czwartek, 28 września 2017

Bilans z dzisiaj:

- rano obudziły mnie wróble fruwające przy karmniku umieszczonym przy oknie balkonowym. Przylatują też sikorki. Wydają ciekawe i głośnie odgłosy, jak dzieci bijące się o jedzenie ;-). Miło zobaczyć te śliczne stworzenia zaraz po otwarciu oczu :-)
- ortopeda przepisał mi zabiegi rehabilitacyjne na zmiany przeciążeniowe w moim kręgosłupie, odcinek lędźwiowy, gdzie przestrzenie między kręgami są ściśnięte z wiadomych powodów wielu godzin spędzonych w tej samej pozycji (głównie siedzącej). Cieszę się, że mi przepisał (w pakiecie opieki medycznej płaconej przez firmę przysługuje mi 10 zabiegów/sesji na rok, więc chciałabym je wykorzystać jeszcze w tym roku), ale z drugiej strony powiedział mi, że to jest nieuleczalne, rehabilitacją mogę tylko spowolnić ten proces i powinnam mieć w roku takie 2 lub 3 serie, żeby za szybko nie doprowadzić do zmian zwyrodnieniowych.
- w pracy same problemy do rozwiązywania, do których miałam mało siły z powodu utrzymującego się stanu kataralnego
- wracając do domu przekonałam się, że moje myśli na prawdę mają moc! Wjeżdżając na autostradę zobaczyłam wielką ilość sunących samochodów przede mną i wyobraziłam sobie, jak ta autostrada będzie wyglądać, kiedy te wszystkie samochody nagle utkną w korku - parę minut potem faktycznie stanęły one wszystkie przede mną, jak w filmie, na szczęście mnie się w ostatniej chwili udało uciec na zjazd z niej... W wielu miejscach, publikacjach, artykułach spotkałam się z tezą, że jak sobie coś realistycznie wyobrazisz, poczujesz, że to już się dzieje, to przyciągniesz to do siebie. Trzeba tylko konkretnie wiedzieć, czego się chce. Ja tym sposobem przyciągnęłam sobie obecną pracę ;-). 
- nie poszłam na spacer do lasu, pomimo tak pięknej pogody, zamiast tego poprzebywałam z rodziną i wzięłam gorącą kąpiel
- książka "Sekretne życie drzew" bardzo wciąga i poraża mądrością tych roślin
- w ciągu tych dwóch dni tacie zrobiono już dużo badań 
- strasznie ciągnie mnie w góry, gdzie będzie słońce, taras, leżak i widok na wzgórza i lasy mieniące się pięknymi jesiennymi kolorami.....

Idę spać, bo sen to zdrowie!!!
    

środa, 27 września 2017

Piję wywar z korzenia jeżówki i próbuję ciasta śliwkowego według przepisu Agnieszki Maciąg http://agnieszkamaciag.pl/ciasto-ze-sliwkami/. Miałam iść spać po przyjściu z pracy, gdyż dopadł mnie lekki katar, a w takich sytuacjach zawsze mój organizm potrzebuje snu, ale jak zwykle zaczęłam się krzątać w kuchni, robić coś do jedzenia, sprzątać, a efektem tego było to ciasto, zrobione chyba bardziej dla domowników, niż dla mnie :). "Kradnę" tu zdjęcie ze strony autorki, ale moje wyglądało bardzo podobnie;-):
Ten katar to pewnie prezent od rodziny, lub może proces oczyszczania rozpoczęty podczas weekendu. Zaaplikowałam sobie pyłek kwiatowy i ziółka do tego (gnojnik i lipę) oraz gorącą kąpiel z solami, olejkami eterycznymi i sodą oczyszczającą (wyciąga toksyny). Trochę szkoda, że nie mogłam wyjść do lasu (piękna pogoda!), tak jak wczoraj. Zamiast tego zaczęłam czytać w wannie "Sekretne życie drzew" i od razu poczułam się, tak jakbym była w lesie! Niesamowite historie dzieją się wśród drzew! Tworzą one społeczność i wspierają się nawzajem przez system korzeni, dźwięki i specjalne zapachy, którymi odganiają pasożyty i ostrzegają się nawzajem. To jedynie namiastka tego, co tam się dzieje. Mądre i piękne istoty te drzewa, a wiadomy pan minister od ochrony środowiska powinien codziennie czytać tę książkę! Mówi się, że przyroda się obroni po tym wszystkim, co robi jej człowiek, ale człowiek bez niej na pewno nie.

