czwartek, 21 listopada 2019


Czuję się przebodźcowana – chyba pierwszy raz tak bardzo. I zmęczona. Wracałam dziś do domu 45 minut przez jakieś nieznane wsie, bo autostrada znowu nie była przejezdna. Mżył deszcz, było ciemno. Nie cierpię ciemności!!! Pełna koncentracja przez 45 minut. Boże, jakie to obciążające. Coraz gorzej znoszę takie sytuację, kiedyś to był dla mnie żaden problem. Coraz częściej marzę o tym, żeby odciąć się od tego zgiełku i wyjechać na bezludną wyspę, no… wystarczyłby bezludny las. Coraz bardziej doskwiera mi bycie wysoko wrażliwą. Kiedy żyję z dnia na dzień, skupiam się na tych samych codziennych czynnościach jest ok.  Tylko czasami ogarnia mnie nuda i pragnienie jakiegoś wyjazdu… Ale tylko w myślach! Fizycznie męczy mnie już podróżowanie. Mnie, która przejechała tyle kilometrów… W poniedziałek pakowałam się wieczorem do Warszawy, tylko na dwa dni, a kosztowało mnie to tyle wysiłku umysłowego… To wziąć i tamto, nie zapomnieć o tym… Gdzie minimalizm? Dlaczego potrzebuję tylu akcesoriów? Coraz bardziej mnie to denerwuje, zamiast cieszyć…. Za dużo tego wszystkiego, za duży wybór… Chciałabym po prostu wyjść i się nie oglądać. Mam za dużo na głowie i w głowie, chyba jestem przemęczona, albo te ciemności tak na mnie działają. Spakowałam kosmetyki do woreczka (bagaż podręczny), woreczek wrzuciłam do klapy walizki, no bo przecież za chwilę będę wyciągać na lotnisku do kontroli. Jak wsiadałam do samochodu, to już nie pamiętałam, gdzie jest ten woreczek i szukałam go w domu i w walizce w środku. Nigdzie go tam nie było! Hotel w Warszawie bardzo wygodny i nowoczesny, ale sama konferencja dostarczyła mojemu umysłowi zbyt wielu bodźców. Zbyt wiele książek do przeczytania, które teraz są na topie i wszyscy się na nie powołują, zbyt wiele rzeczy do zapamiętania…. I zbyt mało czasu. Do tego emocje, które sobie zafundowałam na własne życzenie. 

Kiedyś uwielbiałam czytać głęboko poruszające książki, w zasadzie to tylko takie czytałam, tak samo z filmami, teatrem, koncertami, itp… Niosły one wszystkie ogromny ładunek emocji, który wtedy jakby świetnie ze mną rezonował, bo we mnie, tak jak w tych książkach, filmach, sztukach i muzyce było wiele dramatyzmu, dołów, melancholii, tragizmu, smutku, etc…. Teraz odsuwam się od takich emocji, nie chcę ich, bo wiem, że mnie ściągną w dół… Ale dwóch rzeczy nie mogłam się wyrzec w ciągu tych ostatnich dwóch dni (a dodatkowo byłam świeżo po emocjach związanych z występem Janusza Radka w sobotę we Wrocławiu). Na musical „Aida” bilet kupiłam, no bo nigdy nie byłam w Romie, poza tym, świetna okazją z tą konferencją, akurat „samotny” wieczór, etc… Nie przepadam aż tak bardzo za musicalami, szłam bardziej z ciekawości, bez żadnych oczekiwań. I…. zostałam oszołomiona. Pomijając najwyższej klasy wykonanie, scenografię i dźwięk, emocje, które tam były odśpiewywane i odgrywane oraz sama fabuła, wciągnęły mnie tak mocno, że zapomniałam o przysłowiowym bożym świecie. Zawsze byłam ckliwa, ale teraz jestem coraz bardziej (następna cecha wysoko wrażliwych) i ta przepiękna, a jednocześnie tragiczna historia zakazanej miłości rozwaliła mnie totalnie. Byłam zachwycona, ale bardzo poruszona. Przez to, że cały musical był tak przepiękny, tak autentyczny, tak profesjonalnie zrobiony, tak cudowny, to jeszcze bardziej się w tej historii osadziłam i tak mocno ją przeżyłam. 

