środa, 28 listopada 2018

Czego pragnie moja dusza? Do czego się wyrywa? Jaka jestem, jaka chcę być?

Te pytania z ostatnich warsztatów ponownie zasiały we mnie zamęt. Kiedy już się w sumie pogodziłam ze swoją codzienną pracą, to teraz coraz bardziej ciągnie mnie do robienia czegoś bardziej wartościowego, twórczego, pięknego, wolnego... Szczególnie, że w pracy szykują się zmiany, i nie wiadomo jeszcze, czy będą dla mnie korzystne.

Wiem na pewno, że moja dusza chce się czuć radośnie i lekko. Kiedy coś przynosi radość, to jest właśnie to.  

Ale na razie idę spać. Może mi się przyśni odpowiedź ;) 

wtorek, 27 listopada 2018


Tak mi jakoś dziwnie od kilku dni. Miałam napisać już w poniedziałek, ale ciągle myślę i analizuję, co i jak. I już nic nie wiem. Wczoraj jakiś dziwny dół, czułam jak z minuty na minutę lecę niżej i niżej. Dziś podróżowałam do pracy transportem miejskim po 1,5 godziny w każdą stronę. Spałam w tramwaju wracając do domu, a potem to już się trzęsłam z zimna, bo było w nim zimno. W pracy zero ochoty na jakąkolwiek pracę. Problemy dziewczyn w szkole i w życiu – te chyba najciężej mi udźwignąć. Potem ponad dwugodzinna rozmowa online z koleżanką z pracy ze Stanów, która jest dzisiaj ostatni dzień i przekazywała mi różne rzeczy. Na szczęście Rafał wrócił szczęśliwie z dalekiej podróży służbowej.
A miałam czuć się tak cudnie i lekko po weekendowych warsztatach z Agnieszką Maciąg. W sobotę obudziłam się z przytkanym nosem i średnio się czułam, gdyż w nocy nie spałam dobrze. W niedzielę było już o wiele lepiej, może dzięki temu, że cały czas piłam tylko wodę z cytryną i imbirem, a wieczorem wygrzałam się w saunie. Ta grupa uczestniczek była trochę inna od poprzedniej – dziewczyny bardzo wyedukowane, pracujące nad sobą, miały dużo pytań i generalnie nie narzekały na swoje życie, choć wiele miało powody. Robiłyśmy mapę marzeń (akurat była pełnia!:) i malowałyśmy kamienie, z konkretną intencją i energią – to chyba podobało mi się najbardziej (w końcu mogłam się trochę wyżyć twórczo;-). Joga rano była piękna, wspólne śpiewy i medytacje również. Miejsce prześliczne – Uroczysko Siedmiu Stawów – cudnie byłoby tam przyjechać samemu, albo z ukochaną osobą. Jedzenie wegańsko-wegetariańskie i cała obsługa były wspaniałe. Słuchanie Agnieszki i patrzenie na nią to sama przyjemność. Ale jakoś dziwnie się czuję… Może to przesyt wiadomości? Muszę sobie to wszystko jakoś poukładać. Może to tylko zmęczenie i osłabienie po tym przeziębieniu? Ćwiczę co rano, żeby mieć energię, ale w ciągu dnia przez to zasypiam. Fakt, powinnam chodzić spać wcześniej. Podczas tego weekendu zaczęłam obserwować siebie w interakcjach z innymi - ćwiczyć to, o co prosił nas jeden z wykładowców w szkole coachingowej. Najpierw odruchowo obarczałam swoimi uczuciami moich interlokutorów, ale potem zaczęłam analizować ich przyczynę bezpośrednio we mnie samej. Jakie moje rzeczy do przepracowania wskazują mi moje mało pozytywne odczucia, kiedy rozmawiam z innymi? Jakie moje kompleksy, dawno już zapomniane i głęboko schowane, budzą się wtedy we mnie? Doszłam do średnio pozytywnych wniosków.... Na szczęście włączam sobie dynamiczną piosenkę "Be the light" Aykanny i od razu jest lepiej ;-). Żeby utrzymać ten stan radości z warsztatów powinnam dbać o nią codziennie, utrzymywać pozytywne nastawienie, nie dać się sprowokować negatywnym osobom i wydarzeniom i zatopić się w marzeniach o szczęśliwym jutrze, zdrowiu i udanej przyszłości :-). Jedna godzina "czarnej rozpaczy" wystarczy, by to runęło jak przysłowiowy domek z kart. Chyba już się chwieje w posadach...


