końcu wyszłam z swojego barłogu! Miała być krótka przejażdżka, a wyszło 10km nieznanymi ścieżkami przez las i pod górę. Głowa przewietrzona i niezłe kardio też było pod tą górę. Słońce zachodziło, ścieżka wąska, zerwał mi się błotnik przez te wertepy i nie wiadomo, gdzie i kiedy wyjadę z tego lasu. Ale jakoś tak miałam pewność w sobie, że się nie zgubię. Było cudownie – zapach jak latem nad morzem w lesie sosnowym, śpiew ptaków, spokój i pozytywne zmęczenie mięśni. Przekonałam się na własnej skórze, jak ruch fizyczny zmienia biochemię mózgu na lepsze J. Coś pięknego; wszystkim polecam!


wtorek, 3 marca 2020


Będąc znowu poza domem w weekend, całkiem już straciłam rachubę jaki jest dzień i jaki miesiąc i że już marzec, mój szczególny urodzinowy miesiąc :). Choć codziennie staram się żyć, jakby były urodziny i doceniać wszystkie cudne momenty! Nie zawsze się to udaje, bo spadki energii fizycznej lub/i nastroju lub czasem chce się po prostu mieć święty spokój i nic nie robić.

W ten weekend pojechaliśmy do Niemiec odebrać N. z jej miesięcznego kursu językowego. Moje marzenie zostało zrealizowane..., ale przez moją córkę ;-). Ja za to byłam pozytywnie zaskoczona, że po długiej przerwie niemówienia po niemiecku wszystko do mnie wróciło i nawet kleciłam ładne zdania w tym języku ;-). A dla odmiany, na fali zachwytu językiem włoskim zapisałam się na kurs tego właśnie języka i w tamtym tygodniu już miałam pierwsze zajęcia. To jest niesamowite, jak to czego nauczyłam się za młodu siedzi w mojej głowie i ma się dobrze :).

W Niemczech było cudownie, świeciło słońce, na zmianę z deszczem i nawet była wielka ulewa, która złapała nas, kiedy szliśmy wieczorem do przytulnej kawiarni w parku na małe co nieco. Dżinsy oblepiły mnie jak rajstopy, zrobiły się ciężkie i zimne, buty przemokły, ale przecież nie jestem z cukru. Świadomie blokowałam narzekanie w mojej głowie ;-). Siedzieliśmy też w ogrodzie w słońcu, podziwialiśmy dzikie krokusy i pszczoły (!) i głośno śpiewające ptaki, które przylatywały do jedzonek zawieszonych na drzewach (oprócz mnóstwa sikorek był nawet dzięcioł!). Pyszne jedzenie, uśmiechnięci ludzie i słońce - niczego więcej nie trzeba!

W zeszłym tygodniu dorwałam się znowu do następnych trzech książek Ligockiej - jak ją się zacznie czytać, to nie można się w ogóle oderwać! Koronawirus w świetle jej przeżyć i przeżyć jej rodziny z czasów wojny i potem to naprawdę nic. O tych przeżyciach pisze z wielką lekkością, przeplata je z teraźniejszością, i zawsze z odpowiednią puentą. Są to krótkie felietony, ale bardzo poruszają.

A wczoraj świętowaliśmy u mamy jej imieniny, z ciociami i wujkiem. Drugie imieniny bez taty...

Dzisiaj dyrektor szkoły trenerów, w której już niedługo kończę edukację, przysłał informacje jak podnieść swoją odporność w obecnej sytuacji. Zacytuję tu fragment o żywieniu, bo to bardzo pokrywa się z ajurwedą i ogólnie jest mądre.

"Jak się chronić, czyli jak wzmacniać swoją odporność:

- nie przemęczać organizmu
- pić dużo gorącej wody – najlepiej z imbirem, cynamonem, goździkami
- dużo spać najlepiej w porze  22-ga 6 rano, (min 8 godz.)  40% naszej odporności buduje sen w odpowiednim czasie
- ćwiczyć – Joga, Tai Chi, Qi gong - codziennie!
- jeść potrawy ciepłe i rozgrzewające (uwzględniając szczególnie: czosnek, cebulę, imbir, kurkumę...)
- ograniczyć surowe produkty CAŁKOWICIE!

