Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Genialna przyjaciółka". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Genialna przyjaciółka". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Present Moment Reminder

Tyle wrażeń dzisiaj, że już nie mam siły... ;-). Sześć godzin spotkania z Reiki, wiele niesamowitych historii z 25 lat istnienia Reiki w Polsce, historii, które nadawałyby się na film i które są dowodem na działanie dobroczynnej, uzdrawiającej energii i odpowiedniej intencji/dobrych życzeń. I wszystko to zgodnie z wolą Pana, wszechświata, tego, w co kto wierzy...

Wysyłaliśmy jednocześnie (w grupie siła) dobre życzenia do potrzebujących członków naszych rodzin, a także do Scotta z Alaski, szwagra mojej znajomej ze Stanów, który jest chory. W czasie medytacji czułam się pięknie, pierwszy raz miałam takie doświadczenie. Jak zwykle bardzo miło jest spotkać ludzi podobnie myślących, pozytywnie nastawionych, współczujących. Była pielęgniarka, logopedka, fizjoterapeutka dzieci, fizjoterapeutka koni, młoda "inżynierka", młoda mama, i dwie osoby, których zajęcia nie znam. Jak zwykle po takich spotkaniach czuję spokój i błogość w umyśle i wrażenie, że wszystko jest tak, jak powinno być (a przez większość życia czułam, że jest odwrotnie ;-).

Potem szybko dokończenie obiadu zaczętego przez Rafała, wspólny posiłek z rodzinką i wyjście do Teatru Współczesnego na najbardziej "odjechaną" sztukę teatralną, jaką kiedykolwiek widziałam, a widziałam już kiedyś w Capitolu kilka takich "pokręconych". Udało nam się dotrzeć pół godziny wcześniej i dzięki temu porozmawialiśmy sobie cudownie w kawiarni teatralnej z Martą, Andrzejem i siostrą Marty i jej mężem - to dzięki Marcie dowiedziałam się, że będzie to przedstawienie. Wszyscy widzowie zostali jednocześnie zaproszeni do Sceny na Strychu i kiedy tam weszliśmy okazało się, że cała ta sala była jedną wielką sceną! Miejsca do siedzenia były różnorodne i w różnych miejscach, nam zaproponowano miękki dywan z poduszkami na podłodze (!). Pierwszy raz oglądałam, a raczej brałam udział w przedstawieniu z takiego poziomu. Aktorzy byli wszędzie, z tyłu, z przodu, przed nami, na środku, zatapiali się w widownię, zadawali widzom pytania, kazali się im przesuwać, czytać fragmenty książki, patrzyli widzom prosto w oczy i rozmawiali z nimi (momentami rozmawiali też sami ze sobą, tak jakby byli w trakcie przygotowywania tego przedstawienia). To było coś nadzwyczajnego! Jak napisałam na FB: "'Genialna przyjaciółka' - najbardziej interaktywny spektakl (a może raczej performance), w jakim kiedykolwiek uczestniczyłam. Niesamowita forma, scenografia, aktorstwo i wciąganie widzów do gry. Brawa dla reżyserki i scenarzysty za świetny pomysł na tak ciekawą adaptację teatralną czterech tomów tej historii!!!" Zastanawiałam się wcześniej, jak to zostanie przedstawione, bo przecież to zwykła historia dwóch głównych bohaterek od dzieciństwa do starości z polityką i zmianami społeczno-gospodarczymi w tle. I zostało to przedstawione bardzo nowatorsko, choć jak dla mnie za dużo wagi było przyłożonej do roli seksu (w książce jest nie jest to aż tak dominujące), a przedstawienie tych scen było bardzo nietypowe i niezrozumiałe przez tych, którzy nie przeczytali książki (po przedstawieniu rozmawialiśmy z grupą kobiet, z których część wyszła z przedstawienia). Gra aktorska była bardzo dobra i przez prawie dwie godziny siedziałam na tym dywanie prawie że w bezruchu ciekawa każdej następnej minuty i tego co się wydarzy. Na pewno realizatorom tego spektaklu udało się zaciekawić widownię, zaskoczyć, zgorszyć, i dać do myślenia. Pewnie też trochę zjednoczyć, gdyż nie byliśmy już tacy anonimowi biorąc udział w tej grze i widząc dokładnie swoje reakcje.
Niesamowite jest oglądać historię, w której siedziało się mentalnie praktycznie cały miesiąc, na deskach teatru - rozumie się wtedy różne niuanse, teksty, jest łatwiej interpretować i zrozumieć to, co się widzi na scenie, nawet jeśli jest to przedstawione bardzo oryginalnie i nowatorsko. Czułam pełnię tej całej historii. Temu kto nie czytał pewnie było trudniej, ale i tak czuję wielki podziw dla reżyserki i scenarzysty za tak ciekawy pomysł i realizację. Szacun też dla aktorów, którzy przecież za każdym razem bardzo się obnażają przed nieznajomymi ludźmi, którzy potem mogą ich głupio skrytykować, bo na przykład w ogóle nie zrozumieli przekazu i intencji reżysera. 

