piątek, 29 października 2021


Ale cudowna niespodzianka mnie dzisiaj spotkała!!! Jednak FB się do czegoś przydaje ;-) Ok. 14:00 w ramach przerwy dla mojego zapracowanego mózgu, zajrzałam tam i pierwsze co zobaczyłam, to zdjęcie Romy Ligockiej pijącej kawę w drodze do Wrocławia. Jak ja mogłam o tym wcześniej nie wiedzieć!!! Na szczęście los sprzyja wiernym wielbicielom i znalazły się jeszcze dwa wolne miejsca, choć byłam już prawie załamana, że ominie mnie to spotkanie. Tak bardzo chciałam się z nią spotkać na żywo!!! I spełniło się :). 


W ostatniej chwili zdążyłam zamknąć sprawy w pracy i nawet bez problemu dojechałam do rynku. Spotkanie z autorką odbyło się w przytulnej “Prozie” - Wrocławskim Domu Literatury, gdzie byłam już kilkakrotnie, czy to na śniadaniach literackich, czy na spotkaniach z pisarzami i poetami. Od samego początku, od pełnego ciepła i miłości powitania była to fascynująca rozmowa, podczas której pisarka odpowiadając na pytania, zwracała się bezpośrednio w kierunku publiczności, a ja siedziałam dokładnie przed nią. Dzięki temu miałam wrażenie, że rozmawiam z nią w jakiejś kawiarni i jesteśmy tylko we dwie, że mówi bezpośrednio do mnie. Roma Ligocka pomimo wielkiej tragedii, którą przeżyła w czasie wojny (dziewczynka w czerwonym płaszczyku) i również po, jest niesamowicie pozytywną osobą, pełną cudownej energii i ciepła. Można jej słuchać bez końca!!! Cieszę się, że jest dostępne nagranie, na pewno odsłucham go jeszcze kilka razy. Jej zachwyt życiem, jej wiara w ludzi i dobro są zaraźliwe, a jej głęboka mądrość poruszająca. Chłonęłam jej słowa całą sobą. Prowadzący zadał kilka dość trudnych pytań, a z odpowiedzi Pani Romy zapamiętałam to jak mówiła, żeby nie iść przez całe życie jako ofiara (w domyśle holokaustu, ale też każdego innego cierpienia), żeby zaakceptować, że to życie jest pełne dobrych, ale też złych wydarzeń, ludzi, sytuacji i że tak po prostu jest. Dostaliśmy życie, więc trzeba je dobrze przeżyć (a nie trwonić), i tego już uczyli ją od najmłodszych lat jej bliscy w getcie. Było też pytanie o radzenie sobie z traumą, a autorka mocno podkreśliła, że zamiast jej “przepracowywania” (którego to słowa nie lubi), należy ją przed wszystkim przeżyć. 

Małymi kroczkami powoli wracać do życia. 


Potem był czas na indywidualne rozmowy i dedykacje. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Pani Roma przeczytała i zapamiętała mój komentarz na jej FB na temat jej najnowszej książki “Siła rzeczy”, a dokładnie na temat ogrodu jej Babci Anny i mojego wtedy przytłoczenia pracami w ogrodzie. Te fragmenty w książce z pamiętnika babci pomogły mi przestać narzekać na nawał pracy, a zamiast tego docenić tę wielką obfitość i czerpać z niej radość. Anna nie wiedziała, że za dwa miesiące będzie musiała zostawić ogród i z całą rodziną opuścić dom, by już nigdy tam nie wrócić. Wierzyła, że jak ona i jej rodzina niczego złego nie zrobili, to nikt im niczego złego nie zrobi… Jakże się mylili…. Ostatni niewinni i naiwni…


Zapamiętałam też jak mówiła, że najlepsze książki pisze się po 50-tce, więc wszystko jeszcze przede mną! :D


Jako że dawno się nie widziałyśmy, po spotkaniu poszłyśmy z Martą do Cafe de France, żeby pogadać :D


Dalej jestem w szoku, że udało mi się porozmawiać z Romą Ligocką face to face i była to cudna rozmowa.