Właściwa profilaktyka i budowanie odporności to jedzenie odżywczych posiłków oraz pokarmów i napojów wyłącznie gotowanych, duszonych, blanszowanych - wyłącznie ciepłych. Surówki i zimne napoje i pokarmy są zakazane! Nie należy się przejadać (maksymalne wypełnienie żołądka
to 70 ). Jeśli jesteśmy przejedzeni to powstaje w organizmie wilgoć - czyli znowu ułatwiamy infekcję. W celu ochrony przed budowaniem wilgoci i śluzu w organizmie należy zaprzestać jedzenia produktów mlecznych np. mleko, jogurty, sery itp. (choć masło może być w rozsądnych ilościach), węglowodanów (szczególnie cukier, ale również znacząco ograniczyć produkty mączne itp.).  Z owoców najlepsze są gruszki, śliwki, morele, ale i jabłka - wskazane jest spożywanie ich w formie ciepłych kompotów lub inaczej, byle na ciepło. Dobre są również suszone owoce np. do kompotów i różne orzechy i nasiona (najlepiej podprażone). Powinny być 3 posiłki dziennie: śniadanie jako główny (!) posiłek, między godz. 7-9, natomiast kolacja lekka, przed godz. 18 - też ciepła; najlepiej zupa. 

Na pewno nie jest dobrą profilaktyką zażywanie witaminy C, bo ma ona bardzo wychładzający charakter, a choroba COVID-19 jest typowym atakiem zewnętrznego Zimna i Wilgoci na system Płuc (wg wzorca patologii medycyny chińskiej). Tak więc witamina C, zwłaszcza syntetyczna, dodatkowo może pogorszyć sytuację i w tym przypadku wręcz ułatwić zakażenie. 

Warto okadzać pomieszczenia moksą (wata lub cygara z Artemisia argyi) przynajmniej raz dziennie, choć może też być nasza szałwia. W chińskich szpitalach  wszędzie żarzy się moksa jako profilaktyczny dym oczyszczający przestrzeń szpitali. 

Wskazany jest ruch: ćwiczenia, Tai Chi, Qi gong, Yoga, bo poruszają Qi i krew oraz wzmacniają organizm i również wpływają na budowanie odporności, (siłownia, szczególnie wyczerpujące ćwiczenia nie są zalecane!). Warto otwierać płuca umiejętnie oddychając - byle nie smogiem. 

Ważne, by chodzić spać wcześnie – optymalny czas to godz. 21:00; nie później niż o godz. 22:00. Sen przed północą najlepiej regeneruje narządy wewnętrzne i odbudowuje Krew (Xue), dzięki czemu organizm jest znacznie oporniejszy.

W domu, w pracy:

- co parę godzin wietrzyć całe mieszkanie czy biuro 
- unikać zimnych i wilgotnych pomieszczeń – najlepsze warunki do osiedlania się wirusa
- utrzymywać ciepło w mieszkaniu / pracy (20-22 stopni Celsjusza)
- wyłączyć klimatyzację szczególnie jeżeli mamy łączoną z innymi pomieszczeniami.

Panika jest zła, natomiast ignorancja jest jeszcze gorsza."
W związku z powyższymi zaleceniami idę właśnie spać!


