Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura; przyroda; lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura; przyroda; lato. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2019



Gdybym regularnie siadała do pisania, to pisałabym same ciekawe rzeczy, o tym co się akurat dziejei co przychodzi mi do głowy i o mich refleksjach na ten temat;). Ale gdy w końcu znajdę chwilę, tak jak teraz, to już nie pamiętam, co chciałam napisać. Szkoda, bo życie jest takie ulotne.

Minął już miesiąc życia wioskowego! Dzisiaj rano po raz pierwszy poczułam się przytłoczona tym, że ciągle coś robię w ogrodzie i zajmuje mi to całą sobotę. Miałam zakwasy w różnych miejscach, czułam się zmęczona i trochę sfrustrowana tym, że jest to robota bez końca. Ale w sumie to część zadań wymyślam sobie sama. Przycięłam wierzby, podsypałam nawóz pod iglaki, powyrywałam chwasty z kostki i przed furtką, skończyłam „przetwórstwo” krwawnika i trochę obskubałam lawendy (dziś była ciocia i wzięła sobie duży bukiet, więc mam już troszkę mniej do pracy). Przedstawiłam się w końcu sąsiadom z prawej  (z Rafałem zapoznali się tydzień wcześniej, jak mnie nie było) i w rezultacie zaprosili nas do siebie. Może dlatego też byłam zmęczona, bo zaszliśmy do nich po 22:00 (jeszcze Natalia zadzwoniła z Anglii na dłuższą rozmowę) i wyszliśmy po północy. Nie lubię takich „nasiadówek”, no ale trzeba było to „zaliczyć”. Bardzo sympatyczni ludzie, ale nie mój rodzaj konwersacji, a w zasadzie monologu, bo nawijali jak nakręceni. Nie lubię takich „pustych” rozmów i w pewnym momencie się zastanawiałam, co ja tam robię. Chyba mam problem, bo ja po prostu nie nadaję się do takich rozmów o niczym…I standardowo zawsze musi być alkohol, sztywny podział na role damsko-męskie, samochody, materializm, itp. Na szczęście z sąsiadką z lewej rozmawia mi się o wiele lepiej J.
W piątek zajrzeliśmy do sąsiadów jeszcze z bloku i doszkalaliśmy się z roślin ogrodowych i hodowli borówek amerykańskich, dostaliśmy też pyszne ciemnozielone pomidorki. Było bardzo miło, bo sąsiadka obok nich, to też nasza blokowa sąsiadka, i ona z kolei podarowała nam swoje ogórki. Wymyśliliśmy nawet, żeby podzielić się uprawą różnych warzyw i raz na tydzień wymieniać się nimi, bo ciężko wszystko przejeść naraz, jak już obrodzą.
Przez to zmęczenie i słaby nastrój dziś rano ledwo zdążyłam ze sprzątaniem i przygotowaniem obiadu przed przyjazdem mamy i cioci Marysi. Ale obiadek wyszedł przepyszny! Potem krótki spacerek po okolicy i deser z rozmowami na tarasie. A potem wsiadłam na rower i pognałyśmy z Zuzią po okolicy przez pola podziwiać piękne domy i ogrody. Zuzia wróciła szybciej, a ja puściłam się do pobliskiej wsi bardzo malowniczą krętą drogą w dół, a potem z powrotem musiałam pod górę, a nade mną rozpościerała się ogromna ciemna chmura. Spadły z niej tylko pojedyncze krople, ale zmotywowała mnie do szybszego pedałowania i większego wysiłku. Zatoczyłam rowerem wielkie piękne koło i wróciłam do naszego przytulnego domku J. Przesadziłam do większej donicy papryczki chili, które przyniosła ciocia i powycinałam trochę bluszcza, który zasłaniał malino-jeżynom dostęp do słońca. A teraz pora spać!

czwartek, 11 lipca 2019





Pozdrawiam ze wsi sielskiej anielskiej! Dzisiaj było znowu cieplutko, więc mogłam się bawić w ziemi ;-). Moje ręce powoli zaczynają przypominać ręce ogrodnika, dzisiaj odkryłam, że mam trzy kolce pod skórą na palcu po wczorajszym wieczornym obchodzie i przekładaniu jakiejś bardzo kolczastej rośliny za płot na miejsce, z którego przyszła. Nie mogę za długo „wylegiwać się” na tarasie, bo zaraz wzywają mnie rośliny ;-). Sąsiedzi dzisiaj zmotywowali mnie do wyrywania chwastów spomiędzy kamienistej ścieżki. Chciałam trochę posiedzieć w promieniach słońca, ale jakoś tak źle się czułam widząc i słysząc ich krzątaninę w ogrodzie, więc za chwilę robiłam to co oni ;-). Poznaliśmy się w końcu i rozmawialiśmy dłuższą chwilę – okazali się bardzo sympatyczni.

Przewieźliśmy dzisiaj w końcu sprzęt audio i włączyliśmy jedyną płytę, którą tu mieliśmy – utwory Nouvelle Vague z ich ostatniej płyty – gra sobie teraz przytulnie J.

We wtorek przed 19-tą poszłam z mamą na konsultację kardiologiczną do profesora, a profesor wysłał nas do szpitala, żeby mamę dokładnie przebadać. Mama spanikowała, ale ja jakoś nie. Byłam wdzięczna, że tak szybko ją przyjęli, że pielęgniarka na oddziale była niesamowicie życzliwa, że od razu pojawił się przemiły lekarz i przywitał z nami trzema, tzn. też z Zuzią, która była wtedy ze mną cały dzień (pracowała ze mną!) i że mamy taki łatwy dostęp do szpitala. Pojechałyśmy jeszcze ją spakować i z rzeczami z powrotem do szpitala. Do domu dotarłyśmy ok. 22:00, po 14 godzinach od wyjścia z niego. Po drodze zachwycałam się przecudnym kolorem nieba i rozmieszczeniem chmur – to naprawdę było nieziemskie ;-). 
Było chłodno i ciemno, ale to nie przeszkodziło mi w wypiciu herbatki na tarasie, musiałam się tam znaleźć chociaż na chwilkę i „uziemić” po całym dniu latania ;-). Tak niewiele trzeba do szczęścia!!! Obserwuję sobie owady, ptaki, okoliczne koty, które nas odwiedzają i pięknego psa sąsiadów. Prawie jak Simona Kossak, której biografię właśnie czytam, jednocześnie z „Ziołami i zwierzętami” jej autorstwa. Ale teraz już czas spać!

poniedziałek, 8 lipca 2019



Dzisiaj po pracy zwiedzałam z Zuzią okolicę. Poszłyśmy przez pola i las do pobliskiej wsi.
Niesamowite niebo nad nami, złote dywany na polach i zapach iglaków w lesie - zachwyt, totalny zachwyt!