wtorek, 6 lutego 2018

Z ciekawości sprawdzam w statystykach tego bloga, z jakich krajów pochodzą jego czytelnicy J. Było już ich naprawdę dużo, i to kilka dość egzotycznych jak wyspy Bahama, Indie, czy Zjednoczone Emiraty, ale od kilku dni, oprócz Polski, Portugalii i USA pojawia się codziennie Estonia. Estonia, która skradła moje serce prawie dwa lata temu i do której czasami tęsknię. Do tej pory nie napisałam relacji z naszej podróży po Krajach Bałtyckich, pamiętam, jak planowałam zawrzeć w niej praktyczne rady, jak sobie nagrywałam na dyktafon, to co akurat zwiedzaliśmy i przeżywaliśmy. Teraz już połowy z tego nie pamiętam…Ach te podróże… Znowu mnie kuszą – wczoraj byłam na masażu, który dostałam w prezencie i przegadałyśmy z panią kosmetyczką prawie dwie godziny o podróżach. Ona rok temu była w 18-tu nowych miejscach i bardzo polecała mi Islandię, a ja jej Rumunię ;-). Czułam się tam jak w innym świecie – oderwana na chwilę od zimna i szarówki za oknem.

Wczoraj też w ostatniej chwili przed zamknięciem wpadłam do biblioteki po ostatnią część neapolitańsko-włoskiej historii – rzeki. Przez cały dzień czułam się jak na głodzie i wyobrażałam te chwilę, kiedy w końcu będę mieć tę książkę w swoich rękach. Ta część „Historia zaginionej dziewczynki” jest chyba najgrubsza z wszystkich i jej dominantą nie jest już tak bardzo wzloty i upadki wieloletniej przyjaźni dwóch kobiet, ale przed wszystkim miłość. Zresztą on przewija się od samego początku, ale tutaj jest na pierwszym planie. Czegóż to się nie robi z miłości! Same szaleństwa! Kto tego nie zaznał chyba nie jest sobie w stanie wyobrazić jak wielka może być beztroska i lekkomyślność, ale też uczucie ogromnego szczęścia, kiedy człowieka dopadnie taka obłędna fascynacja płcią przeciwną…

Dzisiaj w ciągu dnia weszłam na FB, żeby zrobić sobie krótką przerwę w nudnych czynnościach i nagle zobaczyłam Natalię i jej musicalową grupę, jak śpiewają podczas otwarcia wystawy w Strasbourgu. Niesamowite! Akurat wtedy!!! Byłam bardzo dumna ;-). Pan Buzek z nimi podśpiewywał. Cieszyłam się, że ta wystawa jest o naszym wspaniałym Wrocławiu (przygotowana przez Centrum Zajezdnia). O 5 rano dziecko będzie już z powrotem we Wrocławiu.