Zaprosiłam ją do naszego ogrodu <3



niedziela, 10 października 2021

 Czas pożegnać się z latem już na dobre… Nie mogłam uwierzyć dzisiaj rano, że na trawie widzę szron. Potem na przejażdżce rowerem przez pola i las też to poczułam, ale na szczęście słońce mocno świeciło. 

Wczoraj ręce pachniały mi miętą, bazylią, majerankiem, kiedy przygotowywałam je do suszenia :). Wcześniej zanurzałam twarz w tych ziołach, nagrzanych słońcem i było bosko… 


Ścięłam przecudne kolorowe koleusy, wzięłam do domu i spróbuję je rozmnożyć, zerowej temperatury niestety nie przeżyją…. Tak mi było szkoda ścinać rośliny, wiele jeszcze kwitło, rosło, przylatywały do nich trzmiele, pszczoły i inne owady, ale zostawiłam dla nich obficie kwitnącą lawendę - naprawdę trudno uwierzyć, że w nocy dzisiaj będzie zero stopni :(((. Róże i pelargonie kwitną jak szalone, ogórki wciąż rosną, pomidory czerwienieją… Zerwałam je wczoraj, małe cukinki, które już nie dorosną, resztę fasolki, dynie, kwiaty dyni, szczypiorek, słoneczniki, papryki; zostały jeszcze tylko w ziemi buraki i marchewki…. Przez cztery ostatnie miesiące nie kupowaliśmy żadnych warzyw, wszystko było z własnej uprawy i tak bardzo jak jestem za to wdzięczna, to smutno mi, że to już się kończy... Zostaną przetwory w słoikach, moje pierwsze ever - kiszone i  marynowane cukinie i ogórki, przecier pomidorowy, keczup cukiniowy i marmolada z pomidorów :-). To była bardzo pracowita wiosna i lato, a teraz trzeba się przygotować psychicznie do jesieni… Wrzosy już wsadzone w ziemię, dziś posadziłam je też do skrzynek na tarasie, żeby rozchmurzały jesienną pluchę. W tym roku stosuję terapię kolorem ;-). Przez to że ostatnio było tak długo ciepło, cały czas miałam wrażenie, że to jeszcze wrzesień, tak bardzo zatrzymywałam lato... 







Wraz z latem odchodzi spokój w pracy, gdzie szykuje się dużo zmian, które mi się nie podobają. Myślałam, że zostanę tam w spokoju do emerytury ;-), ale chyba znowu czeka mnie rewolucja…


Natalia skończyłą okrągłe urodziny - to następna rzecz, w którą trudno mi uwierzyć, i dzisiaj z tej okazji była rodzina na obiedzie. 

A na mieście demonstracje wsparcia dla Unii Europejskiej. Gdyby nie FB, to nawet bym nie wiedziała, co się dzieje poza pracą, w której spędzam średnio 10-11 godzin i poza ogrodem, w którym spędzam resztki pozostałego czasu i gdzie dochodzę do jako takiej równowagi po pracy.


niedziela, 3 października 2021



Siedząc tak dużo w domu można łatwo zapomnieć jaką frajdę dają koncerty na żywo. 

Dzisiaj mogłam to sobie przypomnieć, bo wszakże nie samym ogrodem człowiek żyje ;-)

A koncerty jazzowe, jeśli nie są totalną improwizacją, mają to do siebie, że po ich zakończeniu jeszcze

długo wybrzmiewają w Tobie. Jestem bardzo wdzięczna za możliwość przeżywania muzyki

i zazdroszczę wykonawcom tych uniesień podczas grania.


Dzisiejszy koncert w ramach “Jazz Time” we wrocławskim klubie “Formaty” miał dwie części.

W pierwszej wystąpił Consolidation Quintet, a w drugiej wspaniali muzycy z Tubis Trio. Nagłośnienie

było super, więc już po pierwszym utworze miałam wrażenie, że jestem w samym środku tych dźwięków.

To jest niesamowite uczucie i wspaniały relaks - takie płynięcie z muzyką…. Utwory były i szybsze

i wolniejsze i można było zapomnieć o wszystkim dookoła, choć mój mózg snuł odległe plany dotyczące

przyszłego roku (nadchodzą zmiany u mnie w pracy, które niekoniecznie będą mi się podobać

i wymyślam już Plan B). 