"Above us only sky" ;-)




niedziela, 23 czerwca 2019

















I znowu tyle czasu zleciało, a jak tak zajmowałam się życiem, że nie miałam możliwości pisać. Zauważyłam, że coraz trudniej przychodzi mi ubierać w słowa moje przemyślenia, przeżycia i odczucia. Bardziej czuję, niż ogarniam to umysłem i może dlatego później jakoś trudniej przelać to wszystko w słowa. Pomiędzy zachwytami mam chwile zwątpienia, smutku i lęku i ciągle trenuję swój umysł, żeby się temu nie poddać, ale niezadowolający skutek tych działań jeszcze bardziej mnie demotywuje. Mam przecież tyle powodów do wdzięczności, a jakoś nie mogę tak naturalnie się cieszyć życiem. Czasami ogarniają mnie bardzo katastroficzne myśli…
W czwartek były urodziny Taty. Pojechałam późno po pracy na cmentarz i chyba byłam tam jedyna. Siedziałam na ławce przed grobem i co jakiś czas lałam łzy, choć wieczór był tak piękny, spokojny i ciepły… Rozpraszał mnie grób obok mojego kolegi z pracy, zrobili tam niedawno pomnik i wstawili nawet jego zdjęcie… Bardzo mnie to rozpraszało… Chciałam myśleć tylko o tacie, a znowu pojawiało się pytanie dlaczego Marcin to zrobił… Stanowczo jestem przebodźcowana, za dużo dla mnie tych wszystkich codziennych wrażeń… Marzę o jakimś odosobnieniu w naturze…

Tak bardzo za nim tęsknię. Dzisiaj też, pierwszy Dzień Ojca bez ojca w fizycznej postaci…. Nie wybrzmiała jeszcze we mnie żałoba. Martwię się też zdrowiem mamy. Ech…

Tydzień temu weekend spędzałam w Kliczkowie na wyjeździe firmowym, który organizowałam. Obserwacje socjologiczne zachowam dla siebie. Zachwyciłam się miejscem, przepięknym zamkiem i ogromnym parkiem oraz soczystą zielenią dookoła. Żałowałam, że nie jestem tam z rodziną, tęskniłam za nimi… Program był napięty, ale udało mi się wyrwać na dwie godziny na pachnący masaż w zamkowym spa J. Czułam się po nim cudownie odprężona, lekka i radosna. Pani masażystka szkoliła się też w masażach ajurwedyjskich i to mnie bardzo ujęło. Według Ajurwedy moja Vata powinna być masowana regularnie, przynajmniej raz w tygodniu, żeby się "uziemiła"; niestety jest to nierealne...  
We wtorek byłam u Zuzi na ceremonii zakończeniu roku szkolnego, wcześniej w okręgowej komisji egzaminacyjnej sprawdzić jej egzamin i odwołać się (z polskiego). Wszystko to było bardzo emocjonujące.
Jak dobrze, że był wolny czwartek! Spałam z przerwami chyba przez cały dzień, tak bardzo byłam zmęczona. W piątek po pracy ogarnęła mnie niesamowita chęć, aby sięgnąć po książkę, która musiała czekać na tę chwilę kilka lat na półce. „Botanika duszy”, a w oryginale „The signature of all things” autorstwa Elizabeth Gilbert, wciągnęła mnie tak mocno swoim wspaniałym angielskim,  niesamowitą historią sprzed wieków i niespodziewanymi zwrotami akcji, że do teraz nie mogłam się od niej oderwać. Ach, jak mi tego brakowało! Tego całkowitego zanurzenia się w fascynującej opowieści i życia życiem głównych bohaterów. W tej książce jest wszystko co uwielbiam: historia, Anglia, podróże, rośliny, kwiaty, Kew Gardens, którymi zachwyciłam się rok temu, XIX-wieczne Stany Zjednoczone, niezależna wykształcona kobieta, odkrycia, języki obce, miłość i wiele odmian relacji międzyludzkich…. Wczoraj wprawdzie musiałam się od niej oderwać, ale zrekompensowałam to sobie podziwianiem na żywo ogrodu Danusi i Piotra oraz pobieraniem nauk od Danki i jej siostry Ewy, których to odwiedziliśmy po zawiezieniu Natalii na jej konkurs recytacji i poezji śpiewanej (w pobliżu). Ogród mają cudowny, a ja tak bardzo chciałabym mieć ich wiedzę na temat tych wszystkich pachnących i kwitnących roślinek. Potem pojechaliśmy jeszcze zobaczyć przepiękny pałac i park w pobliskim Bagnie, a potem po raz drugi do pałacu w Brzeźnie na lemoniadę. W tych miejscach można się było poczuć jak w innej epoce, albo nawet w innym kraju, pogoda była cudowna, a wszystko takie niezwykłe. Dzisiaj Natalia dowiedziała się, że oprócz wielkiego tomu wierszy Herberta i płyt z piosenkami Młynarskiego i Umer wygrała wczoraj również nagrodę pieniężną (!).  



poniedziałek, 20 maja 2019



Dziś w pracy cierpiałam na poniedziałkową „niemoc” – ależ mi się nie chciało!


Ale po pracy poszłam do mojego kochanego lasu i dosłownie zostałam pozytywnie ogłuszona ptasimi trelami. Co chwilę spotykałam fruwających zalotników, głównie kosy szalejące w powietrzu parami i hałasujące w gęstwinie, a na leśnej drodze pliszki. Byli jeszcze inni leśni śpiewacy, lecz ich imion niestety nie znam. Przytulałam się do drzew, kopałam przed siebie szyszki, przypominając sobie podwórkowe mecze piłki nożnej z kolegami i koleżankami z ósmej klasy, zdmuchiwałam dmuchawce pozwalając moim zmartwieniom odpłynąć w powietrze wraz z małymi nasionkami-spadochroniarzami, skakałam i biegałam po leśnej ścieżce. Stwierdziłam, że moje wewnętrzne dziecko bardzo, ale to bardzo potrzebuje zabawy – beztroskiej, pełnej śmiechu i radości :D.