niedziela, 31 marca 2019

Wczoraj miałam jeszcze napisać o spacerze po lesie po odprowadzeniu Zuzi na urodziny koleżanki, podczas którego czułam się jakbym się zanurzyła w leśnej kąpieli, wraz z wiewiórkami i dzięciołem, które tam spotkałam, i o tym, jak usiadłam przy stole z kubkiem herbaty w ręce pod wielkim rozłożystym i zielonym fikusem beniaminkiem i poczułam się totalnie tu i teraz, spełniona, szczęśliwa, kompletna i pełna wdzięczności. Tak mało człowiekowi potrzeba do szczęścia, wystarczy odrobina słońca! ;-), i już zmienia się nastrój i zwiększa energia. Zrobiłam potem miód z młodą pokrzywą za namową Agnieszki Maciąg. Trochę z tym było zabawy, płukanie, suszenie, blendowanie…
Dziś już było mniej energii, bo zapomniałam o zmianie czasu i budzik nastawiłam na za wcześnie…. Potem przejadłam się pysznym tortem urodzinowym Zuzi, poszłam na spacer z rodzinką odprowadzić mamę na przystanek i padłam podczas czytania. Ten tydzień był szalony… W piątek jeszcze, po późnym powrocie z koncertu, imprezowaliśmy na urodzinach Karoliny w bardzo fajnym pubie. Potańczyliśmy do muzyki z lat 80-tych – wróciły wspomnienia z różnych potańcówek!

Apropo’s szczęścia i mojego zadania domowego na temat własnego kodu szczęścia skończyłam czytać „Szczęście – poradnik dla pesymistów” oraz „Kod szczęścia” R. Wisemana. Ta pierwsza w wielkim skrócie mówi o tym, żeby zaakceptować życie takim jakie jest z niepewnościami, wątpliwościami, smutkiem, porażkami, itp. – po prostu zmienić nasze przekonania i stosunek do spraw, których większość z nas przez całe życie stara się uniknąć i nie starać się na siłę być szczęśliwym. „Prawdziwa pewność leży w absolutnej akceptacji niepewności”, „Przyczyną cierpienia są tak naprawdę przekonania, jakie mamy na temat doświadczeń” (za stoikami), „Nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim”, mówi Hamlet Szekspira. I jeśli porównać życie do wędrówki to „dobry podróżnik nie ma stałych planów i nie upiera się, by gdzieś dotrzeć” (Lao Tze), tylko czerpie i kształtuje swe życie z doświadczeń po drodze. „Kod szczęścia” natomiast podaje konkretne i bardzo praktyczne Cztery Prawa Szczęścia wraz z ich 12 regułami.  W wielkim skrócie są to:

1.Wykorzystuj przypadkowe okazje jak najlepiej. Szczęściarze tworzą, zauważają i wykorzystują przypadkowe okazje.
2. Słuchaj swojej intuicji. Szczęściarze podejmują trafne decyzje, słuchając swojej intuicji i przeczuć.
3. Spodziewaj się najlepszego. Takie oczekiwania  wobec przyszłości pozwalają szczęściarzom spełniać marzenia i realizować ambicje.
4. Zamień pecha w szczęście. Szczęściarze potrafią przekształcić swojego pecha w szczęście.  


Dzisiaj nasza Zuzia obchodziła 15-te urodziny. Trudno uwierzyć, że to już tyle lat. Oglądaliśmy zdjęcia „z maleńkości”. Pomimo tylu problemów to życie wtedy wydaje się teraz cudną beztroską, ale równocześnie czymś bardzo odległym, tak jakbym otwierając albumy ze zdjęciami otwierała filmy z „innej epoki”, a zamykając je, kończyła je oglądać, bo to już przeszłość. Tak się nauczyłam żyć w teraźniejszości, że rzadko wracam do wspomnień, a kiedyś była to moja ulubiona działalność umysłowa ;). Życzę Ci Zuzieńko wiecznej wiosny w sercu!