Ale druga część to był dopiero ogień!!! Maciej Tubis jest chyba najszybszym pianistą, jakiego kiedykolwiek widziałam i słyszałam, a jego kompozycje tak niesamowicie energetyczne, że prawie cała skakałam na krześle do muzyki, a z twarzy nie schodził mi uśmiech. Tam to dopiero można było wejść w trans “tu i teraz”! Coś pięknego! Gorąco polecam.

A wcześniej prace ogrodowe (jeszcze dojrzewają pomidory koktajlowe, i wciąż rosną małe ogóreczki) -

“ogarniałam” truskawki i ich “dzieci”, które same się zasadziły (we włókninie!), gotowanie kremu

z buraczków i innych warzyw według Jadłonomii - wszystko z ogródka, a rano cudna przejażdżka

rowerem przez pola i lasy (ok. 10km). Musiałam przewietrzyć głowę - dzięki skupianiu się na pokonaniu

przeszkód na drodze i jeździe pod górę mogłam się wyciszyć. I nałapać endorfin!!!   

niedziela, 8 sierpnia 2021

 

W czwartek nasza Pandzia przeszła za tęczowy most i biega sobie teraz wolna  

po zielonych łąkach. Nasza najmądrzejsza, najspokojniejsza, najodważniejsza 

i najbardziej ciekawa kocia córeczka z całego swojego rodzeństwa. Mistrzyni Zen  

z najdłuższymi wibrysami i brwiami, z cudownymi czarnymi i białymi łatkami i czarnym  

“wąsikiem” pod noskiem. Była z nami tylko i aż 1 rok, 3 miesiące i …. dni.

 Pierwsza wchodziła na dach, pierwsza wchodziła na samą górę regałów w garażu, zawsze pierwsza

w nowych kartonach, skrzynkach, w taczce. Cieszyła się śniegiem jak dziecko, całowała i lizała swoje

rodzeństwo, żyła w zgodzie z każdym z nich, przytulała się do nich na kanapie lub łóżku - była jak ich

mądra starsza siostra, szczególnie zżyty z nią był Lucek. Zaskakiwała sąsiadów pojawiając się w ich

łazienkowym oknie wszędzie wlazła, pomimo psów!) , siadała z godnością na środku ścieżki do domu

i kontrolowała otoczenie. Była dumna, spacerowała z godnością, a w niespodziewanych sytuacjach

obserwowała wydarzenia i nie uciekała, kiedy nie było do tego powodu. Wskakiwała na kolana Rafała,

kiedy siedział przed komputerem i obserwowała ekran, a jak nie było komputera, to trącała go łebkiem

i łapką, i koniecznie trzymała ją na jego ręce lub klatce piersiowej - musiała go czuć :-).  Jako jedyna

ze swojego rodzeństwa i wszystkich znanych mi kotów miała spojrzenie człowieka, które było mądre,

skupione i poważne. To ludzkie spojrzenie sprawiało, że patrząc na nią myślałam o moim tacie.

Miała nietypowe żółto-pomarańczowe oczy, które parę godzin przed odejściem robiły się coraz bardziej

szare…. Jej stan pogarszał się z godziny na godzinę w ciągu 10 godzin, a leki podane przez

weterynarza nie zdążyły zadziałać.  Miała duszności spowodowane bólem brzucha - nadostrym

zapaleniem woreczka żółciowego, do którego najprawdopodobniej doprowadziło zatrucie w wątrobie….

Te duszności rano to było takie oddychanie jak przez nos, wraz z zimnymi uszkami i łapkami, co mnie

od razu zaalarmowało, a po wizycie u wetki, to już było coraz częstsze otwieranie pyszczka, żeby

złapać powietrze…. Serce mi pękało, jak patrzyłam, kiedy biedna Pandzia idzie powoli do miski z wodą,

a potem z wysiłku załamywały jej się łapki… I ta bezsilność jak jej pomóc… W panice zaczęłam szukać

małej strzykawki, w końcu znalazłam i mogłam dać jej troszkę wody, kiedy nie miała już siły nawet pić

ze spodeczka. Wciąż jeszcze była nadzieja, czekaliśmy na przesiewowe wyniki z krwi, ale ja czułam

intuicyjnie…. Przeczytałam kiedyś, że koty, kiedy odchodzą, szukają sobie ustronnego miejsca, i ona

też tak robiła. Już rano położyła się w kącie, w którym nigdy wcześniej nie leżała, a pod koniec weszła

za łóżko Zuzi, kiedy przyszła Natalia, to wyszła, tak jakby chciała się z nią zobaczyć, a potem przeszła

pod biurko w jej pokoju, piła tam troszkę wody ze spodeczka, następnie położyła się pod ścianą, z boku