środa, 15 sierpnia 2018


Przyciąganie działa – nawet sam tata był bardzo mile zdziwiony, kiedy po krótkiej chwili czekania w poczekalni pojawił się lekarz, który na samym początku się tym zajmował i poprosił go bez kolejki do gabinetu zabiegowego. Ten lekarz to nota bene ojciec mojego byłego ucznia, ale on o tym nie wie, nie mówiłam mu. Za to z matką zawsze miałam dobre stosunki ;). Wszystko wraca…dobre i złe… W desperacji i po kilku telefonach do różnych lekarzy i szpitali oświeciło mnie, żeby właśnie do niego zadzwonić i następnego dnia było już po wszystkim J

Na tej fali przyciągnęłam też darmowe jedzenie na festiwalu Impartu i Gastronocek, gdzie można było potańczyć swinga, i pakiet VIP do kina letniego na dachy Renomy. To było pierwsze miejsce wśród 25 innych wypowiedzi na temat: „Gdzie najchętniej wypoczywasz na łonie natury we Wrocławiu?” Napisałam o moim kochanym Lesie Mokrzańskim. Pakiet obejmował 4 miejsca w pierwszym rzędzie, przepyszne soki, kocyki i bony na zakupy i do restauracji o łącznej wartości 400zł. W sobotę od 9:00 do 17:00 z małymi przerwami szorowałam całe mieszkanie (nawet Ajurweda zaleca czystość i porządek, gdyż zagracenie i zbyt dużo przedmiotów nasila ociężałość umysłową;), aby wieczorem na festiwalu „Balety” koło Impartu spotkać się z Borą – cudownym couchsurferem autostopowiczem z Turcji. W piątek napisał, czy może przyjechać z koleżanką w niedzielę, a potem się okazało, że koleżanka musiała wracać, a on przyjechał już w sobotę (z Pragi). Następny dobry człowiek na tej ziemi, następny dowód na łamanie stereotypów i budowanie mostów ponad uprzedzeniami. Śmialiśmy się, że to nasz 23-letni turecki synek, choć bardziej czuliśmy się jego rodzeństwem. Niesamowicie „grzeczny” i kulturalny chłopak, z poczuciem humoru i bardzo rodzinny. Na dachu Renomy obejrzeliśmy razem dość specyficzny film „Imagine” z panoramą Wrocławia w tle J. Była z nami też Viktoria, którą poznałam w samolocie do Krety, a która akurat odezwała się dzień przed. 
W niedzielę planowaliśmy pojeździć rowerami w okolicach Obornik Śl., ale z braku sił i czasu (wizyta u rodziców) pojechaliśmy tam samochodem spontanicznie odwiedzając po drodze przepiękny Pałac Brzeźno oraz naszych wspaniałych przyjaciół w jednej z okolicznych sielskich wsi. Danusia ma serce na dłoni i jest aniołem w postaci ludzkiej. Dostaliśmy jajka, pomidory i ogórki i pojechaliśmy na 21:30 do fontanny, aby pokazać Borze przepiękny pokaz światło i dźwięk „Mikro i Makrokosmos”. Rano w poniedziałek zrobił nam przepyszne tureckie śniadanie Menemen, intensywnie pachnące i smakujące duszone pomidory i cebulka z jakiem. Zawsze jestem zadziwiona swoimi uczuciami, kiedy żegnam się z naszymi gośćmi podróżnikami, których tak krótko, ale bardzo intensywnie znałam. Jest smutno. Nabraliśmy apetytu na długą wyprawę po Turcji: Istambuł, Izmir, Kapadocja, Pamukkale, Adana – gdzie mieszka Bora i jego rodzina.
W poniedziałek po jodze spotkałam się z Gosią, z którą spotykamy się rzadko, przeważnie w wakacje, kiedy nie ma dzieci i szkoły, a znamy już 20 lat. To niesamowite, że po tylu latach rozmawia nam się i rozumiemy się tak dobrze. Dziękuję Gosiu :-*

Fajnie jest czuć się jak na wakacjach, wyskoczyć wieczorem na sałatkę do Nadodrza i spotkać się w mieście, z tymi, którzy też tam akurat są :-). Dziękuję Marta z rodzinką :-*
Dziś zrobiłam sobie totalny chillout, choć w głowie słyszałam głos namawiający do jakiejś konkretnej aktywności, bo wolny dzień, bo ciepło, bo lato, etc. Chciałam spać, do momentu kiedy sama się obudzę, a nie przez budzik. Taki mały luksus. Obudziłam się już po 6-tej dzięki gruchaniu okolicznych gołębi… Potem kotłowałam się, zasypiałam i śniłam dziwne filmy, które śnią mi się ostatnio zawsze, kiedy za długo śpię. Potem zagłębiłam się na chwilę  w „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk, aby po brunchu zanurzyć się w psychologię ajurwedyjską. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że wiem o sobie jeszcze mniej, niż myślałam i że już nie wiem jaką jestem doszą na poziomie umysłu, bo wychodzą mi trzy po równo, a takie coś praktycznie nie występuje. Mogę być też Vatą ze stłumioną Pittą, albo „przegrzaną” Pittą z wytrąconą z równowagi Vatą. Tak czy siak, jest to bardzo fascynujące, szczególnie związek niewyrażonych, nieprzerobionych emocji z dolegliwościami cielesnymi. Fascynujący jest też wpływ konstytucji rodziców w dniu poczęcia dziecka i wszelkie wydarzenia w dzieciństwie.

„Tak, czuję się zagubiona.
Tak, jest mi z tym źle.
Tak, obawiam się tego.

Zamiast wtłaczać te emocje w ciało, gdzie zaczną generować dolegliwości - przeżyj, uznaj, przyjmij. Wtedy zyskujesz możliwość płynięcia z ruchem, zmiany stanu i być może przejścia w stronę sattwy (dobrostanu). Kiedy sattwa sprzyja harmonii i kreatywności, do głowy przychodzą dobre pomysły na rozwiązanie tej sytuacji”.

„To co jest niewyrażone, nie znika. Emocje są, żyją w ciele i powodują tam problemy.”
„Wielką nauką dla Pitty jest sztuka odpoczywania na bieżąco. Nie wtedy kiedy baterie wysiądą i Pitta pada, tylko na bieżąco, nawet jeśli nie czuje się zmęczona, robienie sobie przerwy nawet na pięć minut.” Itd…

Bardzo ciekawe jest to, że jak nie akceptujemy rodziców, to nie akceptujemy ich części w sobie, czyli nie akceptujemy siebie.