niedziela, 24 marca 2019


Jak to Niemcy często podkreślają składając życzenia urodzinowe – niedawno zaczęłam kolejny rok swojego życia. Zaczęłam go średnim porannym nastrojem, który szybko zmienił się na lepsze podczas warsztatów będących częścią konferencji o wellbeingu. Pierwsze zajęcia były o tym jak mieć energię na wszystko i mózg odporny na stres, a podczas drugich uczyłam się, jak występować publicznie;). Zazwyczaj podchodzę z ostrożnym entuzjazmem do prowadzących takie warsztaty, a ci byli naprawdę świetni, autentyczni, serdeczni i profesjonalni. Bawiłam się wybornie na tych warsztatach, szczególnie na wystąpieniach publicznych, gdzie 3 godziny minęły jak 15 min! Niesamowite, jak łatwo można wpływać na uwagę ludzi, trzeba tylko znać różne techniki ;). Z wielkim „bananem” na twarzy i radością w sercu wyszłam z tych warsztatów,  a że zaparkowałam rano koło groty solnej, postanowiłam z niej skorzystać, tym bardziej, że nie musiałam płacić za wejście, gdyż honorują tam karty Multisport. Spędziłam w niej cudne 45 min w pełnym relaksie z uzdrawiającą mantrą Ra ma da sa na uszach – byłam bardzo szczęśliwa, że zrobiłam coś dla mojego dobrostanu :D. Poza tym czułam się jak za czasów studenckich, czułam się wolna, bo miałam czas, żeby zrobić coś dla siebie, bez wyrzutów sumienia – dzieci ogarnęły rzeczywistość, mąż w delegacji, nie musiałam iść do pracy… żyć, nie umierać! :-D. Mama prosiła mnie, żebym ją odwiedziła w tym dniu, potem pojechałam na chwilę do domu, chciałam zobaczyć Zuzkę choć na godzinkę, bo potem wychodziłam z Nati i Michałem na koncert do Vertigo – dostali kiedyś bilety. Niedawno byliśmy w Vertigo i jakoś mi się średnio podobał koncert, ale tym razem warto było jechać. Też blues, ale jaki inny. Rodzajów muzyki chyba jest nieskończona liczba! To była radosna, dynamiczna, nastrajająca optymistycznie i motywująca do życia muzyka. A w domu czekały na mnie piękne kwiaty m.in. od… kochanej Beaty (rymuje się ;), która zrobiła mi niesamowitą, cudowną niespodziankę J.
A na piątek mieliśmy zaplanowany pokaz premierowy ekranizacji książki Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”, prosto po fantastycznej zumbie. Film bardzo mroczny, mocny, momentami przerażający i wtedy, jak dziecko, zamykałam oczy. Odwykłam od takich filmów, od takich scen, od takiego zła. Książkę czytałam (już!) pięć lat temu, kiedy tylko wyszła, wywarła na mnie ogromne wrażenie, szczególnie jej historyczny (Księżna Daisy) i transgeneracyjny wątek, ale od tego czasu zmieniłam się i świadomie zaczęłam odcinać się od ciężkich filmów i książek, gdzie niska energia aż powala. Według Ajurwedy choroba zaczyna się od niewłaściwego używania zmysłów, czyli np. wzroku i oglądania potworności.   Dostrzegłam za to bardzo dobrą muzykę oraz tłumaczenie na angielski, na którym chyba podświadomie się skupiałam, żeby nie widzieć wyraźnie złych rzeczy, które pojawiają się w tym filmie. I bardzo szybko o nim „zapomniałam” – po prostu obejrzałam, podzieliłam się wrażeniami z Rafałem i już więcej o nim nie rozprawiałam i nie rozmyślałam – może dlatego, że przeczytałam wcześniej książkę i chciałam po prostu zobaczyć jej ekranizację. Po filmie było też ciekawe spotkania z reżyserem Borysem Lankoszem i jego żoną. Padały bardzo inteligentne i wyszukane pytania z publiczności. A przed filmem spotkaliśmy tamże naszych długoletnich dobrych znajomych J.
Wczoraj natomiast pojechaliśmy na bardzo oryginalny koncert/performans w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej. To miało być rodzinne wyjście z okazji zbliżających się urodzin Zuzi. I było, choć Zuzia większość go przespała ;), bo obudziła się rano trochę podziębiona i niewyspana. A muzyka duńskiej grupy artystów wygrywana pod wodą, w akwariach, była iście usypiająca i bardzo relaksująca. Dźwięki wydobywające się z podwodnych instrumentów i różne „eksperymenty” wodne były bardzo interesujące, a cały pomysł bardzo innowatorski. Na koniec na scenę przed akwariami zaczęła z góry lecieć woda, co w połączeniu z grą świateł dało niesamowity efekt. A ja wciąż się zastanawiam, w jaki sposób dwie piękne Dunki były w stanie śpiewać pod wodą.
Dzisiaj spędziliśmy leniwą niedzielę z przytulaniem, gotowaniem, jedzeniem i robieniem ćwiczeń do egzaminu z angielskiego. Bardzo nas one usypiały… W ramach odstresowywania zrobiłam Zuzi wieczorem wizualizację na temat jej totemicznego zwierzęcia mocy, co jej się bardzo spodobało, mimo, że wcześniej nie pałała do tego ćwiczenia entuzjazmem. W obecnych czasach nauka zarządzania stresem i energią jest niezbędna i powinna być nauczana od pierwszych dni w szkole, a nawet w przedszkolu. Na konferencji widziałam, jak te metody samorozwojowe, z których ja korzystam i o których się uczę, wchodzą do biznesu i jak wielkie firmy już to realizują.  

