piątek, 30 sierpnia 2019



W zeszłą niedzielę trochę się zestresowałam. Dziewczyny wracały z wakacyjnych wojaży, jedna pociągiem i samolotem z Anglii, a druga pociągiem ze wschodu Polski. Obie pierwszy raz tak długie trasy same. Pech chciał, że akurat w ten dzień odwołali Natalii pociągi i było wielkie ryzyko, że nie zdąży na samolot. Dzięki Bogu, jest internet, telefon i rozkłady jazdy! Przez cztery godziny podróżowałam z Natalią wirtualnie, kombinując najlepsze trasy, i żeby było trudniej -  niestety z przesiadkami. Jeśli cokolwiek by się spóźniło, to samolot odleciałby w siną dal… Ale, starałam się nie martwić, co było bardzo trudne, i wizualizowałam szczęśliwy powrót. I udało się!!! W międzyczasie jeszcze mieliśmy wizytę Danki i Piotrka, więc ciągle w ruchu… Ech, a miałam odpocząć…Już dawno nie byłam tak przeszczęśliwa odbierając wieczorem ze stacji i z lotniska swoje dzieci, to było niesamowite uczucie ulgi i radości, wreszcie mogłam odetchnąć pełną piersią ;).


A dziś? Dziś pośpiewałam rano nową mantrę, która wzniosła moje serce na wyżyny szczęśliwości, a buzia sama mi się śmiała J. Po pracy uczestniczyłam w kolorowym łąkowym zawrocie głowy, na który składała się prezentacja o jadalnych kwiatach, przygotowywanie kwiecistych pyszności i ich konsumowanie oraz bardzo profesjonalnie przygotowane tworzenie swojego peelingu złożonego tylko i wyłącznie z naturalnych składników. Bałam się trochę, że te darmowe warsztaty to będzie tylko taka marketingowa akcja, ale było wprost przeciwnie. Super atmosfera, przemiłe organizatorki i prowadzące warsztaty oraz świetnie przygotowane materiały do gotowania i do peelingu. Przygotowałyśmy: sałatkę Mesclun, nieziemski sos vinaigrette (już mi cieknie ślinka), przekąskę z ogórka, pietruszkowo-słonecznikowego pesto, pokrzywowego twarożku i płatków kwiatów, karmelizowane morele z serem kozim i chłodnik ogórkowo-ziołowy Było cudownie kolorowo i zielono od ziół, sałat, pokrzywy, pietruszki, kwiatów i wszelkich innych dobroci. Warsztat „warzenia” peelingu był fascynujący, a mój peeling pachniał tak, że chętnie bym go „pożarła” (w sumie były tam same naturalne składniki, to mogę spróbować ;-). Bazą była sól himalajska i zmielone pestki moreli, masło shea, trzy oleje, suszone kwiaty róży, bławatka i nagietka oraz cudowne naturalne olejki eteryczne. Była też witamina E. To był bardzo fajnie spędzony czas!


Remont trwa i naprawdę trzeba mieć anielską cierpliwość. Nasz fachowiec jest dobry, ale nie szybki, więc są duże opóźnienia. Tym bardziej, że jest przez innych rozrywany, bo za wielu ich dostępnych na już nie ma. Chyba będę go sobie codziennie wizualizować, jak kończy naszą „robotę”. Wolny czas spędzamy na kupowaniu materiałów budowlanych, paneli, farb, kafli (na szczęście są jeszcze w produkcji takie same) i oświetlenia. Tak sobie przez chwilę pomyślałam, że nasze życie przed lipcem było takie proste, gdyż nie musieliśmy podejmować tych wszystkich decyzji, jakie to, a jakie tamto. Dlatego staram się skracać proces decyzyjny do minimum, a rozgardiaszu nie zauważać.

A wieczory są tak cudownie ciepłe!!! Łapię te ostatnie słoneczne i letnie chwile i tylko szkoda, że większość dnia spędzam w biurze. Chciałoby się więcej i więcej tego letniego powietrza, ale w zamian doceniam to co mam. Uwielbiam te chwile na tarasie i w ogrodzie :). 