Pomimo długiej pracy i zmęczenia wyszłam dzisiaj na zumbę. I dostałam takiego zastrzyku energii, że sama się temu dziwię. Podczas zajęć uśmiech nie schodził mi z twarzy, śmiałam się z mojego mylenia kroków podczas nowych układów, wczuwałam w tańczenie i endorfiny same płynęły ;-). Dziś było nas bardzo dużo. 

sobota, 3 lutego 2018

 Dzisiaj zrobiłam sobie totalny luz, no może oprócz wycisku na jodze, przez który do tej pory czuję się jakby przejechał po mnie czołg. Aż po obiedzie musiałam się zdrzemnąć ;-). Było ciężko. Próbowałam stanąć na rękach i głowie, co z moimi słabymi ramionami jest praktyczne niewykonalne, więc prawie, że tam krzyczałam ;-). Na rękach stałam połowicznie, zrobiłam tzw. półstanie; próbując stanąć na głowie asekurowały mnie dwie dziewczyny, ale średnio to wyszło. Na przedramionach (trzecia pozycja) nawet nie próbowałam. To są pozycje odwrócone, działają bardzo dobroczynnie na organizm, ale u mnie efekt był przeciwny, przynajmniej na psychice ;-). Pamiętam, że kiedy zaczynałam ćwiczyć jogę ponad 10 lat temu, nie miałam z tym takich problemów. Tak samo jak z mostkiem – wtedy nie miałam z nim najmniejszej trudności, wręcz przeciwnie. To ewidentnie wskazuje na to, jak ciało się zmienia, kiedy się nie ćwiczy, jak zanikają mięśnie… Z rozciąganiem się nie mam problemów, ale z pozycjami wymagającymi siły…lepiej nie mówić.

Po jodze zakupy spożywcze z rodzinką (ja czekałam na nich przy jednej Biedronce, a oni byli w drugiej, dobrze, że się po 15 min zorientowałam), gotowanie obiadu z Zuzią, przytulanie się i czytanie Ferrante. Zaczęłam już trzecią część pt. „Historia ucieczki”. Choć czasami czyta się ją mozolnie, to cała ta historia (wraz z poprzednimi częściami) porusza mnie głęboko. Widzę tyle podobieństw, wracam myślami do dzieciństwa, utożsamiam z bohaterkami i myślę o nadziejach, które wiązałam wtedy z wykształceniem, tak jak główne bohaterki i które tak do końca się nie spełniły. Pomimo, że jest się tak różnym od swojej najbliższej rodziny, to jednak, pomimo wszystko, nie ucieknie się od genów. Przypomina mi się pytanie, które miałam na bardzo trudnym egzaminie na studiach: „Czy los człowieka jest zdeterminowany przez geny, czy przez zachowanie/postępowanie?”. Przez długi czas myślałam, że nie przez geny, że „świat należy do odważnych” i że wszystko się uda, teraz już nie jestem tego taka pewna. Jestem w pełni świadoma tego, że po części to co mnie blokuje i ogranicza, to właśnie geny (jaka to odpowiedzialność w stosunku do swoich dzieci!). Streszczałam Rafałowi te książki, i aż się rozpłakałam, musiałam wyrzucić z siebie tę niesprawiedliwość i przemoc, która jest na porządku dziennym w dzielnicy pełnej biedy, mafii i ciężkiej pracy i każdy z bohaterów jest bardziej lub mniej poszkodowany przez swoje pochodzenie i warunki, w których się wychowywał.

Ależ się robię sentymentalna….A tak dobrze wychodziło mi już koncentrowanie się na „tu i teraz” ;-) To przez te książki…… trochę mnie rozbiły.

niedziela, 28 stycznia 2018


Żeby tak w końcu uciszyć te wszystkie myśli! Powinnam się chyba wystrzegać wszystkich bodźców, spotkań, emocji innych ludzi, emocji w książkach i filmach, zdarzeń. Marzę, żeby uciec w jakieś odosobnienie… Jedna młoda i bardzo energiczna kandydatka, z którą rozmawiałam, opowiadała o pobycie w Nepalu jako wolontariuszka, podczas którego udała się na 10-dniowe odosobnienie z 10 godzinami dziennie przebywania w ciszy. Było to dla niej na początku bardzo trudne, ale potem cudowne.