poniedziałek, 23 lipca 2018


W sobotę przeżyłam magiczne chwile! Na maratonie Zumby w czerwcu wylicytowałam charytatywnie pobyt w agroturystyce "Pod Lipami" w Mojeszu, koło Lwówka Śląskiego. Jedyny możliwy termin, w związku okresem wakacyjnym i naszymi wyjazdami to był właśnie ten weekend. Voucher obejmował nocleg, romantyczną kolację i śniadanie. 
Jako że był to kolejny weekend z rzędu poza domem średnio nam się chciało, ale jak już jechaliśmy, to postanowiliśmy też zwiedzić okolicę, tym bardziej, że wiedzieliśmy, że są tam ciekawe miejsca. Oczywiście trudno było zdecydować, co dokładnie zobaczyć, nie mieliśmy czasu na planowanie, a w sobotę rano jeszcze musieliśmy jechać do taty i było ryzyko, że trzeba będzie jechać na SOR. Przez to wyjechaliśmy dość późno i w zasadzie nic już nie planowałam, no bo i tak mogliśmy musieć wracać w każdej chwili. Już dawno oduczyłam się planować na sztywno -  ja, kiedyś świetnie zorganizowana osoba, która spalała się z frustracji, kiedy plan nie wypalał... Pierwszym naszym pięknym miejscem była Góra Zamkowa we Wleniu i wspaniały pałac oraz ruiny zamku na niej.  W pałacu jest kawiarnia z cudownie rozpływającym się w ustach sernikiem, po którego przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Na szczęście nie było ich zbyt wiele, za to był piękny tajemniczy ogród z tyłu pałacu i klimatyczne wnętrze oraz otoczenie pałacu. Podeszliśmy kawałek do góry, do zamku, czytając jego ciekawe opisy na tablicach po drodze i mijając bardzo sympatyczną młodą rodzinkę z dzieckiem w dwoma starszymi babciami. A na zamku.... oprowadzał nas rycerz, który okazał się być jeszcze bardziej sympatycznym znajomym Rafała z organizowania wyjazdu firmowego w Kliczkowie kilka lat temu. Paweł i jego żona w pięknej sukni średniowiecznej chcieli nam nawet oddać tę parę złotych za bilet za zwiedzanie... Od wielu lat są w Bractwie Rycerskim - teraz ich siedzibą jest właśnie zamek we Wleniu zwany Lennem (tak samo nazywa się pałac). Paweł opowiedział nam bardzo ciekawie o historii tego miejsca i panujących tam władcach., a giermek - jego syn nadzorował strzelanie z łuku przez Rafała. Paweł poradził nam, abyśmy koniecznie pojechali do Siedlęcina - do średniowiecznej wieży książęcej, w której znajdują się freski z około 1340 roku. 
A tam to już było naprawdę cudownie... :-). Wielka klimatyczna wieża z wielkim podwórkiem i wodą przed, a w środku bardzo miłe panie sprzedające bilety i różne klimatyczne regionalne cudowności. Ale najpierw pobiegłam do fresków. Jedyne takie w Europie! Przedstawiają życie sir Lancelota - rycerza króla Artura, który zakochał się w jego żonie Ginewrze. Nie wiem dlaczego, ale byłam nimi zachwycona, pomimo, że nie były zbyt wyraźne. Czułam się, jakbym odkrywała nowe lądy próbując zgadnąć, co przedstawiają - na szczęście potem zobaczyłam też opisy poszczególnych scen. W całej Europie podczas podróży wypatrywaliśmy pamiątek ze średniowiecza, a tu mieliśmy takie unikaty na wyciągnięcie ręki! Gdy weszłam na piętro z freskami nie było tam nikogo. Upajałam się ciszą i pięknem malowideł i całą tą sytuacją i średniowieczem i Lancelotem z Ginewrą. Potem pojawiły się tłumy, bo piętro wyżej zaczynał się wernisaż, ale mi jakoś nie przeszkadzały - byłam w pełni "tu i teraz". Na wernisaż też poszliśmy, bo i tak chcieliśmy zobaczyć piętro wyżej i strych. Wystawiane obrazy pokazywały znane i nieznane zakątki Gór Izerskich, Kaczawskich oraz Karkonoszy namalowane przez artystów mieszkających w tej okolicy. Posłuchaliśmy bardzo ciekawych mów powitalnych, jedna pani nawet zaśpiewała operowo, a dziewczyny z wieży zaprosiły do częstowania się pysznymi przekąskami.  Ten poczęstunek był niesamowity - kanapeczki z pesto z różnorodnych chwastów, cukinia w cieście, piękne dorodne owoce, słodkie małe rogaliki, koreczki i dobre wina oraz kawa i herbata. Rozmawiałam potem z panią Moniką - szefową wieży, o pesto z chwastów (przepis wzięła od babci, która jej powiedziała, co jedli w czasie wojny), o cotygodniowym jarmarku smaków z Kotliny Jeleniogórskiej, gdzie wszystkie produkty muszą być lokalne i o innych ciekawostkach. Spotkaliśmy tam bardzo pozytywnych, uśmiechniętych ludzi... Potem jeszcze przejazd do historycznej, ogromnej Zapory Pilchowickiej i krótki spacer tam, i w końcu dojechaliśmy na romantyczną kolację, która była wymieniona na charytatywnym voucherze. Nie mieliśmy żadnych, ale to żadnych oczekiwań, nawet nie miałam za dużo czasu, żeby się zastanawiać, co zastaniemy "Pod Lipami" - po prostu zajechaliśmy tam "z marszu" zatrzymując się po drodze, żeby zrobić przecudowne zdjęcia pobliskich pól, łąk i wzgórz.





Przyjechaliśmy parę minut po umówionym czasie, przywitał nas Jacek, jeden z gospodarzy i zaprowadził do naszego pokoju, który nas oczarował. Nie tylko pokój, ale całe to miejsce nie miało niczego wspólnego z "agroturystyką", do której voucher wygrałam. Piękne kapy na łóżkach, postarzane obielone meble, piękne drobiazgi. Proste rzeczy, ale mnie wydawały się przepełnione magią, może dlatego, że byłam na świeżo po "Rozmarynie i różach" Agnieszki Maciąg, która pięknie opisywała miejsca, w których zatrzymywali się podczas trzytygodniowej podróży. Kolory w naszym pokoju miały biało-szary-jasnofioletowe odcienie i to też kojarzyło mi się z Prowansją, którą opisywała. Nie wiem jak to dokładnie opisać, ale przeżyłam tam jakieś pomieszanie dwóch światów, mojego i tego z książki, ale wiem, że to było cudowne. Zeszliśmy na dół do restauracji i już z daleka zobaczyliśmy biały obrus na stoliku w ogrodzie pod gęstymi krzewami, które nas dosłownie i w przenośni otualały :-). Ale czymś co mnie już całkowicie rozbroiło to był przecudowny bukiet z łąkowych i polnych kwiatów, a koło niego świeczki w kieliszkach. Tego bukietu i całego tego doświadczenia nigdy nie zapomnę. Najpierw to do nas nie docierało, byliśmy w za dużym szoku, ale potem zaczęliśmy się z tego cieszyć jak dzieciaki :-). Nie mieliśmy żadnych oczekiwań, byliśmy otwarci na to co nam da los, a był on bardzo hojny :-). Jedzenie, które podała nam uśmiechająca się dziewczyna było przepyszne: przystawka, danie główne i deser. Do tego butelka różowego wina, lekkiego, odpowiedniego na lato. Wokół zielono, śpiewają ptaki, bukiet cudnych kwiatów, pyszne jedzenie i my. To wszystko sprawiło, że zatrzymaliśmy się i dzięki temu chłonęliśmy każdą sekundę tego doświadczenia :-).