Miłej nocki!

sobota, 24 sierpnia 2019




Zdaję sobie sprawę, że staję się monotematyczna z tym ogrodem, ale tu przeżywam ucztę dla ducha i oczu równą zachwytom nad sztuką we wszelkiej formie. Ładuję akumulatory, delektuję się ciszą i spokojem, napawam kolorami roślin, obserwuję ptaki, podziwiam ozdobne trawy, które pięknie szumią i falują. Jestem wdzięczna za każdą roślinę, za każde drzewo, krzak i chwast ;-). Tak, oprócz tego, że pięknie kwitną, większość można jeść, to jeszcze mogą z nich korzystać owady.  
Dziś do obiadu znowu dodałam liście żółtlicy i pieczarki, które wyrosły w trawie po obfitym deszczu. Dołożyłam też magicznie mocno pachnącego lubczyku oraz bazylię. Warzywa, które udusiłam wyszły przepysznie aromatyczne! Teraz już wiem, dlaczego jestem wegetarianką – uwielbiam zieleninę w każdej postaci :D.
Tak mi chodzi po głowie ten tekst „Mikromusic”, to chyba o mnie:

„Umiem godzić się ze sobą
Trochę z ciałem trochę z głową
Wszystko mam
Godzę się na odpuszczanie
Wspólne w ciszy zasypianie
Wszystko mam
Zgodę mam na chaos wspólny
Na brak planu bardzo spójny
Wszystko mam
Godzę się na życie z Tobą
Wieczną pracę Syzyfową
Wszystko mam
Nie prosiłam, a mam, wszystko mam
Nie oczekując niczego - dostałam
Na krzywy ryj załapać się mogłam tylko ja
Nie prosząc - dostałam i wszystko mam
Umiejętność odpuszczania
przebaczania i czekania
Wszystko mam
Umiem…”


W poniedziałek rusza sprzedaż biletów na ich grudniowy koncert „Z dolnej półki” na wszelkiej maści dziwnych instrumentach. Już się nie mogę doczekać. Jutro też Janusz Radek będzie śpiewał Haśkę w Bydgoszczy, miałam jechać, ale… za dużo ale. Dziś dopiero w miarę normalnie mówię, ciekawe, czy w nocy będzie jeszcze gardło bolało, jutro dziewczyny wracają z wojaży bliższych i dalszych i szkoda też by było urlopu…
A serce poruszył tekst Agnieszki z rana…. Sama i to też moja prawda! Mówcie mi „Nawiedzona”, ale tam jest napisane, to co ja myślę i zawsze myślałam. Nie potrzebuję alkoholu, żeby się świetnie bawić; często wręcz ludzie się mnie pytają, co ja piłam, że jest mi tak radośnie. Dlaczego prawie wszyscy uważają, że zrelaksować można się tylko za pomocą alkoholu? Smutne to :/. oto, co pisałam tutaj rok temu: "w czwartek natomiast poszłam na kolację służbową z klientami Krishną, Kortikiem i Stephenem oraz kilkoma osobami z pracy. Znowu byłam w szoku, jak ludzie nie mogą się obyć bez wódki, nieważne, czy młodzi, czy starzy. Dobrze, że jestem dość "wiekowa" w tym towarzystwie, więc zbyt długo mnie nie namawiali do picia i nie musiałam się tłumaczyć. Przykre to. Nie smakuje mi alkohol i nie potrzebuję go, żeby się dobrze bawić. Coś co powinno być normą jest uważane za dziwne, a normą jest picie." W tym roku teraz też jest Krishna, w piątek była kolacja, ale wywinęłam się z niej, dzięki mojemu przeziębieniu ;-).

W domu remont, nowe ścianki już stoją, oczywiście wszystko się przedłuża i jak dziewczyny wrócą, to będą żyły na walizkach, ale co tam, to wielka lekcja cierpliwości, a potem sprzątania, a potem urządzania, czego już nie mogę się doczekać... ;-)