Życzę wszystkim spokojnej nocy!

piątek, 23 listopada 2018

Cudowny film wczoraj obejrzałam!!! Oficjalnie można go sklasyfikować jako dokumentalny film podróżniczy, ale dla mnie jest to najwspanialszy film o życiu, pozytywnej determinacji i wspaniałych relacjach międzyludzkich! Oglądałam go z wypiekami na twarzy, uśmiechem na ustach i łzami w oczach. Niemiecka para filmowców wyruszyła w drogę na wschód, lądem i wodą, bez podróżowania samolotem. Żyli w ten sposób trzy lata. Ludzie, których spotkali byli dobrzy i bardzo gościnni. Bo ludzie są dobrzy! A chyba najbardziej gościnni byli w Iranie i Pakistanie. Jechali stopem przez zapierające dech w piersiach góry byłych republik radzieckich i Himalajów. Ach, jak moje serce wyrywało się do tych wszystkich miejsc, do poznania miejscowych ludzi i do przeżycia takiego życia - bez nadmiernego bagażu, w prostocie i w bliskości z naturą! Chyba jednak najbardziej ciągnęło mnie do spotkań z ludźmi. Podczas tego filmu odezwała się moja prawdziwa natura, moja dusza, która wyrywała się na wolność, w te bezdroża, stepy, góry i oceany :D.

Film "Daleko. Historia drogi dookoła świata" jest świetnie zrobiony. Bardzo ciekawe zdjęcia, ujęcia, mało słów, świetna muzyka (często lokalna) i wiele zabawnych momentów. Jest też wiele wzruszeń wywołanych cudownymi spotkaniami. The road is calling me!

Polecam na ciemny i zimny czas - historia Patricka i Gwen jest niesamowicie kolorowa, optymistyczna i dodająca wiary w ludzi i w świat, który jest absolutnie przepiękny, zaskakujący i dobry :-).

 P.S. Nie jestem pewna, czy film jest już dostępny w polskiej wersji językowej.  Tytuł w oryginale to: "Weit. Die Geschichte von einem Weg um die Welt".

środa, 21 listopada 2018


Dzisiaj jest Dzień Życzliwości w Polsce, na świecie Hello World Day, a jutro Święto Dziękczynienia w USA. Ich choć nie obchodzę tego ostatniego, bo nie jestem Amerykanką, ani nie mieszkam w Stanach, to wdzięczność celebruję codziennie J. Nie jest to łatwe, kiedy budzę się wczesnym ranem, ostatnio często niewyspana, a za oknem jest ciemno i bardzo zimno i w perspektywie długa jazda przez miasto. Ale dzisiaj po drodze zachwycałam się rano cudownie ośnieżonymi drzewami i krzakami, które wyglądały bajkowo! Nawet jak w ciągu dnia „zapomnę” o praktykowaniu wdzięczności, to wieczorem, w wolnej chwili, przychodzi to do mnie i wywołuje uśmiech na twarzy. Czuję wdzięczność za rodzinę, choć nikt z nas nie jest doskonały i denerwujemy się na siebie, czuję wdzięczność za dach nad głową, choć ciasno i mało prywatności, czuję wdzięczność za pracę, choć mało kreatywna i dojazdy do niej kłopotliwe i ostatnio bardzo mi się nie chce, za przyjaciół, kolegów, rodziców, zdrowie i, przede wszystkim, życie.

„It’s not happy people, who are thankful.
It’s thankful people, who are happy”

Dzisiaj po pracy pojechaliśmy do mamy. Kiedy w końcu dotarliśmy do domu, mój wzrok padł na bilety na film tygodnia niemieckiego, który rozpoczynał się za 10 min. No cóż, najwyraźniej tak miało być, oznajmił ze stoickim spokojem mój mądry mąż. Gdyby nie korek na drodze z pracy i mama, to może bym o tym pamiętała (gdybym przed wszystkim pamiętała, że dzisiaj jest środa ;-). Zamiast tego zrobiłam sobie gorącą kąpiel w m.in. soli Epsom (dobra na infekcje, a w nocy obudziło mnie coś w gardle), wypiłam złote mleko (mleko roślinne z kurkumą, cynamonem, pieprzem i imbirem) i za chwilę zamierzam wskoczyć pod ciepłą kołderką, bo jutro naprawdę wczesna pobudka.  

poniedziałek, 19 listopada 2018

Zbieram materiały do Mapy Marzeń i zastanawiam się nad swoim życiem. W opozycji do moich marzeń jest moja pełnoetatowa praca, często bardzo odtwórcza i powtarzalna, która wraz z dojazdami zabiera mi mnóstwo czasu, i czasami, tak jak dzisiaj, po prostu "mi się nie chce". Przygnębiło mnie to. Wieczorem spotkałam się z Beatką na jarzębinowej herbacie i, gdy jej o tym powiedziałam, z wielkim entuzjazmem poradziła mi, żebym w ramach spełniania marzeń napisała książkę! O poezji, książkach, muzyce, naturze i wrażliwości. I jeszcze koniecznie podróże. W sumie to dlaczego nie? :D 