Rano zeszliśmy na równie pyszne śniadanie, którym się delektowaliśmy i ucięliśmy sobie pogawędkę z przemiłymi właścicielami. Nie zarobili nic na naszej wizycie (szlachetnie podarowali na licytację voucher na pobyt u nich), a potraktowali nas po iście po królewsku. Nie dziwię się, że ludzie do nich wracają. My też tam wrócimy :-).

Żal było wyjeżdżać. Ale chcieliśmy jeszcze zobaczyć szaloną pobliską wieś - Pławną, a szczególnie muzeum przesiedleńców i wypędzonych z eksponatami zebranymi ze starych poniemieckich domów. Pławną "rządzi" szalony artysta Miliński, który oprócz wielkich rzeźb zbudował zamek, arkę Noego, zorganizował to muzeum, teatr lalek, gród łużycki, etc..... Dobrze, że zaczęliśmy od muzeum, potem dom "Wehikuł czasu", bo po arce już jakoś nam się odechciało innych dziwów - trochę pan artysta przesadził według mnie. Ale cel osiągnął - przyciąga turystów i zarabia. W Pławnej często bywa telewizja. Cieszę się, że dzięki niemu zachowało się wiele pamiątek po tamtejszych Niemcach i po repatriantach ze Wschodu. W domu "Wehikuł czasu" - czas się zatrzymał.W muzeum zresztą też. Oprowadzał nas pan Czesiu, który opowiadał niesamowite prawdziwe historie o Niemcach, szukaniach skarbów, budowaniu arki, etc. Niesamowite, jak ludzie na wsi się jednoczą i tworzą prawdziwą wspólnotę.





Po Pławnej szybka wizyta na kawę mrożoną w rynku Lwówka Śląskiego wraz z podziwianiem ratusza, a potem wybraliśmy się na spacer po Szwajcarii Lwóweckiej - szkoda tylko, że tak krótko, bo zieloność i skały są tam przepiękne. Wokół Lwówka jest wiele pałaców, ale pojechaliśmy zobaczyć ten w Płakowicach - piękny mały "Wawel", w którym kiedyś Polacy opiekowali się północnokoreańskimi dziećmi (w latach pięćdziesiątych), a dzieci przeżyły traumę, kiedy musiały wracać do swojego kraju, gdyż tak im było tam dobrze. Następny pałac w Brunowie zwiedziliśmy z zewnątrz w ekspresowym tempie, gdyż odbywały się tam chyba dwa wesela lub poprawiny) i jakoś dziwnie się tam czuliśmy. Potem przez objazdy, Nową Ziemię ;-) i Złotoryję do domu.








środa, 11 lipca 2018


28.06. – 11.07.2018 Wielka Brytania, Irlandia
Streszczenie :)

28.06 czwartek – London Stansted, Liverpool Street, dojazd do pracy naszego hosta z Couchsurfingu Ghislain na Old Street (Shoreditch), zostawiłyśmy tam bagaże i prawie godzinę jechałyśmy metrem do Kew Gardens - było warto, Natalia była zachwycona. Było gorąco i wilgotno, ale bardzo ciekawie i pięknie, szczególnie w palmiarniach. Czysty zachwyt nad niesamowitymi roślinami! 
Podziwiałyśmy też architektonicznie piękny zabtykowy pawilon i chodziłyśmy w koronach drzew :)
17:00 zameldowałyśmy się pod firmą Ghislain'a, przejazd do domu w Forest Hill, rozgoszczenie się, wyjście do Sainsbury’s na zakupy, a po drodze odebranie Rafała i Zuzi ze stacji.
Wspólna kolacja.

29.06 piątek – Całodniowe zwiedzanie i co chwilę zachwyty :-) London Bridge – Sky Garden – Borough Market (fish and chips, indyjskie jedzenie) – spacer wzdłuż Tamizy – Tower Bridge przez most i powrót obok Tower do stacji metra Tower Hill – Houses of Parliament – spacer do National Gallery – oglądanie obrazów, Trafalgar Sq, flagi malowane kolorową kredą przez Polaka – Picaddilly Circus i największa, siedmiopiętrowa księgarnia Waterstones’, gdzie w przyjemnym chłodku odpoczęliśmy przy sconesach i herbatce - spacer do Buckingham Palace przez St. James’s Park – jedzenie w Pret-a-Manger koło teatru – dziewczyny na musicalu Wicked, a my wtedy chillout w St. James’ park ze szczurami, kokoszką zwyczajną (ang. moorhen, która dziobnęła mnie w palec u stopy) i wiewiórkami – powrót wieczorem autobusem. 

30.06 sobota 
Na 11:00 zawieźliśmy Nati do Pinapple Studio w Covent Garden na zajęcia z baletu, a my z Zuzią spędziłyśmy chwilę w wielkich sklepach M&M i Lego - wielki konsumpcjonizm, szczególnie w M&M. Spacerek po Chinatown z przerwą na tajską herbatą, moja była z matchą – błeeee. Po zajęciach Natalii przejazd do Greenwich, gdzie odbywał się festiwal jedzeniowy (nie wiedzieliśmy, ale nie omieszkaliśmy spróbować przepysznych kanapek na ciepło z Ameryki Płd., na specjalnej mące), i gdzie umówiliśmy się z Peterem and Jannette i oczywiście z Ghislain, który uczył nas jak chodzić po linie (slackline) w parku, potem wejście na wzgórze z Planetarium, podziwianie pięknego widoku przed nami, a następnie przejazd do domu Thibaut i reszty na płn. Londynu na super sympatyczną imprezę z przepysznym jedzeniem. Towarzystwo było iście międzynarodowe, a Thibaut jest epidemiologiem i w związku z tym spędza dużo czasu w podróży, szczególnie do Afryki.