A to pyszny moment zatrzymania się :) 

niedziela, 18 sierpnia 2019

Uwielbiam gotować (wegański) rosół! Odczuwam wtedy jakieś takie atawistyczne połączenie z naturą i jej skarbami. Z pełnym namaszczeniem obieram cebulę, marchewki, pietruszkę, seler, czosnek, imbir i wrzucam wszelkiej maści przyprawy: ziele angielskie, liście laurowe, suszony chrzan, kurkumę, a dziś jeszcze wrzuciłam buraki i świeży lubczyk z ogrodu i na koniec dodam odrobinę masła klarowanego, tak żeby uwarzyła się najwspanialsza zupa mocy ;-). Ktoś pewnie się zdziwi, że rosół w taki upał. No właśnie. Zachorzałam w zeszły wtorek, kiedy nagle w nocy tak bardzo się tam oziębiło. To że krótko spałam po weselu i poprawinach z pewnością się do tego przyczyniło. Obstawiam zapalenie krtani albo tchawicy. Dziś nad ranem tak bardzo wziął mnie kaszel, nie mogłam zasnąć, ani leżeć, aż w końcu odruchowo i w desperacji zaczęłam śpiewać w myślach uzdrawiającą mantrę „Ra-ma-da-sa” i pomogło J. Mam nadzieję, że jutro w pracy dam radę.

Jak cudnie było wczoraj wrócić do domu i ogrodu! Pławię się w tej ciszy i spokoju, w tej zieloności. Czuję jak zapuszczam korzenie, ugruntowuję się. A tego tak bardzo potrzeba mojej Vacie. Dziś cały dzień na nogach, rozpakowywanie, gotowanie, przygotowywanie pokoju do małego remontu, a pomimo tego, nie omieszkałam pogrzebać trochę w ziemi. Narwałam liści werbeny i mięty i zrobiłam przepyszny napar. Narwałam też liści żółtlicy drobnokwiatowej, która wyrosła tam, gdzie zasiałam bazylię i sprawiła mi tym ogromną zagadkę, bo jak wyrastała to wyglądała identycznie jak bazylia, tylko bez olejków eterycznych. W końcu ją zidentyfikowałam. Jest wspaniałym jadalnym  „chwastem”, udusiłam ją razem ze szpinakiem. Ma też wiele leczniczych właściwości (tak samo jak werbena cytrynowa!). A rododendron zakwitł ponownie.



Jaki ten wieczór piękny i ciepły! Może jeden z ostatnich tak ciepłych tego lata. Jestem wdzięczna za dzisiejsze słońce, za sąsiadów „aniołów”, za pyszne pożywienie i wszystkie „zielska”, za tę przestrzeń, za moje wspaniałe córeczki i wspaniały pobyt Natalii w Anglii. Został jej jeszcze tylko ten tydzień, tak szybko to zleciało.

Na weselu tydzień temu siedziałam koło najradośniejszego, najszczęśliwszego i najpozytywniejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek poznałam w całym swoim życiu J. Jak cudnie, że tacy ludzie są na świecie, można podładować akumulatory ;).

niedziela, 4 sierpnia 2019



Gdybym regularnie siadała do pisania, to pisałabym same ciekawe rzeczy, o tym co się akurat dziejei co przychodzi mi do głowy i o mich refleksjach na ten temat;). Ale gdy w końcu znajdę chwilę, tak jak teraz, to już nie pamiętam, co chciałam napisać. Szkoda, bo życie jest takie ulotne.