A wracając, w ostatniej chwili kupiłam na lotnisku „Koniec samotności” Wiśniewskiego, do której niesamowicie mnie ciągnęło już od kilku tygodni. Marzyłam o książce, w którą się wciągnę tak, że zapomnę o wszystkim dookoła – idealnej na podróż! (nie ukrywam, że byłam też bardzo ciekawa dalszego ciągu „Samotności w sieci”). Chodziłam koło niej, jak koło jajka, bo po co kupować, pożyczę, choć jak potem sprawdziłam - w bibliotekach nieosiągalna, na pewno będzie jednorazowa, itp… Po prostu zapomniałam o kunszcie Janusza Wiśniewskiego! Jego styl i bogactwo językowe, zaskakujące zwroty akcji, tajemnice, które się kryją, a potem nagle rozwikłują, znajomość ludzkiej psychiki i wrażliwości, relacji damsko-męskich, ale również na poziomie rodzic-dziecko, która jest na szóstkę, niezwykle trafne opisy współczesności, języki obce, podróżowanie, a przede wszystkie tak przepiękne opisy miłości…. Ach…. No i znowu emocje, wzruszanie się, współodczuwanie…

Chyba muszę już iść spać ;)

A jutro zaczyna się Tydzień Kina Niemieckiego..… Jak ja to przeżyję? ;-)
P.S. Jestem wdzięczna za tę obfitość listopadową!

niedziela, 3 listopada 2019



Tak bardzo fascynuje mnie życie i jego przeżywanie, że nie mogłam się powstrzymać od nabycia książki Jeffa Fostera pt. „Tak! Kochaj to co jest… Całkowite otwarcie się na ból i radość życia”. Autora znam z jego cytatów na FB, które bardzo ze mną rezonują. Książka dotarła w czwartek, akurat na te wolne dni. Teksty w niej zawarte napisane są pięknym językiem, pełnym miłości do człowieka i jego obecnej sytuacji. Bardzo życzliwie i ciepło przekonywują go do całkowitego zaakceptowania sytuacji w jakiej jest „tu i teraz”, bez konieczności ciągłego rozwoju, szukania oświecenia, walki, itp… Słowa Fostera są czystą apoteozą życia przez duże „Ż”. Sprawiają, że się uśmiechasz i oddychasz z ulgą myśląc: „jestem w domu…nigdzie dalej nie muszę iść, tu jest dobrze…” Chciałabym przepisać tu całą książkę, bo wszystko wydaje tak bardzo trafne i potrzebne, i tak cudnie otula człowieka.

„Właśnie tu i właśnie teraz, w tej chwili, nie musisz wymyślać reszty swojego życia, bez względu na to, co kto mówi. W tym momencie nie potrzebujesz żadnych odpowiedzi. One nadejdą, z czasem…., albo i nie…albo być może niepotrzebne pytania odpadną. Nie ma pośpiechu. Życie nigdzie się nie śpieszy. Bądź jak pory roku. Zima nie stara się być latem. Wiośnie nie śpieszy się do jesieni. Trawa rośnie w swoim własnym rytmie. Nawet deszcz nie pędzi na ziemię (…)”
„Lekcje umierania” mówią o towarzyszeniu umierającemu jako wielkim przywileju. Są rozdziały o związkach, o marzeniach, o chorobie, o samotności, o zmianie, odpoczynku, o rozpaczy, stracie, o tym, gdy wszystko idzie źle; w jednym wielkim skrócie – o tym, jak powiedzieć Życiu TAK; są cudowne wiersze i listy pełne miłości, w których autor zwraca się do czytelnika „Przyjacielu”. Bardzo wzruszające i poruszające są jego słowa. Polecam te przepiękną książkę, napisaną w taki sposób, w jaki mówiłaby do Ciebie ukochana osoba w głęboko intymnej relacji.
Potrzebna mi ta akceptacji życia, szczególnie akceptacja zeszłotygodniowej zmiany czasu. Brak mi światła dziennego, kiedy wracam do domu po pracy i chciałabym odpocząć w ogrodzie, tzn. w ogóle go zobaczyć! Brak mi tego światła na zabawy podwórkowe z Kicią, brak mi życiodajnej siły słońca! Budzę się wczesnym rankiem, według starego czasu, a wieczorem zasypiam na kanapie jakby mi ktoś „urwał film”. Ćwiczę energetyczne ćwiczenia w domu, codziennie staram się śpiewać mantry, chodzę na zumbę i jogę (po której jestem osłabiona zakwasami, bo miałam długą przerwę).
W pracy rozmawiam z wieloma kandydatami, szukam m.in. asystenta i każda historia ludzka, której wysłuchuję, jest ciekawsza niż niejedna telenowela, których wprawdzie nie oglądam, ale wiem, że potrafią być wciągające. Musze wybrać jedną osobę – będzie trudno…