W nocy najpierw obudziło mnie zimno, a potem widziałam przed oczyma twarz głównej bohaterki wczorajszego filmu tygodnia niemieckiego. Jak zwykle film dobrze zrobiony, kameralnie, mała obsada, mała wspólnota w południowych Niemczech, specyficzny dialekt (który byłam w stanie zrozumieć dzięki naszym pobytom w pobliżu – duma! ;-), kościół, siostrzana miłość i solidarność, heroizm starszej siostry, tajemnica rodzinna i wielki straszny problem w rodzinie, w której nie było matki, tylko ojciec z dwoma nastoletnimi córkami. Problem przemocy seksualnej przedstawiony, o ironio, na tle przepięknej przyrody i szalonej muzyki organowej Bacha. Cały świat w jednej kropli wody. Wywiad z reżyserem i autorem scenariusza po projekcji był o wiele przyjemniejszy niż sam film. A twarzy głównej aktorki, Rumunki z pochodzenia, chyba nigdy nie zapomnę. Bilet Natalii wykorzystała Bogusia, z którą nie widziałam się prawie trzy lata - fajnie było ją zobaczyć radosną i zadowoloną z życia. Wcześniej, wszyscy w piątkę, wypiliśmy kawę z naprędce kupionym ciastem po drodze do kina, w filii naszej ulubionej kawiarni.

sobota, 17 listopada 2018


Wczoraj zaczął się tydzień filmu niemieckiego. I choć ostatnio nie chodzimy do kina zbyt często, to na filmy niemieckie zawsze. Rok temu była cudowna różnorodność, w tym roku, jak na razie, są same "ciężkie" filmy. Kiedyś uwielbiałam filmy takiego kalibru, nie cierpiałam zaś filmów zbyt lekkich. Uwielbiałam i nadal uwielbiam, jak one coś we mnie wnoszą, wzbogacają mnie, dają do myślenia. Ale teraz bardziej świadomie "zarządzam" swoimi emocjami i za bardzo nie chcę się narażać na ich zalew spowodowany "ciężkością" danego filmu. 

Wczorajszy film "Milcząca rewolucja" bardzo mnie poruszył. Rok 1956, młodzież w klasie maturalnej w NRD, rzeczywistość koszmarnego zastraszania, propagandy i bezlitosnego systemu. Systemu, który nie tylko rozbijał rodziny, ale także klasy maturalne. Z powodu dwóch minut ciszy solidarności z narodem węgierskim próbującym się wyrwać z okupacji sowieckiej. Nie wiem dlaczego, ale bardzo przeżyłam ten film. Może dlatego, że bohaterami byli młodzi ludzi, którzy tak niesamowicie pokazali pełnię człowieczeństwa? Piękne obrazy szarej rzeczywistości i niedającej się zniewolić młodości. Przepiękna muzyka. Nie mogłam się otrząsnąć z tych emocji. Po filmie moje ciało zachwycało się przygotowanymi przekąskami, a dusza i umysł były dalej w roku 1956 w Stalinstadt i przeżywały dramatyczne losy jego mieszkańców.

Dzisiejszy film był piękny i lekki pomimo swojej ciężkości. Trzy dni z życia Romy Schneider w cudnej nadmorskiej scenerii z szumem fal i wiatru w Bretanii. Niesamowite czarno-białe zdjęcia i muzyka. Wyjątkowa piękna naturalna kobieta z dziecięcą radością życia i otwartością, a jednocześnie spadająca w dół ciągnięta przez swoje demony... demony z przeszłości, od rodziców, demony relacji z mężczyznami, związane z pracowaniem, wyjazdami i zostawianiem dzieci. Trafnie wyławiane przez aroganckiego dziennikarza. Ale suma summarum film nie zakończył się źle :). 

czwartek, 15 listopada 2018

Życie jest niesamowitą podróżą i nigdy nie wiesz, co pojawi się za zakrętem ;-). Ta podróż składa się z pojedynczych dni, i rano nigdy nie wiesz jak one się skończą. Dzisiaj wcześnie rano miałyśmy z Zuzią wyjść wcześniej z domu i jechać godzinę tramwajem do szkoły i pracy. Ale na nasze szczęście Rafał odwołał swój wyjazd służbowy do Gdańska, bo na jego nieszczęście, wczoraj wieczorem spuchło mu kolano, i co więcej, coś w nim chrupotało. Wskazówka życiowa nr 1 - nigdy nie martw się na zapas, że np. będziesz musiała jechać zimnym ranem godzinę w zatłoczonym tramwaju, bo wcale tak nie musi być :-).

To kolano Rafała spuchło po małym "wypadku" rowerowym, który miał miejsce w poniedziałek. Odgłos "chrupotania" nie napawał optymizmem, Rafał miał już jechać na SOR. Po wizycie u ortopedy okazało się, że tak kolano zareagowało na napięcie mięśnia i wcale nie musiało być bezpośredniego uderzenia. Najważniejsze, że to nic poważnego. Wskazówka życiowa nr 2 - nie oczekuj najgorszego.