środa, 20 marca 2019


Dzisiaj jest międzynarodowy dzień szczęścia, a za pół godziny zacznie się wiosna. Dziś byłam na konferencji o Wellbeingu, potem na zebraniu u Zuzi w szkole; po mieście jeździłam tramwajami, zmarzłam i do domu dotarłam o 19:00 głodna i „przebodźcowana” (jak to kiedyś określił jeden z kandydatów po rozmowach kwalifikacyjnych). Pod koniec konferencji skorzystałam z cudownego zabiegu relaksacyjnego na specjalnym prawdziwie „odlotowym” fotelu masującym jak fizjoterapeuta, na którym siedzi się ze specjalnymi słuchawkami i okularami. To było coś pięknego, prawie że „odlot” :-D. Szkoda, że nie mam takiego fotela na co dzień – dzięki częstotliwości różnych fal można się na nim wprowadzać w odpowiedni stan – relaksu, gotowości do nauki, zapamiętywania, pobudzenia, dobrego snu, itp.  Jedna z prelegentek, pracująca dla Discovery i TVN opowiadała o tematach bardzo mi bliskich - o zarządzaniu swoją energią, o chińskiej gimnastyce Chi kung, oddychaniu, itp. Było tez dużo o medytacji.  Niesamowite jak te alternatywne tematy wchodzą do biznesu. 

W ramach swojego własnego wellbeingu wzięłam gorącą kąpiel, do której planowałam wsypać dużo soli Epsom (relaks mięśni i profilaktyka przeciwko przeziębieniom, a zmarzłam wracając do domu!, ale niestety moje przebodźcowanie spowodowało, że suma summarum, po długim odpakowywaniu wiadra z solą, zapomniałam ją dorzucić… To już chyba czas na sen…. J

sobota, 16 lutego 2019


Ach, jak mi dobrze! Siedzę leżąc sobie na łóżku i delektuję się pozumbowym zmęczeniem J i rozluźniającą magnezową kąpielą. Ponad trzy godziny ćwiczenio-tańczenia. Nie wiem, co mnie wzięło, żeby jeszcze dzisiaj pójść na specjalne zajęcia sobotnie. Ale wczoraj nie mogłam być na Zumbie, więc dziś nadrabiałam. I było cudownie! Przyjechała koleżanka naszego instruktora Rafała i prowadziła kilka kawałków, ale jednak Rafał i jego układy są najlepsze. Ma bardzo dużo ruchów typowo tanecznych, wziętych z różnych tańców i to jest wspaniałe. A dzisiejsza rozgrzewka była w rytmach tango!!! Godzinę później byłyśmy już z Zuzią na specjalnej Masterclassie z szalonymi i przewspaniałymi instruktorami z Hiszpanii i Rumunii. Odstawili istny show na scenie, trochę jak teatr. Świetnie się zgrali, dopasowali i uzupełniali. Było tyle śmiechu, radości i endorfin! Rano jeszcze zrobiłam sobie moją sesję energizującej jogi, więc dzisiaj było bardzo sportowo ;-). A pogoda cudowna, 17 stopni, kiedy wychodziłam z „maratonu walentynkowego” Rafała. Ale jestem z siebie dumna! I wykończona ;).