Minął już miesiąc życia wioskowego! Dzisiaj rano po raz pierwszy poczułam się przytłoczona tym, że ciągle coś robię w ogrodzie i zajmuje mi to całą sobotę. Miałam zakwasy w różnych miejscach, czułam się zmęczona i trochę sfrustrowana tym, że jest to robota bez końca. Ale w sumie to część zadań wymyślam sobie sama. Przycięłam wierzby, podsypałam nawóz pod iglaki, powyrywałam chwasty z kostki i przed furtką, skończyłam „przetwórstwo” krwawnika i trochę obskubałam lawendy (dziś była ciocia i wzięła sobie duży bukiet, więc mam już troszkę mniej do pracy). Przedstawiłam się w końcu sąsiadom z prawej  (z Rafałem zapoznali się tydzień wcześniej, jak mnie nie było) i w rezultacie zaprosili nas do siebie. Może dlatego też byłam zmęczona, bo zaszliśmy do nich po 22:00 (jeszcze Natalia zadzwoniła z Anglii na dłuższą rozmowę) i wyszliśmy po północy. Nie lubię takich „nasiadówek”, no ale trzeba było to „zaliczyć”. Bardzo sympatyczni ludzie, ale nie mój rodzaj konwersacji, a w zasadzie monologu, bo nawijali jak nakręceni. Nie lubię takich „pustych” rozmów i w pewnym momencie się zastanawiałam, co ja tam robię. Chyba mam problem, bo ja po prostu nie nadaję się do takich rozmów o niczym…I standardowo zawsze musi być alkohol, sztywny podział na role damsko-męskie, samochody, materializm, itp. Na szczęście z sąsiadką z lewej rozmawia mi się o wiele lepiej J.
W piątek zajrzeliśmy do sąsiadów jeszcze z bloku i doszkalaliśmy się z roślin ogrodowych i hodowli borówek amerykańskich, dostaliśmy też pyszne ciemnozielone pomidorki. Było bardzo miło, bo sąsiadka obok nich, to też nasza blokowa sąsiadka, i ona z kolei podarowała nam swoje ogórki. Wymyśliliśmy nawet, żeby podzielić się uprawą różnych warzyw i raz na tydzień wymieniać się nimi, bo ciężko wszystko przejeść naraz, jak już obrodzą.
Przez to zmęczenie i słaby nastrój dziś rano ledwo zdążyłam ze sprzątaniem i przygotowaniem obiadu przed przyjazdem mamy i cioci Marysi. Ale obiadek wyszedł przepyszny! Potem krótki spacerek po okolicy i deser z rozmowami na tarasie. A potem wsiadłam na rower i pognałyśmy z Zuzią po okolicy przez pola podziwiać piękne domy i ogrody. Zuzia wróciła szybciej, a ja puściłam się do pobliskiej wsi bardzo malowniczą krętą drogą w dół, a potem z powrotem musiałam pod górę, a nade mną rozpościerała się ogromna ciemna chmura. Spadły z niej tylko pojedyncze krople, ale zmotywowała mnie do szybszego pedałowania i większego wysiłku. Zatoczyłam rowerem wielkie piękne koło i wróciłam do naszego przytulnego domku J. Przesadziłam do większej donicy papryczki chili, które przyniosła ciocia i powycinałam trochę bluszcza, który zasłaniał malino-jeżynom dostęp do słońca. A teraz pora spać!

niedziela, 28 lipca 2019


Od ostatniego wpisu minęły dwa tygodnie – nie pisałam, bo całkowicie wsiąkłam w prace ogrodowe ;-). Prawie codziennie po pracy spędzałam na zewnątrz około 3-4 godzin, dopóki słońce nie zaszło. A potem podziwiałam rozgwieżdżone niebo oraz pełnie i nowie księżyca. Ta wielka otwarta przestrzeń wydaje się tutaj być na wyciągnięcie ręki.

Ścięłam „drewno” lawendowe, ususzyłam i powiesiłam bukiety i zrobiłam swój pierwszy pachnący woreczek! Choć wygląda mało fioletowo, pachnie tak niesamowicie intensywnie, że aż mnie w nosie kręci ;-). Żeby lawenda zachowała kolor chyba nie powinnam była suszyć jej na słońcu, a przede wszystkim ścinać tak późno, bo już na krzaku kolor jej wypłowiał.  Odkryłam przy okazji gniazdo os klecanek i obcinając łodygi obok niego, rozeźliłam je i trzy razy mnie użądliły (dwa razy w ręce, bo nie lubię pracować w rękawiczkach). Dobrze, że nie spuchło, tylko najpierw nieprzyjemnie zabolało, a potem swędziało (atrakcje życia na wsi ;-). Zerwałam też „okropnego chwasta”, jak mówi nasz sąsiad, który pięknie pachnie i jest bardzo użyteczny podczas wielu dolegliwości; mowa tutaj o krwawniku. Suszę go jeszcze na tarasie. Lubczyk też doprowadziłam do porządku – jestem zachwycona jego mocnym zapachem, kojarzącym się bez dwóch zdań z rosołem ;-). Ścięłam młode zielone gałązki, posiekałam i zamroziłam, bo ponoć w ten sposób zachowuje swoje olejki eteryczne (choć generalnie jestem przeciwna mrożeniu, gdyż Ajurweda tego nie poleca).
