Zrobiłam bananowy chlebek z lnianym siemieniem - pachnie cudnie, zapaliłam wszędzie świeczki – migoczą bajecznie, włączyłam dyfuzor z olejkami eterycznymi… Kwiaty w donicach, które cztery miesiące stały na tarasie przywędrowały do jadalni, są duże i zielone i sprawiły, że wnętrze jest przytulniejsze i radosne J.







niedziela, 20 października 2019




Dzisiaj zrobiłam sobie totalny chillout. Wprawdzie przeplatany trochę sprzątaniem i gotowaniem, ale za to zamiast „latać” po ogrodzie pozwoliłam sobie bardziej na jego kontemplowanie i wygrzewanie się w słoneczku. Kiedyś przeczytałam, że warto naśladować kota, jego powolne ruchy, dużo snu i zabawę, dlatego też dzisiaj długo obserwowałam naszą cudną kotkę, żeby uspokoić swoje wieczne poczucie obowiązku robienia czegoś, szczególnie w wolne dni. Jestem tak bardzo wdzięczna za tego cudnego kota, który sam nas wybrał, i tak jak ten dom, spadł nam „z nieba”. Uwielbiam ją głaskać i przytulać i nie mogę przestać się nadziwić, jak spokojnym i oswojonym kotem jest mała Kitty. Reaguje na swoje imię i wołanie, chodzi „przy nodze” i uwielbia nasze mizianie. Jednocześnie jest pozytywnie ciekawska, lubi się bawić, skakać i biegać jak szalona. Udało nam się pojechać do weterynarza bez przenośnej klatki, trzymałam ją na rękach, choć nie byłam do końca pewna, jak się będzie zachowywać podczas jazdy samochodem, czy nie będzie się wyrywać, itp. Na szczęście wszystko poszło dobrze. Weterynarka zachwycała się umaszczeniem naszej Kitki.
Chipa nie ma. I tak sobie myślę, że znowu spełniło się to, co chcieliśmy. Bo chcieliśmy mieć kota, albo nawet dwa. Piotrek i Danusia mieli do oddania małe i długo się zastanawialiśmy nad ich wzięciem. A tu dostaliśmy od wszechświata dorosłego, ułożonego i bardzo przytulaśnego - „gotowego” kotka. Coś pięknego!
Siedząc tak sobie na kanapie i w ogrodzie skończyłam czytać niesamowitą historię Ray Winn i jej męża, którzy stracili dosłownie wszystko i z diagnozą śmiertelnego choroby wyruszyli w drogę 630 mil wzdłuż zachodnio-południowego wybrzeża, z ciężkimi plecakami, 30 funtami zasiłku na tydzień, prawie że głodując i nocując pod namiotem „na dziko”. Autentyczna historia! Pozbywszy się wszystkiego materialnego, odrodzili się na nowo, dogłębnie poznali, co to znaczy „być” i byli, w jedności z przyrodą i bez żadnych otoczek. Kiedy czytałam o tym, jak czasami potwornie marzli, przemakali do suchej nitki, głodowali, czułam ogromną wdzięczność za dach nad głową i nie narzekałam już, że znowu muszę sprzątać ;-). Ta historia jest wspaniałą motywacyjną powieścią, jak żyć pomimo braku środków do życia, jak żyć pełnią człowieczeństwa, kiedy inni odsuwają się od Ciebie, tylko dlatego, że mówisz im, że jesteś bezdomny, daje siłę i nadzieję. Po jej przeczytaniu miałam ochotę wywalić większość ciuchów i przedmiotów domowych…
Tydzień temu świętowaliśmy 18-tkę Natalii ze „starymi”, tzn. z rodziną i przyjaciółmi, którzy towarzyszyli nam w czasie tej 18-letniej podróży. Przed imprezą mnóstwo roboty, a mój perfekcjonizm i dokładność oczywiście dały mi w kość. Pyszne śniadanie i zwiedzanie miasta z Niemcami w piątek przed imprezą oraz wożenie Ghisa do miasta w sobotę wydaje się teraz być takie odległe. Pogoda była przepiękna, a noc z soboty na niedzielę taka ciepła. Wybiegałam przed dom w letniej sukience i dziwiłam się, że tak ciepło. Wtedy, a nie tydzień wcześniej, mogliśmy zrobić garden party…Ale house party też się udało J.
Po raz trzeci w swojej dwudziestoletniej historii zakwitł mój krasnokwiat Katarzyny. I właśnie tu, w nowym miejscu!  
Któregoś poranka, podczas pośpiesznej jazdy z rodzinką do pobliskiej wsi na pociąg, musiałam zwolnić samochód, bo z boku drogi stały trzy Koreanki i robiły zdjęcia nieziemsko czerwonego i zapierającego dech w piersiach wschodu słońca. Myślałam o tym potem cały dzień, a teraz w chwilach presji czasu wraca do mnie ten obrazek. Zatrzymaj się. Zauważ cuda tego świata. One są i niezmiennie będą, pomimo tego, co wydaje się dla Ciebie aktualnie wielkim czy mniejszym problemem. To wielkie okrągłe słońce i różowa poświata nad rozległymi polami daje Ci dystans do problemów życia codziennego i stawia je w odpowiedniej perspektywie. Przypomina, że nie jesteś sam, jesteś częścią czegoś większego i należy Ci się wszystko co najlepsze oraz wszelka pomyślność J.
Śniadanie w mieście? Chętnie, ale wolałabym na tarasie, w ciszy i zielonym otoczeniu, podziwiając taniec traw i wygrzewając się w słońcu. Może dlatego, że jestem nadwrażliwa emocjonalnie, przebodźcowana, a mój mózg za szybko i nadwydajnie pracuje? W końcu ktoś mnie odpowiednio sklasyfikował w tym ciekawym artykule https://zwierciadlo.pl/psychologia/jak-sobie-radzic-z-nadwrazliwoscia-emocjonalna?
Zerwałam końcówkę kwitnącej lawendy z intencją zatrzymania w niej tego pięknego, wyjątkowego lata <3