Tato dzisiaj dostał się do szpitala wojskowego, po konsultacji z "najwyższym" profesorem. Jestem wdzięczna temu profesorowi, choć chyba jeszcze dzisiaj taty nie widział. Młodsi lekarze długo zastanawiali się nad jego stanem. Zrobili mu już kilka badań i będą jeszcze następne. Mam nadzieję, że ktoś tam w końcu wymyśli coś mądrego. Boję się, że będą tatę męczyć tymi badaniami, a efekt może być taki sam, jak w pierwszym szpitalu. Oby nie.

Od szkolenia w weekend regularnie "zaklinam" rzeczywistość głośno wypowiadanymi afirmacjami - przydaje się to i działa szczególnie rano, kiedy wyjeżdżamy z domu i modlimy się, żeby się nie spóźnić do szkół. Jak na razie działa! :-). Zresztą w innych sytuacjach na drodze też działa (np. szukanie miejsca na parking).




niedziela, 24 września 2017


Szkolenie z Julią skończyło się, a mnie tak jak wczoraj rozpierała pozytywna energia. Byłam u rodziców, wyszłam z Zuzią na spacer, pomogłam dziewczynom w angielskim… Rano ugotowałam wywar mocy (i dodałam pieczone buraczki, więc zrobił się barszcz mocy J), gdyż był on potrzebny – Natalia obudziła się z wielkim katarem i bólem gardła (chyba zaraziła się od Rafała). Zaparzyłam jeżówkę i miksturę na gardło.

Pomyślałam sobie, że fajnie pomagać ludziom wykorzystując te różne naturalne terapie i byłam już prawie gotowa otwierać swą własną praktykę ;-) – tak motywują takie szkolenia! Wiem na pewno, że bardzo mi się podobają te tematy i wiem nieskromnie, że już trochę wiem, ale wiem też, że jeszcze dużo muszę (chcę!) się nauczyć. Może do emerytury ugruntuję swoją wiedzę, a na emeryturze będę sobie tym dorabiać ;). Marzy mi się, żeby pracować w takim holistycznym ośrodku, gdzie jest masażysta znający różne metody pracy z ciałem, homeopata, zielarz, lekarz ajurwedyjski, lekarz tradycyjnej medycyny chińskiej, lekarz medycyny konwencjonalnej (bo często najlepiej sprawdza się połączenie metod konwencjonalnych z niekonwencjonalymi, tzw. leczenie zintegrowane), nauczyciel jogi, tai-chi, nauka relaksacji, medytacja, sauna, itp…..   Ale najważniejsze w tym uzdrawianiu jest to, żeby pacjent sam tego chciał. To jest kluczowe i bez tego niczego się nie da się zrobić.