Po tych dwóch dniach głowa pełna!:

- obiad rodzinny z okazji urodzin Rafała w Bistro Zajezdnia – bardzo duże, smaczne i stosunkowo tanie dania – polecam! J. Niestety, akurat wtedy było bardzo dużo ludzi i innych zorganizowanych imprez. Ale plus taki, że tata i reszta rodziny będąc już tam na miejscu poszła po obiedzie zwiedzić główną wystawę. Bardzo dawno temu robiliśmy regularnie takie imprezy obiadowe, jak dziewczyny były małe i miejsca więcej w domu to było to często, ale głównie urodziny dziewczyn, a nie nasze, a Rafała to chyba nigdy. Był jeszcze Piotrek z Danusią. Pomyślałam sobie, że póki rodzice na chodzie, to może to robić częściej, no i mama może odsapnąć i niczego w takim dniu nie gotować.

- wcześniej byłam na półtoragodzinnej jodze i pomimo długiej przerwy w zajęciach zorganizowanych, po raz pierwszy od dłuższego czasu nie poczułam się pozbawiona energii, ale wręcz przeciwnie, dostałam jej bardzo dużo (i taki jest m.in. cel tych ćwiczeń!). Nosiło mnie tak, że po obiedzie chciałam koniecznie jeszcze gdzieś wyjść, ale w końcu włączyliśmy film w domu. „Elle” z Isabelle Hupert, wiedziałam, że nie będzie łatwy, ale nie wiedziałam, że będzie tak ciężki, i że z gatunku thrillerów. Potem dla odmiany Rafał mnie namówił na dobrą czeską komedię „Akumulator” o energii i ten już był lżejszy, ale o dość późnej porze.