niedziela, 6 października 2019



„Nieważne jak świat jest na zewnątrz, ważne, jaki świat jest w Tobie”

Dzisiaj 18 lat temu odmieniło się moje życie. Pogoda była taka sama jak dzisiaj – powietrze chłodne, temperatura niska, ale słońce świeciło mocno, a będąc w sali porodowej z wielkimi oknami bez żadnych zasłon, miałam wrażenie, że jest naprawdę ciepło!  W ogóle nie mogę uwierzyć, że od tego wydarzenia minęło już 18 lat!!! W takim dniu powinno się chyba robić jakieś podsumowanie, ja napiszę tylko, że gdybym mogła cofnąć czas o na przykład 12-13 lat, to bym wtedy zwolniła tempo i w pełni cieszyła się swoimi kilkuletnimi dziećmi. Ze swoją dzisiejszą wiedzą i doświadczeniem wiele innych rzeczy zrobiłabym inaczej…No ale dobra, to było i już nie wróci i nie będę się nad tym roztrząsać. Wypełnia mnie totalna wdzięczność za te 18 lat i wiem, że upłynęły one stanowczo za szybko... Pamiętam jak niecierpliwie wyczekiwałam narodzin Natalki, jak wcześniej pisałam do niej w pamiętniku, jak bardzo byłam szczęśliwa, że pojawiła się w naszym życiu. Moja kochana cudowna córeczka! Ogarnia mnie wzruszenie i wielka radość J. I chciałoby się zawołać: czasie zatrzymaj się, nie gnaj tak, pozwól cieszyć się na spokojnie dziećmi, bo zaraz dorosną, a przecież są z nami tylko na chwilę.

Ostatnie tygodnie były intensywne (czy kiedykolwiek będzie inaczej? ;-), a przed weekendem nasze życie przyspieszyło jeszcze bardziej, gdyż rozpoczęliśmy przygotowania do osiemnastkowej imprezy Natalii dla młodych. Najpierw była panika, bo miało być garden party i ognisko, ale pogoda pokrzyżowała jej plany, więc były opcje albo przesunąć na inny termin (ale już nie wszystkim będzie pasować), albo na ostatnią chwilę szukać lokalu. Ale zrobiliśmy małe przemeblowanie, wnętrze ustroiliśmy pięknie girlandami, balonami i swirlami i dzisiaj, po imprezie, N. stwierdziła, że ten dom jest idealny na imprezy ;-). Zmieścił się i stół dla ponad dwudziestu osób i było dużo miejsca do tańczenia i osobne miejsce na sesję foto. Na playliście młodzieży ponad połowę utworów stanowiły hity z naszych młodzieńczych lat – szok! Sama bym się chętnie tak pobawiła! :D. Impreza została uznana za bardzo udaną, jedzenie porozdawane (zrobiliśmy za dużo), tort przewspaniały, a młodzież nawet po sobie posprzątała! ;-). Zrobiłam galerię zdjęć Natki z tych 18 lat – wróciło dużo wspomnień, emocji, łez i radości. Ależ ona miała fascynujące życie… Mam nadzieję, że dalej takie będzie!!!