Chciałabym jutro mieć dzień dla siebie, żeby jeszcze chwilę posurfować po tych alternatywnych światachJ. Cała sztuka teraz, żeby to wykorzystać w codziennym życiu. Na początku każdej sesji robiliśmy różne ćwiczenia: dużo kinezjologicznych na zsynchronizowanie półkul mózgowych i lepszą koncentrację i naukę (coś, co już dawno powinno być w każdej szkole; kiedyś był program pilotażowych w klasach 1-3, ale chyba niewielu nauczycieli używało tej metody); były też ćwiczenia na udrażnianie/aktywizowanie gardła, które pomagają w wyrażaniu się i komunikowaniu, dodają asertywności i odwagi np. w wystąpieniach publicznych, jak również ćwiczenia z terapii czaszkowo-krzyżowej, wizualizacji i medytacji z kolorami i światłem. Było tez pożyteczne ćwiczenie „scentrowania” się, uziemienia, ugruntowania, które powinno się robić codziennie rano i wtedy łatwiej nam się „przechodzi” przez cały dzień. Przeprowadziłam te ćwiczenia potem z Zuzią, żeby lepiej zapamiętała wiedzę o komórkach na jutrzejszą kartkówkę z biologii J. Podczas spaceru Zuzia opowiadała o wczorajszej wycieczce do Książa i o tym, jak dużo pamiętała o Daisy i jej rodzinie, którzy tam mieszkali i dzieliła się tą wiedzą z innymi uczestnikami wycieczki. Ucieszyłam się tym, jak wiele pamięta z naszych wypraw śladami Daisy;-). Szkoda tylko, że nie było jej z nami w Pszczynie i Promnicach, które odwiedziliśmy wracając z Rumunii, bo tam to dopiero jest uczta dla miłośników historii Hochbergów i w ogóle historii.   



sobota, 23 września 2017



W czwartek przyjechała do Wrocławia Julia - nasza wieloletnia znajoma (wraz z rodziną) z Couchsurfingu, aby zrobić warsztaty z autorskiej metody alternatywnego (naturalnego) oczyszczania i normalizacji na podstawie odkryć fizyki kwantowej i zgodnie z boską matrycą pacjenta. Temat ciekawy, szczególnie w kontekście przeczytanej ostatnio przez mnie biografii Marii Skłodowskiej-Curie, której przyjacielem był Albert Einstein. Obiecałam Julii, że będę na tym szkoleniu, ale szłam na nie z małym entuzjazmem. Trochę szkoda weekendu i tego czasu, przecież i tak teraz z tym nie pracuję, rodzina wymaga opieki (chory Rafał), będę musiała zdążyć z przygotowaniem obiadu przed szkoleniem, będę musiała poczynić wysiłek intelektualny, a obecnie najbardziej sobie cenię jak najmniej bodźców, nie wysilanie się bez potrzeby, spokój i ciszę. Ale poszłam, zgodnie z zasadą, że zawsze mogę poznać chociaż jedną nową małą, ale pożyteczną rzecz. Okazało się, że jestem jedyną Wrocławianką, pozostali uczestnicy to lekarka i kosmetyczka z Oslo, fizjoterapeutka i fizyk z Warszawy oraz poganka słowianka z Piły ;-).  Ciekawie było, choć wczoraj ogarnął mnie mały sceptycyzm - jak to wszystko działa, czy to jest nie naciąganie, interpretowanie według siebie i widzenie tego, co chce się zobaczyć?  

Dzisiaj na zajęciach praktycznych odczułam, że chociaż nie znam jeszcze wymiernych efektów tego oczyszczania, to treści, które się pojawiały, był zgodne z moim stanem (przynajmniej moją wiedzą o nim) i że coś w tym jest ;-). Jedna z uczestniczek zdiagnozowała mnie identycznie, jak ja siebie, bez moich wskazówek. Czy to był przypadek? Potwierdziło się, że myśl/intencja jest energią i że wszyscy jesteśmy połączeni z czymś większym i możemy z tego czerpać bez granic. Pomijając wszystko inne, te zajęcia znowu rozbudziły we mnie chęć zajęcia się Ajurwedą, Reiki, ziołolecznictwem i powiązanymi z tym naturalnymi terapiami. To mnie fascynuje! Gdybym mogła rzucić regularną pracę..Ale w tym samym stopniu fascynuje mnie podróżowanie, więc co wybrać (gdy dzieci wyfruną już z domu)??? Odkrycie swojego powołania  to jedna z najważniejszych rzeczy w tej metodzie. Tak samo jak w Ajurwedzie, która ma za zadanie pomóc człowiekowi być w doskonałym zdrowiu, aby mógł realizować swoje powołanie, to do czego został stworzony. Ja nie znam swojego powołania. Padło dzisiaj stwierdzenie, że nie powinno się tego chcieć dowiedzieć za wszelką cenę, gdyż człowiek może być na to jeszcze niegotowy. Może u mnie tak właśnie jest? 