Wczoraj był piękny zachód słońca, nieziemski! Jechałam autostradą i naprzeciw siebie miałam ogromną otwartą przestrzeń cudownego kolorowego nieba. Szkoda, że zdjęcia robione moim telefonem tego nie oddadzą. Wcześniej zaszłam na chwilę do sklepu, a wracając zajrzałam do Inmedio i wzięłam do ręki książkę Michelle Obamy „Becoming”. Książka była dość gruba, a ja akurat otworzyłam na fragmencie opisującym pobyt jej taty w szpitalu, ich pożegnanie i jego śmierć. Bardzo się tym wzruszyłam, bo wczoraj akurat minęły cztery miesiące, odkąd nie ma na ziemi mojego taty. Czasami bardzo mi go brakuje i nie wierzę jeszcze, że go już nigdy nie zobaczę żywego. Byłby dumny z Natalki, która wczoraj została nagrodzona w kolejnym konkursie recytatorskim, a dzisiaj jeździła z Michałem zabytkowym tramwajem, w którym był koncert jazzowy. Mój tato pasjonował się tramwajami. Bardzo zainteresowałby się również książką, którą prawie skończyłam – „Prezydentem” Dutkiewicza, który w niej opowiada niesamowite dobre rzeczy o Wrocławiu i o tym, ile się w nim działo i jak on działał i co robił, żeby Wrocław zdobył taką wysoką pozycję, jaką ma obecnie. Dutkiewicz był niesamowicie skutecznym wizjonerem oraz bardzo zaradnym i inteligentnym praktykiem i jestem pełna podziwu i wdzięczności za to, że wyniósł Wrocław na takie wyżyny.

Uważam, że życie jest fascynujące.

czwartek, 10 maja 2018

Poszłam pobiegać do parku, wprawdzie dopiero o 7 wieczorem, ale warto było!!! Totalnie i całkowicie! Zapachy nagrzanej i wilgotnej ziemi oraz kwitnących drzew i krzewów są nie do opisania, niektóre porażały mnie swoją intensywnością, pachniały jak mocne perfumy! Ach, te cudowności.... Nawet znalazłam dwa małe drzewka kasztanowe z czerwonymi kwiatami, takimi jak widziałam w Niemczech. Żałuję, że nie potrafię nazwać tych piękności. Były kwiaty białe, różowe, żółte, cudowne....Bawiłam się jak dziecko, dmuchałam dmuchawce, ruszałam gałązki, żeby spadł "śnieg" z biały przecudnych płatków, zeszłam nad rzekę, przytulałam się do drzewa, rozciągałam, gubiłam w labiryncie, przeglądałam w wodzie. I ciągle spotykałam tego samego pana biegacza! Za trzecim razem wybuchłam śmiechem, kiedy się mijaliśmy :-).

Kocham ten park (i zamek) od 16 lat, bo jest duży, piękny i dziki, zarośnięty zielenią i kwieciem i niesamowicie pachnący :-).

czwartek, 26 kwietnia 2018

Dzisiaj byłam w bzowym raju!!! Było tam cudownie i jak patrzę na zdjęcia to od razu czuję ten niebiański zapach! :-) :-) :-).

Takie to są zalety dojeżdżania do pracy pociągiem i tramwajem ;-). Oprócz tego wielkim plusem jest szybki bieg rano do lokalnego autobusiku, potem też spacer na stację, w pociągu pogawędka z dawno niewidzianą sąsiadką nauczycielką, której dzieci są w wieku moich dzieci, i która aktualnie pracuje w szkole Natalii, a po pociągu i tramwaju następny spacerek, tym razem przez zielony i zawsze napawający mnie spokojem historyczny cmentarz żołnierzy radzieckich. Na jego skraju znajduje się cudowny bzowy "gaj" z wielką ilością wysokich i pachnących bzowych drzew! Odkryłam je dopiero teraz. Ach, stałam tam i wąchałam i nie chciałam odejść!.... 