łóżka Natalii. Tak bardzo, bardzo mi smutno i przykro, że tak cierpiała, bidulka nasza kochana. O 17:00

pojechaliśmy do weterynarza, były już wyniki, temperatura jej mocno spadła, dostała kroplówkę, miała

jeszcze siłę przegryźć rurkę od wenflonu, a pod koniec kroplówki ugryzła Rafała rękę, na którego

kolanach siedziała (tak chyba na pożegnanie) i przestała oddychać. Serduszko jeszcze jej biło, ale kiedy

lekarz chciał ją reanimować, już przestało. Tak bardzo chciałam na zawsze zatrzymać pod ręką ciepło

i miękkość jej puszystego futerka. Wtulałam twarz w jej ciepłą i miękką szyję.   

Pandusia dała nam bardzo dużo miłości, radości i pociechy i na zawsze będzie w naszych sercach. Była naprawdę wyjątkowym kotem (nawet z samego wyglądu!). Kiedy dziś rano ją opłakiwałam, zrobił się nagle mały wiatr i otworzyły się nagle drzwi tarasowe do środka, do domu. To była ona, na stówę. Do 72h po opuszczeniu ciała energia Pandy była z jej rodzeństwem i z nami. One ją czuły i były z niej dumne. 

Bardzo trudno uwierzyć, że fizycznie nie ma Cię już z nami. Dziękujemy Ci Pandziu za wszystko,  

za to że byłaś i za dar Ciebie. Byłaś dla nas wielkim Darem. Biegaj sobie szczęśliwie po zielonych  

łąkach i opiekuj się z góry swoim rodzeństwem.  

         

















 



poniedziałek, 19 lipca 2021


Rugia 18-24.07.2021

Dreschvitz jest małą wsią z pięknymi domkami, przez którą przechodzi główna droga do większych miejscowości. W zasadzie nie widzieliśmy tam żadnych innych ludzi. Po śniadanku na tarasie z tyłu domu Rafał przygotował rowery i wyruszyliśmy w trasę, przed siebie! Kawałek główną drogą, potem w lewo na Moordorf - Unrow - Klein Kubitz - Gross Kubitz - bajkowe wakacyjne domy po prawej stronie - małą wioskę  Mursewiek i przez most na Wyspę Ummanz, gdzie zatrzymaliśmy się w jej pierwszej i głównej miejscowości Waase.


Chciałam, żebyśmy podjechali do kawiarni, o której wszyscy pisali w necie, ale jak się okazało w informacji turystycznej - była ona zamknięta, jak kilka innych miejsc (pewnie  z powodu koronawirusa). Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy przed siebie w lewo do Tiki Bar, o którym wspomniała nam pani z informacji, w odpowiedzi na pytanie, gdzie możemy coś zjeść. Po drodze minęliśmy Zuckerkuss Cafe (zamknięta) i dojechaliśmy do samego wybrzeża, gdzie znajdował się wielki camping dla windsurferów. I potem dalej wzdłuż morza, aż zobaczyliśmy znak w prawo od głównej drogi do Tiki Baru, gdzie zjedliśmy przepyszną pizzę i (ja) lokalną rybę z musztardą, która okała się rybą w puszce ;-). Po krótkim odpoczynku, ruszyliśmy przez Markow z wiatrem we włosach przez bezkresne przestrzenie ze złotym zbożem i morzem w oddali, poszukując żurawi, wszak Ummanz to wyspa żurawi, ale chyba jednak nie w lipcu ;) i dojechaliśmy z powrotem do Waase, gdzie kupiliśmy lokalne landrynki z rokitnikiem. Ta wyspa to cudowna i bardzo zielona oaza spokoju, wielkich połaci zboża, natury i wiatru….Wracając zatrzymaliśmy się na kawę i najpyszniejsze ciacho z agrestem i bitą śmietaną siedząc w słoneczku w Bauernhof Kliewe, gdzie wszędzie dookoła były różne zwierzęta. W ich wielkim sklepie kupiliśmy też naturalne mydła z rokitnikiem.