Po oczyszczeniu i normalizacji wróciłam do domu ewidentnie w lepszym nastroju, pełna energii i radości. 

Po powrocie do domu strasznie wołał mnie film o Marii Skłodowskiej Curie. Jakiś czas temu skończyłam książkę o niej i jej córkach i chciałam to dopełnić filmem. Niestety online jest tylko po francusku, w sumie mogłabym oglądnąć, ale to by wymagało ode mnie skupienia, czego już wieczorem, po całym dniu, trudno byłoby mi osiągnąć. Książkę polecam wszystkim. Maria i jej córki miały niesamowite życie, przecierały szlaki innym kobietom na całym świecie, a przy tym były bardzo skromne i pełne pokory.  Fizyka w ich wydaniu była niesamowicie ciekawa!

środa, 20 września 2017



Dzisiejszy dzień był pełen dobrej energii :).

Ta dobra energia płynęła do mnie od innych dobrych ludzi wokół. Tak sobie pomyślałam, że fajnie mieć czas dla siebie i być tylko z sobą sam na sam, ale jednak samotność na dłuższą metę byłaby w moim przypadku nie do zniesienia. 

Rano spotkanie i kawa z Gosią i jej mężem, których córeczce przekazałam trochę książek po dziewczynach. Jak zwykle za krótko i niedosyt... jechałam potem do pracy i rozmyślałam, że jeszcze o tym nie rozmawialiśmy i jeszcze to miałam powiedzieć... Spotkaliśmy się w pięknym miejscu, wokół tyle zieleni...

Potem w pracy rozmowa z 21-letnim kandydatem, z której wyszłam naładowana pozytywnie, że są tacy fajni, sensowni i optymistyczni młodzi ludzie na tym świecie i że tak dużo im się udaje w życiu

Potem równie fajne rozmowy ("pomiędzy") z kolegami z pracy o życiu i relacjach, przeplatane dużą ilością śmiechu i "milusińskie" słowa wsparcia od Beatki :-). 

Przyjechałam do domu i było piękne słońce! Dosłownie rozpierała mnie energia!!! Stwierdziłam, że pójdę pobiegać ;-). Najpierw było trudno (trzy lata przerwy!), ale jak już ogarnęło mnie ciepło na całym ciele, to poczułam się bardzo dobrze :-). Przeplatałam to szybkim marszem, bo jakoś moje ciało samo dążyło do spokoju i bezruchu...Wychodząc na bieganie już zmierzchało i powiedziałam sobie, że chcę zobaczyć sarny. I spełniło się! Wracając z lasu skręciłam jeszcze w moją ulubioną "ulicę", gdzie jest bardzo mało domów, a dużo drzew, krzewów i trawy. I nagle zobaczyłam piękną przebiegającą sarnę! Najpierw pomyślałam, że to owczarek niemiecki, bo w pobliskim domu są dwa, ale podeszłam i zobaczyłam ją dokładniej w wysokich zaroślach. Narwałam ostatnie żółte nawłocie (pasują do słonecznika, którego już miałam w domu), wróciłam pełna energii i zabrałam się za gotowanie cykorii i tego, co czekało w lodówce. Była pyszna! :-)



czwartek, 14 września 2017

Ten obrazek "sprowadza mnie do pionu" w dzisiejszy ponury dzień i ogólnie tydzień. To nic, że chmury układają się ładnie na niebie i są takie puszyste - ich ciemny kolor i gruba warstwa wisząca blisko nad ziemią sprawiają, że czuję się przygnieciona dosłownie i w przenośni. Ja chcę światła! Słońca! Emocjonalnie - zjazd. Jak czytam newsy o tym, co się dzieje w Puszczy Białowieskiej to też załamka.