sobota, 14 kwietnia 2018


Dzisiaj po zmienieniu opon na letnie i rozciąganiu na jodze uziemiałam się, tzn. grzebałam w ziemi na działce i na balkonie. Uziemianie się, lub jak kto woli ugruntowywanie się jest bardzo zalecane przez Ajurwedę. Nie tylko jest to relaksujące, ale również jest pewnego rodzaju medytacją, kiedy człowiek skupia się w pełni na tym co sadzi, sieje, czy obcina. Kontakt z ziemią uspokaja umysł, uziemia go, a on przestaje fruwać w przestworzach. Chyba za bardzo się zrelaksowałam, bo strasznie mi się chciało spać..., ale w domu (na balkonie) dostałam zastrzyk energii - poprzesadzałam rośliny, niektóre wyrzuciłam, posadziłam kwiatki i zioła, zamiotłam. Uwielbiam kiedy doprowadzam jakieś zadanie do końca, gdyż efekt wynagradza ciężką pracę! :-).  Spędziłam dziś praktycznie cały dzień na dworze, a na działce byliśmy wszyscy razem z rodzicami, oprócz Natalii, która miała swoje zajęcia. Pamiętam, jaką zmorą były dla mnie zajęcia działkowe, kiedy byłam nastolatką. Rodzice spędzali tam dużo czasu i energii, a ja jakoś nie byłam zainteresowana tym rodzajem aktywności, zawsze kojarzyło mi się to z pracą, a zamiast niej mogłam przecież robić coś o wiele ciekawszego. Działkę mieliśmy odkąd miałam 13 lat. Ta pierwsze została "przerobiona" przez miasto na wał przeciwpowodziowy, obecna jest o połowę mniejsza, ale o wiele bliżej. Niestety słychać jeżdżące samochody, więc relaks średni, ale zawsze można pobyć na świeżym powietrzu i wyhodować swoje warzywa i owoce. Na szczęście Rafał lubi to robić - w domu rodzinnym od zawsze mieli wielki ogród, więc teraz może się realizować ;-). Ja natomiast uwielbiam patrzeć na to, jak odradzają się rośliny, jak mają coraz więcej listków, pączków, jak coraz więcej roślin wychodzi z ziemi...






środa, 11 kwietnia 2018


Dzisiaj świat podarował mi 30 minut zawieszenia w czasie, kiedy mogłam nic nie robić :-). Dziwne to uczucie!

Po pracy pojechałam tramwajem do rynku na cykliczne darmowe spotkanie z tematów employer brandingowych "EB Masters". Trochę szkoda było mi wolnego wieczoru, ale lubię słuchać o ciekawych pomysłach i inicjatywach ciągle licząc, że może kiedyś uda mi się wprowadzić niektóre z nich w swojej firmie. Między prezentacjami były 15-minutowe przerwy. Podczas pierwszej przeszłam do księgarni obok i poczułam się tam jak za czasów studenckich, kiedy mogłam regularnie przeglądać nowe książki i zachwycać się ich zapachem, formą i treścią bez zwracania uwagi na czas. W księgarni "Tajne komplety" jest cudowna atmosfera, przytulne fotele, kanapy, stoliki, mała kawiarenka, a regały z książkami ułożone jak w prywatnej bibliotece domowej. Przy jednym stoliku dyskutowała młodzież, przy drugim obcokrajowcy. Zatęskniłam za młodością i takimi rozmowami.

W drugiej przerwie usiadłam sobie na ławce przed fontanną w Rynku i chcąc nie chcąc byłam świadkiem oświadczenia się pewnego młodego pana pewnej niemłodej już pani - oboje pod lekkim wpływem alkoholu ;-). Pan wyciągnął przenośny głośnik i włączył cudowną melodię graną na pianinie i padł na kolana na twarde kocie łby przed swoją wybranką mówiąc jej same cudowne rzeczy, a ona się albo śmiała jak nastolatka, albo krygowała. Pomimo udziału alkoholu ta scena była niesamowicie romantyczna, w Rynku zapadał zmierzch, był ciepły wieczór, leciała piękna melodia - to wszystko było bardzo urokliwe.