Szczęście miesza się z małym żalem, że coś, pewien etap życia się kończy i juz nie wróci. Dlatego trzeba się zawsze być tu i teraz i w pełni delektować się bieżącymi chwilami! 
P.S. Wieczorem, chyba zwabiony zapachem grillowanego jedzenia, przyszedł do nas piękny kotek, a raczej kicia :D. Myślałam, że tylko na chwilę, zgłodniały, ale jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy go po powrocie do domu w niedzielę rano. Spał sobie smacznie pod krzakiem jałowca koło drzwi wejściowych. Jest bardzo oswojony, ciekawski, nie boi się i chodzi koło nas, jak pies ;-). Ponoć tak się zachowują wiejskie koty. Uwielbia być głaskany, a futerko ma cudownie mięciutkie.
Kitty pojawiła się w same urodziny Natalki, ale zrobiła jej prezent! Zobaczymy, czy zostanie z nami, czy może zrobiła sobie przerwę od dotychczasowego właściciela...

sobota, 21 września 2019

"Komfort to nie meble, nie dom, nie miejsce. Komfort jest wtedy, gdy dusza jest spokojna." - autor nieznany
Wczoraj i cały tydzień tak zimno, a dzisiaj tak fantastycznie ciepło! Rozkoszowałam się cudownym słońcem i światłem na tarasie i w ogrodzie. Coś przecudownego! Śniadanie zjadłam w słońcu, czytając magiczną książkę „Rok w ogrodzie”. Cudna zieleń dookoła, słońce mieni się w przepięknych wysokich trawach, a na stronach lektury czysta poezja. Zachwyciłam się sposobem opisywania roślin i tego, co dzieje się w ogrodzie w danych miesiącach i dniach, gdyż autor jest czarodziejem! Wyczarowuje tak niesamowite obrazy, że zapomina się o całym świecie i zaczyna marzyć o takim ogrodzie J. Oto jeden z fragmentów:

„Wrześniowe słoneczniki strzelają wzwyż ponad nasze głowy. Zmuszają do patrzenia w górę i akcentują koniec letniego sezonu (…). Jednocześnie najlepsze chwile przeżywają ozdobne trawy, zupełnie inne w swoim wyrazie, zespalające ogród zwiewnymi kwiatami. Późnym latem rzucają cienie, a najwyższe pięknie prezentują się na tle bladoniebieskiego nieba. Nie wyobrażam sobie ogrodu bez nich, bo zmiękczają jaskrawość rudbekii owłosionej, a obciążone rosą, pochylają się nad ścieżką, by skrapiać przechodzących porannym prysznicem. Zatrzymaj się na chwilę i popatrz, jak chwytają wiatr.”



Ja też sobie nie wyobrażam ogrodu bez traw – jestem nimi zafascynowana i je uwielbiam! Przepełnia mnie wdzięczność za tę możliwość patrzenia jak chwytają wiatr, jak się kołyszą i jakie piękne mają kwiaty J.
Dziś znowu cały dzień w ruchu – pranie, wieszanie, rozpakowywanie, chowanie, gotowanie, podlewanie, sadzenie, sprzątanie, zakupy, itp. i aż miło usiąść w końcu spokojnie i rozprostować nogi. Pomimo tego, że mięśnie zmęczone po przebytych tysiącach kroków, czuję na sobie gorące słońce i przed oczyma mam niesamowite światło i połyskującą nim zieleń J.  
PS. Rododendrony znowu kwitną. Ponoć przez to nie będa już kwitnąć na wiosnę, ale co tam, liczy się tu i teraz :-)