Znowu gonię czas i nie mogę go dogonić. W poniedziałek po pracy zakupy w Ikei, po części, bez których nie da się zamontować półek, i których nie było w sklepie dzień wcześniej i niestety trzeba jechać drugi raz i tracić dużo czasu. Jestem dziwna, wiem, ale nie lubię tego sklepu i czasu, który się traci na przejście jego ogromnej powierzchni po kilka małych części do zawieszenia półek. Na szczęście ma się męża, który tam pójdzie, a ja w tym czasie mogę siedzieć w restauracji i ćwiczyć język niemiecki czytając miłego maila od Ingrid z Niemiec (Ingrid i Harry-ego nazywaliśmy swego czasu niemieckimi dziadkami naszych dziewczyn;).

We wtorek o 17.00 byłam na pierwszym (bardzo długim) zebraniu rodziców w liceum. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne, ale trochę zaniepokoiła mnie tak wielka troska o frekwencję. Nauczyciele twierdzą bowiem, że jak kogoś nie ma na lekcji, to się go nie nauczy. Psychologia uczenia się i motywacji pokazuje coś innego - jak człowiek ma odpowiednią motywację i ciekawość, to nauczy się danej rzeczy o wiele szybciej niż w szkole, gdzie bardzo dużo czasu traci się na inne rzeczy i poza tym jet się w wielkiej grupie (miałam przykład tego we własnym domu, kiedy Natalia uczyła się do egzaminu gimnazjalnego i historię z 3 lat przyswoiła w kilka wieczorów;-). Wyczułam również to, że szkoła z góry zakłada, że uczniom nie zależy na nauce, i że rodzice mają ich motywować, itp. itd, no bo przecież szkoła musi utrzymać swoje miejsce w rankingu! Ale to chyba ogólny trend w tych bardziej znanych szkołach. Wychowawczyni klasy jest biolożką, klasa biologię ma w grupach, a wychowawczyni uczy tylko jedną grupę! Religia jest w środku dnia, a etyka, jeśli w ogóle będzie to dopiero na 8 lub 9 godzinie lekcyjnej. Na szczęście generalnie nauczyciele wydają się być w porządku, rodzice też, a szkoła jest bardzo przytulna i zadbana. Wróciłam do domu przed 20.00. 

A wczoraj jeszcze później, gdyż byłam na kolacji firmowej "z powodu" wizyty naszych dwóch kolegów ze Stanów. Jeden z nich pracuje z nami tymczasowo w projekcie dla UNICEFu. Pochodzi z Etiopii i jest niesamowicie kulturalnym, inteligentnym i ciepłym człowiekiem. Pięknie się wyraża po angielsku. Tak sobie myślę, może naiwnie - co on czuje, kiedy myśli o swoich współrodakach - dzieciach głodujących w jego własnym kraju i kontynencie i porównuje warunki życia w Europie i USA z tymi w Etiopii.

Robi się ciemno, wieje, chłodno, i szare chmury wszędzie. Dzięki podróżom samolotem wiem, że nad tymi chmurami jest przepiękne niebieskie niebo i słońce:). To jest bardzo przydatna i optymistyczna wiedza, która jakoś trzyma mnie jeszcze przy życiu:). Dziś znowu wieczór z głowy - wizyta u dentysty z plombą, która mi wyleciała i którą nie łatwo wstawić...Nie będzie przyjemnie... Ale cóż to w porównaniu z Marią Skłodowską Curie, która dopiero w 1921r , wiele, wiele lat pod otrzymaniu drugiej nagrody Nobla, zainstalowała sobie centralne ogrzewanie w mieszkaniu w Paryżu, a wcześniej bardzo marzła i zakładała do pracy chyba z dziesięć grubych warstw...