Teściowa miała wczoraj operację na sercu. Wieczorem się dowiadywaliśmy - operacja przebiegła w porządku. Dziś rano okazało się, że były jakieś komplikacje (nie wiadomo jakie, przez telefon nie powiedzą) i miała drugą operację. "Uruchomiłam" moje koleżanki ze świata, żeby wysyłały jej dobre życzenia i uzdrawiającą energię, sama też słuchałam uzdrawiającej mantry i wizualizowałam sobie odpowiednie rzeczy. Po południu były już pozytywne informacje ze szpitala. Wskazówka życiowa nr 3 - zaufaj wszechświatowi, i temu, że modlitwy mają moc. Nie bój się prosić o pomoc. 

Po pracy pojechałam tramwajem na dworzec do empiku odebrać najnowszą książkę Agnieszki Maciąg "Twój dobry rok". Tak bardzo potrzebowałam się przejść, zażyć trochę ruchu, a nie tylko siedzieć albo w biurze, albo w samochodzie, albo w domu. Było o wiele cieplej, niż myślałam i z przyjemnością szłam przez lokalny cmentarz (;-) na przystanek tramwajowy. W tramwaju czytałam bardzo ciekawą pozycję psychologiczną "Dzień dobry...i co dalej?" o skryptach życiowych, które ludzie odtwarzają w swoim życiu, głównie z powodu programowania rodzicielskiego. Dojechałam do dworca, weszłam do niego i.... poczułam się przecudownie!!! Dosłownie zalały mnie endorfiny! Uwielbiam atmosferę i wygląd naszego dworca, uwielbiam tę atmosferę podróży, wyjazdów, pożegnań i powitań, tego czegoś ulotnego, tej energii.... ciekawe, że np. angielskie dworce mnie męczą, może dlatego, że są tam ogromne tłumy, a dzisiaj w tamtym momencie było tam na prawdę cudownie! A w empiku tak przytulnie i cichutko, jak w cudownej nie-sieciowej księgarni, jak w czytelni... Boże, chyba się we mnie odzywają jakieś atawizmy, lub wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa i młodości..., może geny mojej mamy i babci, które, jak się niedawno dowiedziałam, często podróżowały i zmieniały miejsce zamieszkania... Dworzec przemierzałam z szeroki uśmiechem na ustach i w duszy, szczęśliwa również z tego, że mogłam przytulić do serca nową książkę Angieszki :-). Wskazówka życiowa nr 4 - bądź otwarta na doświadczenia dnia powszedniego, nieważne jak powszednie mogłyby się one wydawać - nigdy nie wiesz, jak zareagujesz na dane miejsce, czas, sytuację, ludzi :-)

Wracając z Rafałem samochodem do domu wstąpiliśmy po drodze odebrać internetowe zamówienie. 
Poczułam się w tym sklepie (e-obuwie) jak w filmie Star Wars lub podobnym - było to bardzo zabawne doświadczenie. Ale jeszcze zabawniejsze i bardzo pozytywne doświadczenie spotkało mnie w sklepie obok, kiedy na prośbę córki poszłam zapytać się o możliwość wykonania kubka ze zdjęciem na urodziny jej koleżanki. Nawiązałam niesamowitą relację ze sprzedawcą, wybierając projekt kubka, czcionkę, zdjęcie, czekając na zdjęcie, rozmawiając z panem o szczegółach, podziwiając wystawione fotoksiążki i tak ogólnie :D. Zachwyciłam się tymi fotoksiążkami, zawierały one niesamowicie piękne i ciekawe zdjęcia z podróży oraz niesamowicie ciekawe i wzruszające historie życiowe. Spędziłam tam około godziny - Pan tak mnie chyba polubił, że wyjątkowo wykonał ten kubek dla mnie od ręki :-). Wyszłam z tego sklepu naładowana cudowną energią, którą czuję do tej pory! Wskazówka życiowa nr 5 - nigdy nie wiesz, kogo dobrego niespodziewanie spotkasz na swojej drodze, za rogiem, w sklepie, itp. i jak ta osoba na Ciebie zadziała. Nie zamykaj się na te spotkania. Uśmiechnij się, zagadaj - ludzie są dobrzy :-).

W domu ubawiłam się setnie słuchając historii z życia dziewczyn i ich koleżanek. Jedną można zatytułować: "Zdechła mysz w Anglii i znieczulica węchowa", a drugą: "Blaski i cienie organizacji egzaminu próbnego ósmoklasisty" :D

A potem pławiłam się w nieziemsko pachnącej kąpieli.

Uwielbiam swoje zwyczajne życie!!!