1.07. niedziela - spotkanie o 12:00 z moimi koleżankami z grupy rozwoju na FB - Isabelle i Susan z mężami na Borough Market – przejście wzdłuż rzeki do Tate Modern – obok Shaekspeare Globe Theatre i portretu Szekspira, bardzo klimatyczne miejsce, wąskie uliczki, małe kafejki, obiad w Tate Modern, potem zwiedzanie sztuki współczesnej, przejście mostem do St Paul’s Cathedral i przejazd metrem na Oxford Street (świątynię konsumpcjonizmu), gdzie Natalia dostała prawie że rozstroju nerwowego (H&M, Primark), kiedy ja spokojnie się relaksowałam w M&S cafe, po zamknięciu sklepów – przejazd do Bethnal Green i przejście do Shoreditch High Street, po drodze czuliśmy się jak w Indiach, wszędzie na chodniku były wielkie rodziny hinduskie w swoich tradycyjnych ubraniach (obok był festiwal hinduski), to było niesamowite! Spotkanie z Ghislain i przejście do Bricklane, spacer po okolicy pełnej rysunków/malowideł na ścianach – zawitaliśmy do wielkiego komunalnego ogrodu, z poukrywanymi przytulnymi ławkami zrobionymi z czego się da, małymi altnakami i wielką sceną z tańczącymi przed nią ludźmi - trochę dziwnie się tam czuliśmy....Potem przejście do Whitechapel – street food by Pakistani/Indians, metro nie działało, więc przeszliśmy do Stacji Shadwell resztką sił… - kolacja w domu, a po kolacji Ghis opowiadał od swoim domu we Francji i rodzinie częstując nas lokalnymi nalewkami, a potem robił zdjęcia nieba z pomarańczowym Marsem.

2.07 Poniedziałek  – pobudka 4 rano, autobus x 2 do Liverpool Str – expres do Stansted i samolot do Dublina opóźniony o godzinę, potem "cyrki" z wynajmem samochodu, musieliśmy dzwonić do banku, aż w końcu w porze lunchu, a nie rano, tak jak to miało być pierwotnie – zaparkowaliśmy w przepięknym nowoczesnym Convention Hall, przeszliśmy wzdłuż rzeki zjadając po drodze pyszne sałatki z bogata wkładką. Dublin był piękny i pusty, szeroka promenada wzdłuż rzeki, piękny most w kształcie harfy....Przeszliśmy długą i znaną ulicą do Trinity College, którego wygląd nas trochę rozczarował, potem Temple Bar z pubami irlandzkimi, w których dosłownie śmierdziało piwem, dlatego wylądowaliśmy w sieciowej kawiarni, ale bardzo przytulnej, gdzie trochę odpoczęliśmy, żeby w końcu dojść do zamku, który już był zamknięty, ale dookoła było cicho i bardzo przyjemnie. W drodze z powrotem zaszliśmy do parku, gdzie stoi statua Oscara Wilde’a - bardzo mi się tam podobało. Nie miałam pojęcia (zapomniałam), że tylu znanych pisarzy i poetów angielskich pochodziło z Irlandii! Wilde, Barnard Shaw, Yeats, oczywiście James Joyce...
Wieczorem, po zakupach w Lidlu, dwugodzinny przejazd do naszej przepięknej cudownie zielonej i oddalonej od wszystkiego wsi Dernacartha:-).

3.07 Wtorek – po leniwym śniadaniu i pozachwycaniu się irlandzkim cottage'm, w którym mieszkaliśmy, pojechaliśmy do uroczej nadmorskiej miejscowości Strandhill, gdzie podziwialiśmy ocean i plażę, poszliśmy na długi spacer wzdłuż plaży, a po powrocie zdziwiliśmy się, że plaży nie ma, bo pojawił się przypływ.

4.07 Środa –  przereklamowane Klify Moheru, a potem czarujące Gallway z muzyką na każdym kroku, a w szczególności z 11-osobowym zespołem Gallway Street Club :-).

5.07 Czwartek – chodzenie po wsi, a potem wizyta w Ballina (cały czas czytałyśmy z Natalią książkę "Conversations with a friend", kupioną przez mnie w Londynie w marcu (autorstwa Irlandki Sally Rooney (nawet nie wiedziałam!), której rodzice mieszkali właśnie w Ballinie). Oprócz tego, że ta miejscowość jest irlandzką stolicą łososia i ma irlandzki odpowiednik sklepui Primark, gdzie Zuzia zakupiła trzy koszulki, niczego ciekawego tam nie ma. Za to parę kilometrów dalej, w pięknej nadmorskiej miejscowości Enniscrone jest chyba największa plaża, jaką kiedykolwiek widziałam w życiu. Było cudowne światło zniżającego się słońca, które nieziemsko odbijało się w wodzie i mokrym piasku. Robiliśmy śmieszne bumerangi i zdjęcia. Czułam się tam cudownie!

6.07 Piątek – przejazd przez badzo ładne miasteczko Westport, po drodze do najcudowniejszej The Achill Island, gdzie czułam się jak w Skandynawii – po drodze ciepłe kanapki w Mallaranny z  przpeięknymi widokami i krową na plaży po drugiej stronie ulicy. Na przecudnej wyspie Achill - jeszcze cudowniejsza plaża w Keem Bay – rewelacyjne widoki na zatokę i góry, potem przejazd wśród owiec do Golden Beach i Dugort - wszędzie białe domki, zielona obfita trawa, złoty piasek i niebieściasta woda.

7.07 Sobota – małe zakupy w Ballaghadereen (Mark powiedział nam o specjalnej czekoladzie Cadbury, którą można kupić tylko w Irlandii), a potem znowu Galway na życzenie dziewczyn – przejście z jednego końca miasteczka wzdłuż rzeki do drugiego, gdzie znaleźliśmy bardzo angielsko wyglądającą herbaciarnię, w zabytkowej kamienicy z patio, gdzie raczyliśmy się przepyszną ziołową herbatą i pysznym ciastem. Wracając w Westport przejechaliśmy obok statuy znanego gitarzysty Rony Gallagher’a.

8.08 Niedziela – okolice, Eagle’s Fly, Strandhill, Mullaghmore – plaża w łódkami, Bundoran - tłumy, Donegal, aż wreszcie Donegal’s cliffs – najwspanialsze, zapierające dech w piersiach Slieve League  z zielonymi zboczami gór – moje wyobrażenie i uosobienie Irlandii :-). Mogłabym się tam rozpłynąć w tej bezkresnej przestrzeni nieba i wody...., ale o tym w następnym wpisie :-)

9.08 Poniedziałek - przejazd do Shannon i odlot do Bristolu. Odebrał nas Miles. Lunch i długi spacer do pałacyku i parku wokół, gdzie był bardzo przyjemny cień i "chłodek". Potem wielka kolacja z deserem, jak to zawsze u Jackie i Miles'a. Nocny spacer po ich okolicy.