Ach, przez chwilę mieliśmy małego czarnego kotka w pracy! Przyplątał się koledze do domu, a ten już jednego miał; na szczęście dziewczyna drugiego kolegi marzyła o takim kocie :-)

P.S. Po wyjściu od Grześka dentysty zaskoczył mnie taki piękny widok:


Pierwszy raz w życiu widziałam tak wielką tęczę (na zdjęciu jest tylko jej prawa strona), i to całą, a nie tylko jej część.





A tak było na Marszowicach:

(od Beatki <3)

niedziela, 10 września 2017

Zawsze o tej porze ogarnia mnie jesienna melancholia, powietrze jest inne, chłodne poranki, w domu zimno przy otwartych oknach… Ach, wszędzie czuć tę jesień! W moim przypadku melancholia łatwo zamienia się w „zjazd” nastroju, szczególnie w weekendy, kiedy próbuję odgruzować pękające w szwach mieszkanie, gotować na parę dni i martwię się o lekcje i zdrowie moich dzieci… Wczoraj jeszcze nie było tak źle, gdyż na jodze rozruszałam mięśnie ściśnięte po długim „siedzącym” tygodniu, i pogoda była cudowna; pojechałam do rynku kupić podręczniki językowe dla dziewczyn i mogłam naładować baterie słońcem. Okazało się, że część książek współtworzyła nasza kochana Beatka Trapnell, więc przyśle je nam ze swoim autografem (anioł!). Jak już byłam w rynku (raz na ruski rok), to musiałam się napić dobrej kawy – wracając do samochodu zatrzymałam się w Charlotte. I przynajmniej podpisałam się w rynku na listach „Ratujmy kobiety” i „Kontrola wyborów”.

(Właśnie przyszła Zuzia i krzyknęła z zachwytem – za oknem jest cudowny różowo-pomarańczowy zachód słońca, więc nie jest aż tak źle ;-) Szkoda tylko, że aparat w telefonie nie oddaje tych wspaniałości…

Rano przemknął mi przed oczyma artykuł o Marii Skłodowskiej- Curie, a że po ostatnio-przeczytanej biografii, bardzo spodobało mi się czytanie o losach nieprzeciętnych kobiet, które musiały sobie jakoś radzić z prozą życia, z radości sięgnęłam po książkę, którą kiedyś nabyłam w Biedronce za 9 zł – „Maria Skłodowska-Curie i jej córki”. Dawno temu, w młodości przeczytałam jej arcyciekawą biografię, napisaną przez jej córkę, ale ta książka jest równie ciekawa i świetnie się ją czyta.

Ugotowałam dzisiaj m.in. aromatyczną fasolkę czarne oczko z pomidorami i wiórkami kokosowymi, świeży szpinak, którego wielką torbę kupiłam wczoraj za jedyne 4.5zł i upiekłam pyszne małe buraki, z których część poszła do rozgrzewającego barszczu. A poza tym zmagałam się z upływem czasu i dołowałam tym, że nie mogę po prostu siedzieć i czytać i nic oprócz tego nie robić. W artykule chwalącym nicnierobienie przeczytałam, żeby podczas nicnierobienia nie zamartwiać się tym, że coś czeka na zrobienie i że brak czasu oznacza tylko brak prawdziwej koncentracji na danych zadaniach, co sprawia, że wszystko dłużej trwa. Ja chyba mam z tym problem, bo nie zdążyłam dzisiaj nawet wyjść na spacer…
Patrzę dookoła na kartony do oddania z rzeczami z pokoju dziewczyn  i nie wiem, jak pozbyć się ich książek oraz młodzieżowych książek z moich czasów, których one, niestety nie będą czytać. Komu i jak je dać? Ciężko znoszę te rzeczy usuwane z pokoju dzieci - z większością kojarzy mi się ich dzieciństwo, (które i tak za szybko minęło) i chcę zatrzymać czas. Ciągle walczą we mnie mój sentymentalizm i wspomnienia (czyli przeszłość) z minimalizmem i życiem w teraźniejszości. Można zwariować z tymi uczuciami…