Odrywanie płatków lawendy z gałązek wymaga tyle samo uwagi i koncentracji na „tu i teraz” ile
oddzielanie ziaren ryżu od soczewicy – ćwiczenia proponowanego przez moją ulubioną artystkę sztuki współczesnej – Marinę Abramovic. We wtorek miałam szczęście być na jej wielkiej retrospektywnej wystawie w Toruniu. Rafał jechał służbowo to się  z nim zabrałyśmy. Ta wystawa wchłonęła mnie na cztery godziny!!! I przyniosła dużo nowych odkryć, i przemyśleń, i zachwytu. Skojarzenia i interpretacje Mariny są trudne i często mylnie rozumiane przez publiczność. To nie jest tak, że ona uwielbia się okaleczać i cierpieć – wszystkie jej działania coś symbolizują. Bez przeczytania jej biografii pewnie byłabym zagubiona i zszokowana, ale na szczęście na wystawie były świetne opisy poszczególnych performansów i jej innych działań. Pomimo mocnych doznań (filmy video z dźwiękiem, zdjęcia – wszystko ogromnego formatu) z wystawy wyszłam bardzo pozytywnie naładowana odczuwając szczególną więź z Mariną. Czułam się bardzo szczęśliwa, że udało mi się tam być. Wystawa została zorganizowana na najwyższym światowym poziomie. Mogłabym tam siedzieć i pięć godzin, ale Beata i Rob czekali z obiadem (Zuzi wprawdzie oglądanie zajęło tylko dwie godziny ;-).


W piątek z kolei pojechałam do miasta, do cywilizacji J. Ania i dwie inne Anny świętowały swoje imieniny w babskim gronie J. Nie znałam tam nikogo oprócz solenizantki i dwóch innych dziewczyn, które widziałam wcześniej tylko raz w życiu. Po godzinie dołączyła do nas nasza wspólna koleżanka z podstawówki, której nie widziałam sto lat i z którą wiążą się cudne wspomnienia z dzieciństwa J. Miałam wracać do domu o normalnej porze, ale dziewczyny namówiły mnie na tańce i dzięki temu mogłam jeszcze dłużej pogadać z Gosią. Wracając do domu, przy drodze powitał mnie najpierw lis, a zaraz po nim, po prawej dwie przepiękne sarenki. Poczułam się dosłownie jak w bajce!!! Albo w magicznym leśnym świecie, pełnym wspaniałych tajemnic. Na spotkaniu dziewczyny pytały się, co mi „odbiło”, że przeprowadziłam się domu - „nie masz czego innego do roboty, swojego życia, zainteresowań, itp.?”. Dla takiego właśnie widoku. I dla tej ciszy niedzielno wieczornej i porannej też ;-).
Tydzień temu Natalia wróciła z Niemiec, mieliśmy gości w niedzielę, dostałam drzewko figowe i zamiokulkasa zamiolistnego :D. Dzisiaj wyjechała na miesiąc do Anglii, sama najpierw samolotem do Bristolu, tam odebrali ją Jackie i Miles i zawieźli na dworzec kolejowy. Jestem bardzo wdzięczna za ich pomoc. W Totnes czekała na nią rodzinka z dziećmi rówieśnikami Natalii i Szwajcarką, która też przyjechała się tam uczyć. Po odwózce na lotnisko, skorzystaliśmy z tego, że już się wyrwaliśmy do miasta, pojechaliśmy do restauracji na Barkę wykorzystać voucher, który dostałam. Jedzonko było przepyszne, szczególnie wspaniała lemoniada arbuzowa oraz zupa cappuccino z przepyszną pianką  na wierzchu :).


Czas najwyższy iść spać – kury już dawno śpią, a ja przecież teraz z kurami…;-)