- obudziłam się niezbyt wyspana, gdy śpię dłużej niż 6.30-7.00 rano to we śnie nad ranem przewijają mi się jakieś dziwne filmy… Miałam średni nastrój… Nie zastanawiając się zbyt długo dorwałam „Historię nowego nazwiska” – ciąg dalszy o przyjaciółkach z Neapolu i wsiąkłam na dwie godziny. W trakcie i potem naszły mnie niezbyt wesołe konkluzje, na które chcąc nie chcąc patrzyłam przez pryzmat mojej osoby i rodziny. No matter what you do nie ucieknie się od swego pochodzenia. Identyfikowałam się z Eleną, główną bohaterką która żyła na granicy dwóch światów: swojej biednej prostej rodziny i szkoły,  do której „fuksem” udało jej się wyrwać z tej biedy i jej specyficznej biednej dzielnicy. Psychologia ajurwedyjska i helingerowska mówi o tym, żeby zaakceptować swoje korzenie, swoje pochodzenie, swoich rodziców, bo bez tego nie będzie się układało w życiu. Ja, pomimo wszystko, chyba dalej mam z tym problem. Jestem tak bardzo, tak ekstremalnie różna od moich rodziców i brata, i tak bardzo zauważam te różnice, które często mnie denerwują; chyba moja dusza jest całkiem z kosmosu  (w przenośni i dosłownie), czuję się przez to często inna, dziwna, niezrozumiana przez własną rodzinę, mam też w związku z tym czasami wyrzuty sumienia, że nie jestem takim dzieckiem jakim moja rodzina chciałaby, żebym była. Może jak w końcu się z tym pogodzę, to zaznam spokoju? Moje dzieci, szczególnie Zuzia też są ode mnie inne, może to jest właśnie ta moja lekcja do przerobienia?
Druga kwestia to taka, jak bardzo pochodzenie determinuje to kim się jest. No matter how hard I try - zawsze będę ograniczona intelektualnie, z bagażem emocjonalnym, lękami, strachem odziedziczonym od moich przodków. 
- dziś był pokaz w NFM po warsztatach musicalowych Natalii, namówiłam rodziców, ze względów wymienionych przy wpisie o obiedzie, niech się trochę oderwą od codzienności, choroby, badań, lekarzy, etc.  Na samym początku pytanie, dlaczego nie zaprosiłam też brata. Nie zaprosiłam, bo nawet o tym nie pomyślałam, skupiłam się na rodzicach, żeby zobaczyli wnuczkę, którą rzadko widzą i żeby się trochę rozerwali. Zresztą to nie była żadna gala, czy pełny musical i ważny występ. To pytanie zepsuło mi humor, od razu oczywiście poczułam się winna, że znowu coś źle zrobiłam. Ostatnie cztery dni uczestnicy warsztatów trenowali pod instrukcjami zaprzyjaźnionego aktora z West Endu – Curtisa Angusa. Wczoraj na ostatnich zajęciach była bardzo nieprzyjemna napięta atmosfera – Curtis był bardzo niezadowolony z rezultatu, wypominał im, że oni się przecież szkolą na profesjonalistów, a przecież na warsztatach byli też ludzie „z ulicy”, którzy wcześniej nie ćwiczyli. Tak, jak by im wypominał, że za słabo się starają, a panie instruktorki (założycielki)  dają z siebie wszystko, czego oni nie doceniają. Szkoda tylko, że panie idą bardzo na ilość, co w świetle tych wydarzeń, nie wróży dobrej przyszłości. Panie też dziwnie się zachowywały, a dziś otwierając występ zauważyłam jakąś niepewność w ich głosach i niewyraźne miny. Po takich zapowiedziach myślałam, że faktycznie ten występ będzie średni, ale jak zwykle był na bardzo wysokim poziomie. Rozbił mnie tylko sam Curtis, który długo przemawiał mówiąc, jak to on ciężkim wysiłkiem dostał się na szczyty musicalu i że każdy ma taką szansę, bo różnicą jest tylko miejsce urodzenia (on w Londynie). Niestety, różnica między Londynem a Polską jest duża i on nie może zrozumieć, że np. polski system szkolny nie pozwala trenować kilku godzin dziennie i jeszcze mieć wysokie oceny, jak również przeciętnego Polaka nie stać na to, na co stać przeciętnego Londyńczyka, nie wspominając o systemie zapomóg socjalnych w razie niepowodzeń życiowych. Uświadomiliśmy potem Natalii, że niestety w tego rodzaju zawodach upokarzanie jest częstym zjawiskiem (świetnie pokazuje to film „Whiplash”), i trzeba mieć bardzo silną psychikę i fizyczną kondycję.  Ostatnim elementem pokazu była bardzo dramatyczna pantomima/choreografia ułożona przez Curtisa, 12 min dramatycznej muzyki, do której młodzież poruszała się imitując ludzi na łodzi, którzy tak rozpaczliwie chcą dobić do brzegu, ale im się to nie udaje… Pod koniec prawie ryczałam… To był jego hołd złożony uchodźcom i ofiarom konfliktów na świecie.

- nieudana akcja ratowania Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat. Byłam na bakier z wiadomościami, ale w końcu zapoznałam się z sytuacją. Odwieczne pytania: czy alpiniści to nieodpowiedzialni szaleńcy, czy wielcy ludzie podejmujący niemożliwe wyzwania? Czy są nieodpowiedzialni narażając bliskich na ich potencjalną śmierć, czy tak odważni i pasjonaci, że nie powinno im się tego zabraniać? Czytałam wywiad z Tomaszem sprzed roku. On na tej górze czuł się wolny i spokojny, ona dawała mu moc. Czy ktoś by z tego nie skorzystał? Pewnie po jego przejściach z heroiną, to też działało jak uzależnienie, podobnie jak u Jurka Górskiego, „Najlepszego”. Tomasz nie przewidział tylko, że go zawiedzie fizyczne ciało, choć jego ojciec dzisiaj apelował, żeby kontynuować akcję ratunkową, bo Tomasz jest niezwykle silny i może przesiedzieć w jamie śnieżnej nawet 6 dni. Ale chyba nie chory…….