10.08 Wtorek - długi spacer wzdłuż kanałów w Bristolu i okolicy (Millenium, Katedra). Przypominało mi się moje życie w tym mieście dwadzieścia lat temu....

piątek, 1 czerwca 2018

Siedzę w domu i próbuję pracować. Laptop jest tak rozgrzany, że ciepło mi w ręce, a powinnam zrobić zadanie do pracy, choć oprócz tego, że muszę dużo klikać, to nie bardzo wiem jak je zrobić...Mam uprościć coś, co jest fajnie zrobione, ale zbyt skomplikowanie i rozbudowanie. Czeka mnie jeszcze napisanie jednego artykułu o "candidate and employee experience" - podsumowanie konferencji Kadry oraz korekta streszczeń artykułów naukowych. Okno otwarte na oścież, na zewnątrz hałas szlifowania - robotnicy naprawiają balkony, bardzo ciepłe powietrze stoi bezwietrznie... Zuzia co chwilę odrywa się od Kochanowskiego i jego twórczości, ma jeszcze do nauczenia się budowy ucha, powtórzenie budowy i chorób oka, przygotowanie prezentacji bohatera I wojny światowej, nauczenia się granic i wzorów strukturalnych pierwiastków, nie wspominając o pierwiastkach z matmy i siłach z fizyki.... Połowa z tego to dla niej abstrakcja....Najgorsze co może być to nauka lub praca w taką pogodę!

Na szczęście czuję się w miarę, bo wczoraj ogarnęła mnie totalna słabość i senność, moje ciało nie chciało się ruszać, ale moja głowa wyrywała się z domu - ta moja dwoistość jest okropna... Ale skończyłam czytać "Panią Furię" - świetna lektura o ciemnoskórej kobiecie, która jako dziecko przyjechała z rodziną z Konga, aby żyć w Belgii. Świetnie napisana, czyta się z lekkością, choć tematy nieraz drastyczne i smutne. Świetny obraz kobiety, emigrantki i osoby czarnoskórej we współczesnym zachodnim społeczeństwie. Są też tam polskie akcenty i wątek kryminalny. Oczywiście samotność i wyobcowanie. Plebankowa (autorka) jest profesjonalistką i uwielbiam ją czytać. Ponoć uczestniczyła w patrolach policyjnych w Brukseli i pojechał do Kinszasy w ramach przygotowań do napisania tej książki. Żałuję, że przegapiłam sztukę teatralną na podstawie tej powieści dwa tygodnie temu (to była jej nagroda w konkursie dramatycznym). 

Resztką sił zwlekłam się z kanapy, żeby zażyć trochę ruchu po południu. Słońce grzało jeszcze mocno, ale jadąc rowerem czuło się czasami bardzo przyjemny wiatr. Pojechaliśmy z Zuzią 10km nad jeziorko koło Mrozowa. Tam relaksik na kocu. Była duża grupa kąpiących się, ale daleko od nas. Potem jednak przyszła grupka Ukraińców z polskim gospodarzem i też się kąpali. Trochę surrealistyczna sytuacja - na takim "za......" międzynarodowe towarzystwo :-).  

Dziś jeszcze Zumba (uwielbiam!) i teatr w Art Hotelu - "Room service", na który wygrałam bilety dla rodziny i przyjaciół.  

sobota, 26 maja 2018


Uwielbiam wiosenne i letnie zapachy. Przechodzę obok drzew i krzewów i nagle otacza mnie tak piękny zapach, zaskakuje mnie i spowija.... :-). Szczególnie, kiedy te rośliny, drzewa, czy ziemia są lub były nasłonecznione... Dziś na działce podczas podlewania kilkakrotnie zachwycił mnie nagle zapach wielkich rozkwitniętych piwonii, ach, to była sama słodycz... Potem odwożąc rodziców do domu zauważyłam krzew jaśminu, tak mało ich teraz, zatrzymałam się, aby powdychać... A przed chwilą szukając inspiracji otworzyłam przesłania aniołów i przeczytałam właśnie to:

Kwiaty włożyłam do wazonów i włączyłam sobie dyfuzor z olejkami eterycznymi :-). Pachnie :-).
Gdy widzę te piwonie na zdjęciach to jednocześnie czuję ich fantastyczny bajkowy zapach....

Wczoraj zumba z endorfinami, dziś rano pilates zamiast jogi (zastępstwo) na brzuch, pośladki i uda.  Ledwo chodzę ;-). Miałam ciężki tydzień, trudno się skupiać na pozytywach, tacie chodzi się coraz gorzej. Tak jak mi dzisiaj życzyła Natalka staram się przyjmować stosunek stoicki, obojętny, być obserwatorem. Ale dziś rano wyszła ze mnie złość, frustracja, negatywizm. Nie lubię tego. Trochę pomogło podlewanie na działce - skupiłam się w pełni na tu i teraz :-).


Bild könnte enthalten: 1 Person, Malen

czwartek, 10 maja 2018

Poszłam pobiegać do parku, wprawdzie dopiero o 7 wieczorem, ale warto było!!! Totalnie i całkowicie! Zapachy nagrzanej i wilgotnej ziemi oraz kwitnących drzew i krzewów są nie do opisania, niektóre porażały mnie swoją intensywnością, pachniały jak mocne perfumy! Ach, te cudowności.... Nawet znalazłam dwa małe drzewka kasztanowe z czerwonymi kwiatami, takimi jak widziałam w Niemczech. Żałuję, że nie potrafię nazwać tych piękności. Były kwiaty białe, różowe, żółte, cudowne....Bawiłam się jak dziecko, dmuchałam dmuchawce, ruszałam gałązki, żeby spadł "śnieg" z biały przecudnych płatków, zeszłam nad rzekę, przytulałam się do drzewa, rozciągałam, gubiłam w labiryncie, przeglądałam w wodzie. I ciągle spotykałam tego samego pana biegacza! Za trzecim razem wybuchłam śmiechem, kiedy się mijaliśmy :-).

Kocham ten park (i zamek) od 16 lat, bo jest duży, piękny i dziki, zarośnięty zielenią i kwieciem i niesamowicie pachnący :-).

niedziela, 15 kwietnia 2018

Miałam pisać wspomnienia z Krety, lecz bieg "piersiowy" w słońcu trochę mnie wykończył. Ale mi się nie chciało rano na to iść! Jak zwykle mam sto pomysłów, a potem trudności z ich realizacją ;-). Namówiła mnie na ten bieg bratówka, a ja namówiłam Anię :-). I dobrze, bo Ania była mi bardzo wdzięczna, że ją wyciągnęłam z domu, żeby spędzić czas aktywnie, a to mnie zmotywowało. Wprawdzie zgubiłyśmy się już na samym początku i biegłyśmy osobno, ale przecież taki sport to w sumie sport samotnościowy, gdzie walczy się z samym sobą, żeby się nie poddać w trakcie, i ze swoimi słabościami. Ania nie powinna biegać, ale dla szczytnego celu (profilaktyka przeciw rakowi piersi) postanowiła przystać na moją propozycję. Ja osobiście nie lubię tłumów, a w czasie rozgrzewki i jak ruszyłyśmy to było ciasno (2500 kobiet!), ale biegnięcie w grupie było bardzo motywujące - biegły starsze panie, dziewczyny z nadwagą, dziewczyna w ciąży (ta szła :-). Fajna inicjatywa, która pozwala się poruszać oraz mile i aktywnie spędzić czas na świeżym powietrzu. Ja swoim wynikiem byłam przyjemnie zaskoczona, mimo, że po części maszerowałam, gdyż ostatnio biegałam dawno temu i maksymalnie 3 kilometry. Pod koniec słońce bardzo przygrzewało i to nie pomagało ;-). Rozpierała nas duma, że ukończyłyśmy tę trasę!