Wczoraj wieczorem po prawie miesięcznej przerwie byłam na zumbie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez 45 minut, potem już dopadło mnie zmęczenie i koncentrowałam się na nowych układach. Ale było cudownie! Uwielbiam tańczyć :-).

Wczoraj też rodzice mieli 53 rocznicę ślubu. Oni uwielbiają kwiaty i wszystkich nimi obdarzają, więc postanowiłam zamówić dla nich bukiet z dostawą. Ależ im zrobiłam niespodziankę! Tato bardzo się wzruszył, mówił, że to najpiękniejszy prezent ever.

niedziela, 14 maja 2017






Zachwyt nad wiosną soczystą, zieloną, pachnącą i gorącą trwa!!! Słońce czuję teraz na skórze po 11 km spaceru przez pola i las do zamku na wodzie w Wojnowicach. Plany mieliśmy ambitne - stawy w Miliczu lub wąwóz Pełcznicy w Książu, ale jednak potrzeba snu była mocniejsza;-). Do Wojnowic mieliśmy najbliżej. Droga nie była łatwa, bo żeby nie trwała zbyt długo poszliśmy na skróty przez pola, do szlaku dołączywszy dopiero pod koniec wędrówki, i "czuję" ją teraz w nogach, Zamek był zamknięty, ale i tak warto było. Pod zamkiem spotkaliśmy byłych sąsiadów z dziećmi - rozmowa zeszła na tematy szkolne... Wróciliśmy przez Mrozów pociągiem - byłam wdzięczna za taką możliwość:-)










Potem obiadek, krótki odpoczynek i jechałam po Dominikę, a potem do szpitala na masaż. Tato twierdzi, że Dominika masuje najlepiej - cieszę się, że znalazła czas. Rozmawiałyśmy o naszym ulubionym temacie Ajurwedzie i tym, co najbardziej pomaga w zbalansowaniu Vaty, której tyle jest w naszym obecnym szybkim życiu.






sobota, 13 maja 2017




W końcu przyszła prawdziwa wiosna, a nawet od razu lato! Cudowne wiosenne zapachy kwitnących drzew, rzepaku, ziemi, nagrzanego słońcem powietrza, soczysta i gęsta zieleń, ptaki, owady - życie! W taką pogodę aż żal nie wychodzić z domu. Pomimo "wykończenia" po jodze i spacerze przed nią, po południu wyciągnęliśmy Zuzię z domu i pojechaliśmy do Parku Krajobrazowego Doliny Bystrzycy.







Jedno z naszych ulubionych miejsc (i wycieczek rowerowych) to fragment tego parku od Gałowa do Pałacu Aleksandrów w Samotworze i rejon w pobliżu Karczmy Rzym. Planowaliśmy posiedzieć nad rzeką od koło samego pałacu, ale niestety, okazało się, że jest on zamknięty i wejście zagrodzone... Jeszcze niedawno był tam hotel, odbywały się wesela, jadłam tam kiedyś śniadanie, a nad rzeką przy pałacu nieraz huśtałyśmy się i odpoczywaliśmy na wygodnych leżakach. Szkoda....






W szpitalu sąsiad taty opowiedział mi historię swojego życia.... Jego ojciec był znanym profesorem politechniki we Lwowie, a po przeprowadzce do Wrocławia w maju 1945, zaczął organizować szkoły średnie. Znajomy pan ochroniarz, który znał mnie z widzenia ze Złotnik, pozdrowił mnie serdecznie.

"nie jestem sama
ze mną jest woda
która patrzy moimi oczyma
uśmiecha się moimi ustami
i nasłuchuje
tysiąca słów złotych słonecznych

uskrzydlone słowa
ptactwo pierzaste
chmury was nade mną
jak pocałunki
garniecie się do rąk do ust

i wszystko płonie
rozsypane w słońcu
nie jestem sama
ze mną jest trawa
której każde źdźbło
powtarza kształt moich palców"
/H. Poświatowska - niedawno była jej 80-ta rocznica urodzin/