- w powietrzu, w dzisiejszym wietrze tak bardzo czułam wiosnę i tęsknotę za wolnością!!! Jak również zew podróży :)

środa, 17 stycznia 2018

Trochę odwykłam od intensywnego trybu życia, a teraz przez zwiększone obowiązki w pracy i częstsze niż zawsze ćwiczenia czuję różnicę i wiem, że mi to nie służy. Od 2 stycznia jestem w pędzie i chyba jeszcze nie odpoczęłam po przygotowaniach świątecznych (sic!), albo to jednak przychodzi z wiekiem.... Pracowanie dla amerykańskiej firmy, gdzie jest 9-godzinna różnica czasu też robi swoje. Zauważyłam, że co kilka dni "drga" mi serce lub mięśnie w jego okolicy - chyba muszę bardziej kontrolować ten pęd... 

Korzystając z tego, że Marta ma ferie wpadłam dziś do niej po pracy (mieszka dość blisko), aby pożyczyć następne części "Genialnej przyjaciółki". Miałam iść potem na protest kobiet do Rynku, ale wymiękłam, wiem, wstyd, ale Ania, z którą miałam iść w ostatniej chwili nie mogła, a ja jak już usiadłam przy stole u Marty, to nie miałam siły wyjść na to zimno i jechać tramwajem do Rynku... Lenistwo i zmęczenie wzięły górę :/ 

Podjechałam autobusem do rodziców, gdzie był Rafał z dziewczynami i wróciliśmy razem do domu. Jak tylko wsiadłam do samochodu, zapytałam Natalię o wrażenia z pierwszego dnia warsztatów z Januszem Radkiem i opowiadała o nich całą drogę, jak również o swoim upadku przy wchodzeniu na scenę, tak że nawet nie zdążyłam zapytać się Zuzi o jej dzień, na co zareagowała "obrażeniem się", na szczęście krótkim. Jest mi wtedy przykro, ale zaciskam zęby i nie mam do niej pretensji, bo jestem mądrzejsza/rodzicem i nie mogę też się obrazić;-). Ciekawe tylko, jak to jest przy większej liczbie dzieci....? Życie!

Rafał przekazał mi od mojego brata książkę "Najlepszy" - autobiografię Jurka Górskiego, który wyrwał ją bratowej, bo boi się, że jeśli ja nie zacznę jej od razu czytać, to mi napęd do sportu opadnie ;-). Zaczęłam ją czytać w wannie - świetnie napisana, treść rozkłada na łopatki jeszcze bardziej niż film.  

A teraz idę do łóżka po mój największy napęd, czyli sen!


sobota, 13 stycznia 2018

„Ile serc, tyle uczuć” napisał Lew Tołstoj. Żeby zapomnieć o braku następnej części serii książek o „Genialnej przyjaciółce” i niemożliwości przeczytania o dalszych losach głównych bohaterek w końcu namówiłam rodzinę do obejrzenia „Anny Kareniny” z 2013, zakupionej sto lat temu za grosze w pewnym markecie na literę „B”. 