Potem podjechałyśmy jeszcze na Wege Festiwal, bo to w pobliżu, zjadłyśmy Beirut Falafela, popróbowałyśmy różnistych przepysznych kiszonek, wypiłyśmy kawę z wegańskim ciastkiem i porozmawiałyśmy o życiu :-)

środa, 4 kwietnia 2018


Kreta - Dzień 6

Ach, przenoszę się znowu w świat intensywnych błękitów i turkusu, czyli na Kretę. Czuję wielką wdzięczność za możliwość zobaczenia tych cudów. 
Chwilę jazdy od Chanii i znajdujemy się wysoko w górach, z których rozpościera się niesamowity widok na zatokę Soudha obok stolicy. W dole widać historyczną wielką turecką fortecę, obecnie bazę NATO. Na górze jeszcze starsza forteca? W oddali szczyty Gór Białych.



To jeszcze nie wszystko w tym pięknym miejscu - są jeszcze wielkie starożytne rzymskie ruiny - praktycznie całe miasteczko!  To miejsce zwie się Aptera "i znaczy ni mniej ni więcej "bez skrzydeł". Jest bezpośrednim nawiązaniem do owianego legendami pojedynku muzycznego, na który Muzy zostały wyzwane przez Syreny, będące wówczas pół-kobietami, pół-ptakami. Nie miały one na swoim terytorium nikogo, kto byłby dla nich godnym przeciwnikiem w śpiewie i muzyce. Jednak pojedynek z Muzami przegrały, a zdruzgotane wynikiem konkursu zrzuciły swe skrzydła i pióra do zatoki Soudha. Wedle legend dziś możemy je podziwiać, jako wyspy znajdujące się przy ujściu zatoki." (ww.crete.pl). 


Ruiny zwiedzamy tylko w części niepłatnej, gdyż nie mamy czasu na spędzenie tam pół dnia. Idziemy do nich ścieżką obrośniętą dzikimi kwiatami i roślinami, krzakami, w których pasą się kozy. Natrafiamy na ruiny wielkiej rezydencji, na tablicy obok jest przedstawiona rekonstrukcja - dzięki mojej wyobraźni przenoszę się w tamtejsze czasy, uwielbiam to robić! Natalia idzie ścieżką dalej, do centrum wioski, a my do samochodu i spotykamy się na dole. W restauracji z widokiem na zielone góry (chwilo trwaj!) zjadamy sałatkę grecką, pijemy kawę, Rafał dostaje do spróbowania rakiję.


Jedziemy do następnej wioski. Jest ich dużo po drodze. Słyną z tradycyjnego wyrabiania garnków, serów, tkania i innych rzemiosł. Stilos jest opustoszałe, a główna ulica bardzo przytulna z kafejkami, zielenią i ogromnie szerokim platanem w centralnym miejscu - jego pień to dwa razy ja! Idziemy zobaczyć bardzo stary kamienny kościół św. Jana, a wracamy ulicą z gospodarstwami równoległą do głównej.


Ale dopiero we Fres poczuliśmy atmosferę greckiej gościnności i wolno-płynące popołudnie. Zajechaliśmy na mały ryneczek, gdzie były wystawione trzy stoły z krzesłami, i otwarta jedna kawiarenka. Naprzeciwko niej, po drugiej stronie placu był piękny mały kościółek. Bardzo sympatyczna właścicielka kawiarenki – Maria (z jasnymi włosami i niebieskimi oczyma (nietypowe!)., otworzyła nam ten kościółek. Zamówiliśmy kawę na zimno, a gdy szłam do toalety, to zobaczyłam pysznie wyglądające ciastka/bułeczki z serami na słono – okazało się, że to są specjalne wypieki z okazji zbliżającej się prawosławnej wielkanocy. Pyszności! 





Gospodyni wyjaśniła nam jak dotrzeć do unikatowego średniowiecznego kościółka na dwóch skałach („Święta Panagia (Maria) dwóch skał”). Podjechaliśmy tylko kawałek, resztę drogi przebyliśmy na piechotę – miałam wrażenie, że wędrujemy w górach, było tak cudownie, tylko my i przyroda, pięknie i głośno śpiewające ptaki, i meczące kozy, których odgłosy roznosiły się wszędzie głośnym echem, tak jakby nas wołały, wielkie drzewo cytrynowe i nagle po lewej u góry dwie skały, a na nich mały kościół z freskami z XIII w. w środku. 



Było niebiańsko – tylko my na górze, wśród koron drzew i krzyczących jak szalone ptaków. Chłonęłam to wszystko i góry dookoła i tę odległość od zgiełku i hałasu – czułam się, jakbyśmy byli odgrodzeni od całej cywilizacji, schowani bezpiecznie przed całym światem, otoczeni górami i drzewami. Tak jak nagrywałam wcześniej dźwięk morza na dyktafon, tak tutaj śpiew ptaków (włączyłam sobie właśnie i słuchamJ). Wracając do samochodu wąską drogą nagle wyłoniło się przed nami wielkie stado owiec z dzwoneczkami :-). Udało mi się nawet szybko nagrać filmik J

Dotarliśmy do ryneczku, żeby zapytać się Marii o możliwość noclegów w jej wioseczce, a tu zagadała do nas po polsku jej druga mieszkanka – Izabela z Podkarpacia, która obok rynku ma duży dom i może nam w przyszłości wynająć pokoje. Iza bardzo się ucieszyła naszą obecnością i zaprosiła do kafejki Marii, gdzie siedzieli już też inni mieszkańcy, postawiła na ziołową grecką herbatkę i bardzo miło porozmawialiśmy.
Było już późno i zapadał zmierzch, kiedy dotarliśmy do nadmorskiej miejscowości Rethymno. Atmosferą, sklepikami i promenadą nadmorską bardzo przypominało nam ono Niceę. Przeszliśmy wzdłuż wybrzeża do wielkiej twierdzy i potem z powrotem wąskimi klimatycznymi i zabytkowymi uliczkami do promenady.