Wracając inną drogą, przez Landow, zatrzymaliśmy się na sesję zdjęciową z kucykami :). 

Ale to nie był koniec tego pięknego dnia. Odstawiwszy rowery, pojechaliśmy do nadmorskiego Binz, gdzie było przepięknie - magiczny zachód słońca, mało ludzi, morze, woda, cudnie oświetlone molo i budynki, oraz pyszne lody ;-). Dom Zdrojowy wyglądał jak z bajki!


niedziela, 18 lipca 2021



Wakacje!!!

Pragnęłam bardzo pobyć parę dni nad morzem, ale żeby nie musieć jechać bardzo daleko lub lecieć, bo wiadomo - covid, obostrzenia, testy, ewentualny lockdown, itp…. Miesiąc temu, w desperacji, że jeszcze nie mamy nic zaplanowanego, wymyśliłam, że najłatwiej pojechać do Rugii, która nie jest daleko, a jest nad morzem i zapewne nie będzie tam wielu ludzi i obostrzeń. I to był strzał w dziesiątkę!!!!!


Na miejsce przyjechaliśmy o wiele później niż planowaliśmy, czyli o 22:00 zamiast o 15:00, ale trzeba było podlać wszystkie rośliny i wykonać wszystkie inne powinności ogrodnicze przed wyjazdem. Droga była cudna, ruch mały, szczególnie po przekroczeniu granicy koło Szczecina - tam to już było prawdziwe pustkowie i ciągnące się kilometrami falujące od wiatru łany zbóż. Uwielbiam taką wielką przestrzeń z wszystkich stron!


Pani gospodyni Sonia okazała się bardzo miła; myślała wprawdzie, że będzie nas dwoje, ale szybko przygotowała posłanie na trzecie łóżko. Czekała na nas cierpliwie, aż dojedziemy do jej Ferienwohnung.


cdn. :)

poniedziałek, 5 kwietnia 2021


Minął następny miesiąc… tak mało piszę, wiem… Jakoś odrzuca mnie od komputera, nie chcę tyle siedzieć w internecie, chcę być w prawdziwym świecie… Szkoda, bo tyle cennych i cudnych momentów ucieka bezpowrotnie, niezapisane “na papierze”, ale przeżyte w moim sercu na 100%... Nie pamiętam ich, dopiero jak widzę zdjęcia, albo czytam wspomnienia, to widzę ile pięknych rzeczy się działo… Takie małe, drobne, zachwyt przyrodą, kotami, te wspaniałe książki, które czytałam, porywająca do życia muzyka, niesamowita cisza, którą tak bardzo lubię i której potrzebuję, małe domowe wygody, sesje Theta healing z Renią, podczas których dusza fruwa z radości, a buzia sama się śmieje, i potem długo człowiek płynie na tej fali, nie chce narzekać, jest bardziej w tu i teraz, zachwyca się każdą małą rzeczą, żyje bardziej świadomie…


Marzec to był miesiąc w koronie, którą po kolei wszyscy przechodziliśmy, lekko, a ja na końcu i w sumie najdłużej...Trzy tygodnie kwarantanny, bo test wyszedł negatywny i już nie mogłam wytrzymać, więc wyszłam do ogrodu poobcinać krzewy i coś porobić, a wiało i padało, więc porządnie zmarzłam. No i mnie dopadło, ewidentnie spadła mi odporność, bo wcześniej przez prawie trzy tygodnie żyłam w wielkiej bliskości z moją rodzinką i nic mi nie było. Dzięki koronie zatrzymałam się i całkowicie odrzuciło mnie od komputera i FB. Na szczęście w pracy mało się działo, zdążyłam zamknąć parę spraw w ciągu dnia przed nocnym atakiem korony, bo przeczuwałam, że mnie to właśnie wtedy dopadnie. Nie miałam objawów typowo infekcyjnych, ale na początku nie mogłam dobrze spać i przez to czułam się zmęczona i słaba. Potem spałam już dobrze, ale słabość została i ciągnęła się dwa tygodnie. 