poniedziałek, 16 września 2019



Uff…. Dzisiaj „zdaliśmy” mieszkanie. Po wielu, wielu godzinach pakowania i przewożenia w końcu się udało!!! Przeżywałam wiele emocji w związku z tym - od smutku, że kończy się nasza tamtejsza osiemnastoletnia historia, wzruszeń, kiedy pakowałam różne rzeczy przypominające mi ważne momenty rodzinne, wściekłości i bezsilności, że jest tego tak strasznie dużo i gdzie my to pomieścimy, panikę, że nie zdążymy, tęsknotę i żal po meblach, bo tak porządnie zrobione przez Rafała, po ulgę, że już nie będziemy słyszeć tego hałasu, sąsiadów i że możemy się „uwolnić” i iść dalej. Pakowanie książek również dostarczyło mi wiele emocji – cofnęłam się do przeszłości, do czasu, kiedy miałam czas je wszystkie przeczytać, do tych cudnych momentów, kiedy mogłam przeżywać to wszystko, o czym czytałam. Ktoś kiedyś powiedział, że żyje się tyle razy, ile książek się przeczyta J. I tak tęskno mi się zrobiło za tamtymi czasami, kiedy byłam wolna i mogłam czytać do woli, bez presji czasu. W tych książkach jest kawał mojego życia, z każdą związane jest wspomnienie, tak jak z człowiekiem. Z chęcią przeczytałabym wiele z nich jeszcze raz, ale jestem w pełni świadoma, że nie wystarczy mi na to czasu. Ja - człowiek wielu zainteresowań i pełen ciekawości świata i życia ma dużo różnych zbiorów, a trzyma je głównie ze względów sentymentalnych. Wściekła jestem na siebie, bo cały mój minimalizm diabli wzięli przy takiej ilości książek, płyt, archiwalnych gazet, albumów foto, listów, materiałów do nauki angielskiego i innych języków obcych, książek i materiałów do tłumaczeń, książek i materiałów do Ajurwedy i rozwoju osobistego, prac dziewczyn z dzieciństwa, nagromadzonych prezentów, których nikt nie używał, ubrań indyjskich, książek kucharskich, niezliczonych toreb podróżnych i mnóstwa innych drobiazgów.

I jakby w odpowiedzi na moje dylematy, wszechświat jeszcze mnie „dobił” zsyłając mi książkę pt. „The Salt Path”, którą Natalia przywiozła z Anglii. Czytając ją dzisiaj w środkach komunikacji miejskiej z trudem powstrzymywałam łzy. Jest ona oparta na faktach – o ludziach (małżeństwie), którzy z powodu bardzo nieszczęśliwego i niesprawiedliwego splotu wydarzeń w tydzień stracili wszystko, swoją farmę, która była też ich źródłem dochodu (agroturystyka), pieniądze, godność oraz zdrowie, w związku z czym postanowili spakować się w plecaki, wziąć mały namiot i wyruszyć w pieszą wędrówkę przez ponad tysiąc kilometrów szlakiem South West Coast wzdłuż angielskiego wybrzeża. Przeczytałam dopiero kilka pierwszych rozdziałów, tych najtragiczniejszych i najbardziej poruszających, bo opisujących wydarzenia, które doprowadziły do tej wędrówki. To była dla nich niewyobrażalna lekcja nieprzywiązywania się, którą ja średnio przerobiłam podczas tej przeprowadzki i opróżniania mieszkania. Choć nie powiem, część rzeczy wyrzuciłam i myślę, że to samo zrobię przy rozpakowywaniu tej ogromnej liczby kartonów, ale muszę jeszcze popracować nad moim wahaniem i zastanawianiem się czego się pozbyć, a czego nie. Bo w tych książkach i tych wszystkich rzeczach jest przecież całe nasze życie! No, ale tutaj się to wszystko nie zmieści (jest za dużo okien i za mało ścian). Bardzo pomogło mi symboliczne podziękowanie za wszystkie te piękne momenty i pożegnanie się z naszą prawie osiemnastoletnią przestrzenią życiową. Teraz to już przeszłość i bardzo się cieszę, że udało nam się to zamknąć! J


niedziela, 8 września 2019



Dlaczego tak mi trudno wyjść poza moją „manierę” podkreślania negatywów? Każdą pozytywną rzecz „kontruję” negatywem, np. jest fajnie, ale….. L. Tak jakbym nie kontrolowała tego, co mówię. Niby robię to z dystansem i samoświadomością tego, co mówię, ale jednak każde słowo niesie ze sobą energię, i w tym wypadku, raczej nie uskrzydlającą ;-). Dziękuję Ci Aniu, że mi wypunktowałaś to moje narzekanie.