niedziela, 14 lipca 2019

Ten weekend spędziłam głównie w ogrodzie wyrywając chwasty ze ścieżek brukowych i robiąc bukiety z lawendy. Lawendy narosło tyle, że mogłabym sprzedawać drewno lawendowe, jeśli ktoś by chciał kupić ;-). A wycięłam dopiero jakiś mały ułamek! Odsłoniłam pobliskie rośliny, które zasłaniała lawenda. Jejku, teraz jak piszę o niej, to czuję jej zapach... Coś pięknego! Powiesiłam 4 bukiety na tarasie, ale nie wiem co zrobię z całą resztą - może takie woreczki z pot-pourri? Ścinanie lawendy przyniosło mi dużo satysfakcji, nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam robić takie rzeczy, takie, które wymagają wytrwałości i konsekwencji, mimo, że są powtarzalne... To chyba ma w sobie coś z medytowania... Człowiek skupia się tylko na jednym, żeby uzyskać określony efekt, nie myśli o niczym innym, jest tylko tu i teraz :-). Tutaj życie jest takie proste... ściąć to i tamto, wyrwać chwasty, wyczyścić ścieżkę brukową, zapomnieć się w zapachu lawendy, poobserwować z zadaszonego tarasu deszcz padający na rośliny, zachwycić się tęczą (pojawiła się już chyba pięć razy!), zachodem słońca i cudnym niebem... Jest się tak blisko ziemi, a to ma najlepszy odprężający efekt, tak blisko roślinek i wszelkich owadów oraz ptaków. Przypominają mi się lata dzieciństwa i młodości, wakacje spędzane na wsi, spacery po łąkach i obserwacje żyjątek. Nie mogę uwierzyć w to szczęście, kilkakrotnie w ciągu tych dwóch dni złapałam się na tym, że uśmiecham się do niego pełną gębą. Leżenie na leżaku i obserwowanie zachodu słońca to mój hit. A wieczorem, nim padnę po takiej dużej ilości świeżego powietrza, rozkładam się wygodnie na niesamowicie wygodnej kanapie, czytam i słucham miękko płynącej muzyki :-). Niczego więcej mi nie potrzeba... 






PS. Skończyłam czytać biografię Simony Kossak, sławnej przyrodniczki i leśniczki, wnuczki Wojciecha Kossaka. Jej traumatyczne wychowanie i ciężar nazwiska to temat na osobny wpis, coś niewiarygodnego i smutnego. A jej życie spędzone w Puszczy Białowieskiej wraz z oswojonymi dzikimi zwierzętami to bajka, choć bez wygód, prądu i drogi dojazdowej! Niesamowita osobowość i historia.

czwartek, 11 lipca 2019





Pozdrawiam ze wsi sielskiej anielskiej! Dzisiaj było znowu cieplutko, więc mogłam się bawić w ziemi ;-). Moje ręce powoli zaczynają przypominać ręce ogrodnika, dzisiaj odkryłam, że mam trzy kolce pod skórą na palcu po wczorajszym wieczornym obchodzie i przekładaniu jakiejś bardzo kolczastej rośliny za płot na miejsce, z którego przyszła. Nie mogę za długo „wylegiwać się” na tarasie, bo zaraz wzywają mnie rośliny ;-). Sąsiedzi dzisiaj zmotywowali mnie do wyrywania chwastów spomiędzy kamienistej ścieżki. Chciałam trochę posiedzieć w promieniach słońca, ale jakoś tak źle się czułam widząc i słysząc ich krzątaninę w ogrodzie, więc za chwilę robiłam to co oni ;-). Poznaliśmy się w końcu i rozmawialiśmy dłuższą chwilę – okazali się bardzo sympatyczni.

Przewieźliśmy dzisiaj w końcu sprzęt audio i włączyliśmy jedyną płytę, którą tu mieliśmy – utwory Nouvelle Vague z ich ostatniej płyty – gra sobie teraz przytulnie J.

We wtorek przed 19-tą poszłam z mamą na konsultację kardiologiczną do profesora, a profesor wysłał nas do szpitala, żeby mamę dokładnie przebadać. Mama spanikowała, ale ja jakoś nie. Byłam wdzięczna, że tak szybko ją przyjęli, że pielęgniarka na oddziale była niesamowicie życzliwa, że od razu pojawił się przemiły lekarz i przywitał z nami trzema, tzn. też z Zuzią, która była wtedy ze mną cały dzień (pracowała ze mną!) i że mamy taki łatwy dostęp do szpitala. Pojechałyśmy jeszcze ją spakować i z rzeczami z powrotem do szpitala. Do domu dotarłyśmy ok. 22:00, po 14 godzinach od wyjścia z niego. Po drodze zachwycałam się przecudnym kolorem nieba i rozmieszczeniem chmur – to naprawdę było nieziemskie ;-). 
Było chłodno i ciemno, ale to nie przeszkodziło mi w wypiciu herbatki na tarasie, musiałam się tam znaleźć chociaż na chwilkę i „uziemić” po całym dniu latania ;-). Tak niewiele trzeba do szczęścia!!! Obserwuję sobie owady, ptaki, okoliczne koty, które nas odwiedzają i pięknego psa sąsiadów. Prawie jak Simona Kossak, której biografię właśnie czytam, jednocześnie z „Ziołami i zwierzętami” jej autorstwa. Ale teraz już czas spać!