Odczuwałam i odczuwam wielką wdzięczność, za zdrowie, za życie, za rodzinę, za dom, za dobro, za wspaniałych ludzi na mojej drodze i za cuda dnia codziennego. Każde słabsze samopoczucie to okazja do zatrzymania się i doceniania tego, co jest. 

Unosiłam się w wielkiej cudownej pozytywnej energii życzeń i niespodzianek urodzinowych i naprawdę wtedy czułam się też fizycznie zauważalnie lepiej. 


Aby zaspokoić choć trochę tęsknotę za ciepłem i podróżami w wybitnie szarej marcowej aurze zaczęłam czytać “Oko świata” o Istambule i Turcji, “Zbuntowanych” o Indiach, “Czerwony śnieg na Etnie”, wszystkie wspaniale napisane, bardzo wciągające i przenoszące mnie do tych wyjątkowych miejsc. Odnośnie Istambułu, to z serca polecam również bardzo piękną i magiczną książkę reżysera Ferzana Ozpetka, pt. “Rosso Istanbul”. Dostałam ją z przepiękną, odręcznie napisaną dedykacją od właścicielki wydawnictwa.


Ale moim najcudowniejszym i najwspanialszym odkryciem jest niesamowity gościu, Włoch z urodzenia, ale obywatel świata, azjofil, poszukiwacz sensu życia i śmierci, charyzmatyczny podróżnik, reporter, orędownik pokoju, znawca Indii i indyjskiej starożytnej wiedzy o życiu, wielki i skromny nauczyciel życia, pogodzony ze swoim losem, kiedy zachorował na nowotwór - Tizianio Terzani. Jakiś czas temu mignęła mi gdzieś recenzja którejś z jego ostatnich książek, ale stwierdziłam, że będzie to kolejna pozycja o tym samym, ale niedawno znowu natrafiłam na jego nazwisko. Przed samym ponownym zamknięciem bibliotek Rafał zdążył mi wypożyczyć jego dwie wspaniałe grube książki “Nic nie zdarza się przypadkiem” i “Powiedział mi wróżbita”. Wczoraj wieczorem skończyłam tę pierwszą. Ponad 700 stron wspaniałej, mądrej, wartościowej literatury - podróży po świecie, ale przede wszystkim do samego siebie, po diagnozie raka, pisanej w czasie, który według “najlepszych” amerykańskich ekspertów medycyny konwencjonalnej nie miał być dany autorowi. Bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć tę książkę na własność dla siebie, żeby móc do niej wracać, podkreślać najważniejsze fragmenty i się nimi delektować. Można ją kupić w drugim obiegu, za około 300zł. Jest warta swojej ceny, ale wolałabym nówkę, tylko moją. Przed samą śmiercią Tiziano Terzani prowadził rozmowy z synem o swoim życiu, o śmierci i o życiu - przekazał mu swoisty testament. Coś niesamowitego! Syn nagrywał ich rozmowy i potem je spisał i wydał pt. “Koniec moim początkiem”, na podstawie której nakręcono również film, który dzisiaj obejrzałam po włosku. Ach, jak żałowałam, że nie znam więcej słów, kiedy dialogi były bardziej złożone… Chciałabym też przeczytać go w oryginale, choć tłumaczenie polskie jest najwyższej klasy i czyta się je z wielką przyjemnością, dosłownie delektując się każdym słowem i przenosząc się całą sobą do miejsc, o których pisze autor. Tak bardzo zapragnęłam pojechać w Himalaje i pomieszkać trochę w odosobnionej chatce, stapiać się z naturą i zachwycać spektaklem świateł odgrywanym nieustannie w szczytach gór. 


W międzyczasie, wczoraj, skorzystaliśmy z chwilowej pięknej pogody i poszliśmy z mamą na spacer po wsi (ja po miesięcznej przerwie), a potem, kiedy goście już odjechali, huśtałam się na tarasie w cudnym hamaku, w którym tak dobrze mi się siedzi i wygrzewałam się w słońcu, czytając Terzaniego. Było bosko!