Fakt, mamy aktualnie bardzo dużo pracy i wiele różnych zadań do wykonania w związku z przeróbkami w domu, spakowaniem i wyniesieniem pozostałych rzeczy z mieszkania oraz pielęgnacją roślin wokół domu. Przez ten weekend nie usiadłam na „tyłku” dłużej niż 5 min, no i teraz, kiedy piszę.

Tak, ale…

Spróbujmy na to spojrzeć z innej strony, tej mniej narzekającej ;)

- odpoczęłam, tylko że w ruchu, aktywnie! Wczoraj przesadzałam rośliny, kopałam twardą ziemię, i czuję każdy, dosłownie każdy mięsień. Dzięki temu spędziłam wspaniały dzień na świeżym powietrzu, a zakątek koło tarasu wygląda teraz ładniej. Dosadziłam wrzosy, przeniosłam trawy wydmuchrzyce, lawendę i jakieś nadmorskie kwiatki (nie pamiętam nazwy) w inne miejsce. Przesadziłam wyrośnięte zioła, i zrobiłam  z nimi porządek. Powyrywałam trochę chwastów. Uwielbiam to robić! J. Grzebałam się w deszczu i błocie w ziemi, podlewałam, przycięłam jałowiec i oczyściłam wierzby z „dzików”.  

- jutro część dalsza remontu, musieliśmy pochować co się da, bo będzie malowanie części wspólnej. Wszystkie te przeróbki to lekcja wielkiej cierpliwości i niekłócenia się. Ale pokój Zuzi udało nam się dzisiaj skończyć J. Jest już szafa i inne mebelki, a wszystko pięknie pochowane i posprzątane. Generalnie, w mieszkaniu było więcej możliwości przechowywania rzeczy, tu jest mniej ścian… Ale za to są dwie łazienki, co bardzo nam ułatwia życie i dziewczyny mają swoje pokoje.  Remont się kiedyś skończy (miejmy nadzieję, że przed imprezami osiemnastkowymi Natalii ;-). To wszystko przecież na nasze własne życzenie, które trochę nas przerosło, ale grunt to nie dać się zwariować. Rafałowi śni się ten remont, a mnie śni się ogród ;-).  

- za tydzień musimy oddać klucze. Pakujemy i pakujemy…. I końca nie widać, a przecież większość wynieśliśmy już w lipcu. To jest chyba lekcja, żeby pozbyć się tego nadmiaru. Przez dwa miesiące spokojnie żyłam bez tych wszystkich książek, papierów, płyt, kubków, filiżanek, gazet, etc… Na pewno czegoś się pozbędziemy, bo wszystkiego nie zmieścimy. No ale udało nam się sprzedać mieszkanie!!!

- w tygodniu byłam na dwóch cudnych spotkaniach w związku z promowaniem książek „Kamienice” o losach mieszkańców przedwojennego i powojennego Wrocławia. Są to pasjonujące i wzruszające historie! Jako że odbywały się one w centrum (w cudzie renowacji, czyli byłej kamienicy przedwojennej rodziny Oppenheimów oraz w Urban Garden Renomy), to od razu „załatwiłam” dwa w jednym spotykając się najpierw z jedną Gosią, a potem z drugą J. Dostałam fantastyczną książkę „Rok w ogrodzie” napisaną przez brytyjskiego ogrodnika w sposób iście poetycki i bardzo ciekawy. A wracając spotkałam jak zwykle lisa i sarnę, które wyglądały magicznie w samochodowych światłach: ciekawe, czy była to ta sama sarna, którą widziałyśmy z Zuzią rano, jadąc do szkoły na godzinę 7:20…









W skrócie:
- robię remont – to znaczy, że mam gdzie mieszkać,
- zajmuję się roślinami – to oznacza, że mogę się cieszyć ogrodem, zrelaksować umysł i aktywnie spędzić czas na powietrzu,
- trochę czasu spędziłam na gotowaniu wczoraj i dzisiaj – to znaczy, że mam co jeść i nie jem sama,
- po całodziennej pracy wczoraj, jeszcze robiłam duże zakupy wieczorem – to znaczy, że mam pieniądze i nie będę głodować
- chce mi się spać – bardzo doceniam moje wygodne i wspaniałe łóżko!

Uściski!