Smutno mi po tym filmie, smutny los zakochanej kobiety, żony oschłego urzędnika i kochającej matki potępionej przez ówczesną socjetę za swoje uczucia; bardzo smutne zakończenie. Temat zawsze aktualny, bo sercu trudno powiedzieć „nie”. Treść przewidywalna, ale zrobienie filmu w konwencji teatralnej było niesamowitym i pozytywnym zaskoczeniem! Reżyser przeczytał, że arystokracja rosyjska w tamtych czasach żyła tak, jakby była na scenie, wśród wielkich luster, gdzie podglądała się nawzajem, a plotkom nie było końca. Dlatego cały film umieścił na scenie teatralnej, a przejścia między poszczególnymi scenami zaaranżował w bardzo ciekawy sposób. Podkreślił też groteskowość zachowywania się „towarzystwa” i oryginalnie przedstawił namiętność i rozpacz głównej bohaterki. Za przepiękne kostiumy film dostał Oskara.
Miłość jest wszędzie i zawsze uniwersalna. W „Genialnej przyjaciółce” też. Nie jest to wielka literatura, ale jest napisana pięknym językiem i w stylu, który całkowicie pochłania i wchłania czytelnika. Poza pierwszymi stronami, książkę czyta się rewelacyjnie, a podczas czytania miałam wrażenie, że czytam o swoim dzieciństwie spędzonym między blokami, a którego nie zamieniłabym na nic. Miałam wrażenie, że czytam o sobie i swoich przyjaciółkach, o naszych rodzicach, naszych przygodach, szkole, itd. Realia wprawdzie były trochę inne – tam lata 50-te w Neapolu, tu lata 80-te na osiedlu z wielkiej płyty, ale nasze przeżycia, przemyślenia i doświadczanie świata były bardzo podobne! Historia jak z bardziej ambitnej telenoweli, ale bardzo wciąga do swojego świata i za to jestem jej wdzięczna. Nikt nie wie, kto jest autorem (autor używa pseudonimu) i pojawiły się głosy, że jest to mężczyzna. Nie wierzę, że mężczyzna mógłby tak perfekcyjnie wniknąć w świat dziewczynki, nastolatki i dorosłej kobiety, gdzie na dodatek wszystko jest pisane w pierwszej osobie rodzaju żeńskiego. Jestem bardzo ciekawa jak ta historia zostanie przedstawiona na deskach teatru, już niedługo, bo w lutym J.
Poćwiczyłam też trochę jogę, posłuchałam Agi Bery, która jest instruktorką Jogi Kundalini i wysyła chętnym codziennie filmy z praktyką tej jogi. Tę jogę ćwiczy też Agnieszka Maciąg i zawsze mnie bardzo zastanawiało, jak to jest możliwe, że ma tyle energii i wygląda tak młodo. Na pewno jest to też zasługa tych ćwiczeń. Polecam:






piątek, 5 stycznia 2018


Ależ ta karta Multisport motywuje! ;) Dzisiaj też poszłam na Zumbę, od razu po pracy, trzeci raz w tym tygodniu! I wcale nie czuję się przez to zmęczona, tylko mnie trochę nogi bolą, jakbym długo chodziła po górach ;).

W domu upiekłam Hokkaido otrzymane w prezencie oraz buraczki – potraktowałam to trochę jak terapia kolorami (w sumie były to kolory wczorajszego wschodu słońca;), a pokrojona surowa dynia pachniała cudowną świeżością.

Potem wokół pachniało jeszcze piękniej, bo postanowiłam sobie zrobić domową saunę w wannie i wsypałam do niej cudownie pachnącą sól :). Wzięłam do poczytania „Genialną przyjaciółkę” Eleny Ferrante – świetnie się nadającą na taki wieczór po całym tygodniu, żeby zatopić się we wciągającej historii, nie musi być bardzo ambitna, gdyż właśnie taka – „obyczajowa” jest dobra na zresetowanie mózgu. Ale najlepsza na to jest koncentracja na zumbowych krokach (tańczyłam z osobami, które chodzą już trzy lata!), wtedy naprawdę jest się „tu i teraz”. W ciągu tego tygodnia tańczyłam już w szalonym tempie salsę, sambę, rumbę, salsę bachatę, reggaeton, lambadę, mambo, indyjski, afrykański i wszelkie inne autorskie ;). Niesamowita jest pamięć ruchowa ciała, w moim przypadku chyba pamięć podstawowych kroków z kursu tańca, na który chodziłam dawno temu w liceum.