niedziela, 29 marca 2020


Już druga z kolei niedziela, gdy energia mi spada…Dziś w ogóle jakoś słabo spałam, przedwczoraj też, śnią mi się rzeczy z pracy (a nigdy wcześniej mi się nie śniły!), może dlatego, że praca jest teraz w domu. Może to ten nów, nowy rok astrologiczny, zmiana czasu, zmiana pogody, może za dużo jedzenia i siedzenia…. Wczoraj przepiękna pogoda, radość, chęć do życia, energia rozpiera J, a dzisiaj jakoś tak bardzo by się chciało pospać w ciągu dnia. Wczoraj cudowna przejażdżka rowerem z dziewczynami z ciepłym słoneczkiem i wiatrem we włosach. Kawałek trzeba było pedałować w górę – potem to czułam długo w mięśniach, ech, ten mój brak kondycji… Dzisiaj natomiast przejażdżka z mamą znowu na cmentarz, zimno, smutno, wspomnienie taty i łzy… 

Po powrocie wzięłam gorącą aromatyczną kąpiel, którą otuliłam się szczelnie, i było mi w niej tak miękko i płynnie – poczułam wdzięczność za ten luksus (tak samo jak wczoraj za luksus zjedzenia obiadku i przesiadywania w hamaku na tarasie). W wannie czytałam „Radość życia” Romy Ligockiej i ta właśnie książka stała się szczególnie bliska mojemu sercu. Mogłabym się podpisać pod wszystkimi przemyśleniami pani Romy! Chciałabym coś zacytować, ale musiałabym chyba przepisać całą książkę…. Niektóre refleksje „rozklejają” człowieka oraz wyciskają łzy w oczach nie tylko z pozytywnego wzruszenia, ale jej słowa przede wszystkim są apoteozą życia, uczą jak całkowicie zanurzyć się w chwili i nią delektować. Pisze o lękach i swoich „demonach”, ale również, a nawet przede wszystkim, niesamowicie ciepło i wzruszająco pisze o zwykłych momentach codziennego życia. Jej teksty powinny być czytane zamiast niektórych, ciężkich do strawienia, poradników, bo pomimo czasami ciężkich tematów wprowadzają człowieka w zachwyt! A jej opisy miejsc, do których podróżuje są tak cudownie przedstawione, że od razu chciałoby się tam być i tak jak ona celebrować każdą sekundę życia (kiedy na przykład pije cappuccino w Nicei, Rzymie czy Maladze, to dosłownie czuję jej smak na swoim języku).

Na ostatniej stronie Roma Ligocka pisze:
„Czy muszę martwić się przemijaniem, kiedy wszystko we mnie domaga się radości życia?
Rozmyślałam przez ten cały czas nad tym, że chciałabym zatrzymać przemijanie także i dla Ciebie, Czytelniku. Odgrodzić Cię od niego, zatrzymać choćby tylko na chwilę. Na tyle, ile zajmie Ci przeczytanie tej książki.”  

Chyba taka zachęta od samej autorki wystarczy? ;-)

Tę książkę znalazłam na Legimi, dzięki darmowemu dostępowi przez bibliotekę miejską, i jak zawsze byłam przeciwniczką elektronicznego czytania, tak dzisiaj nawet mi się to podobało ;-). Telefon mam zazwyczaj wszędzie przy sobie, więc wszędzie mogę go wykorzystać do czytania,  a przy tym nie trzeba nosić ciężkich książek J.

A gdyby ktoś miał za dużo wolnego czasu i potrzebował pomysłów na własny rozwój to polecam instagram Agnieszki Maciąg i jej codzienne wpisy o przepracowywaniu różnych rzeczy w ciągu obecnych 12 dni (w związku z nowiem księżyca) – dziś jest dzień piąty. Zakończę jej cytatem, który się sprawdza nie tylko w tych czasach…

„Nieważne jaki świat jest na zewnątrz Ciebie, ważne – jaki jest w Tobie”

niedziela, 22 marca 2020

Praca w domu mnie rozleniwia. Z wiekiem jestem coraz mniej zdyscyplinowana. Jutro znowu mnie to czeka.... Z mądrych książek o Ajurwedzie wiem, że tylko rytm mnie "uratuje", ale jakoś ciągle to sabotuję. Chcę regularnie ćwiczyć, medytować, a tu czas przyśpiesza, wręcz galopuje i robię to krócej niż powinnam. Wyjście na spacer pozostaje w strefie przelotnej myśli, dobrze, że mogę chociaż wyjść na chwilę do ogrodu i rozprostować nogi. Usprawiedliwiam się, że jest zimno i tylko jem i tyję - tak, do tego się sprowadza praca w domu. Poza tym, w świetle tego, co się dzieje, stwierdzam, że wykonywanie jakiejkolwiek pracy niezwiązanej ze swoim powołaniem nie ma sensu.... Po co komu praca dla jakiejś firmy... co ona wniesie dla ludzkości, przecież na dłuższą metę nie ma ona głębszego sensu....

Wczoraj piękny dzień i nastrój, bo urodziny, ale dzisiaj (wiedziałam!) była równowaga. Pojechałam z mamą rano na cmentarz do taty i nie tylko tam zmarzłam, ale rozbiło mnie to trochę psychicznie. W takich szczególnych momentach jak urodziny, czy pandemia chyba trochę stajemy się na powrót małymi dziećmi i chcielibyśmy się schować w bezpieczne ramiona rodziców. Może tak myślę teraz, po przeczytaniu dramatycznego fragmentu książki Romy Ligockiej "Tylko ja sama", który mówił o tym, jak umierał jej ojciec - niesprawiedliwie oskarżony o współpracę z Nazistami w obozie - on, który działał w podziemnej organizacji żydowskiej i pomagał ludziom, jak tylko mógł. Przeżył obóz, a po paru miesiącach go aresztowali, w więzieniu się rozchorował i ostatecznie zmarł w wieku 39 lat, a był niewinny. Donieśli na niego ludzie, którym odmówił pieniędzy, zmyślili zarzuty. Człowiek, który przeżył takie straszne warunki i który miał wielkie plany i apetyt na życie - został tak ekstremalnie niesprawiedliwie zniszczony w ciągu kilku miesięcy. Nie radzę sobie z taką niesprawiedliwością na świecie, kompletnie sobie nie radzę. Nie powinnam czytać o takich rzeczach, ale chciałam skończyć tę książkę. Nie powinnam czytać o fundacjach, które ratują zwierzęta i nie mają teraz funduszy czy pomocy ze względu na wirusa. Serca mi pęka! Tonęłam we łzach, tęskniłam za swoim tatą, ale pomogło mi to, że wylałam z siebie cały ten smutek.... Wylałam dosłownie do wanny, bo zrobiłam sobie gorącą kąpiel, żeby się ugrzać i otulić tą ciepłością :-) Nie można podróżować, to chociaż sobie pojechałam do własnej wanny ;)

Wczoraj był piękny dzień. Życzenia telefoniczne i online (szkoda tylko trochę, że z wirusem w tle), bliskość, przytulasy, dużo śmiechu i radości, upieczone pyszne ciasto, miłość. Oby tak było codziennie! Od jutra jesteśmy wszyscy w czwórkę w domu. Znowu będzie walka o lepszy komputer ;-). Wczoraj planowałam wysprzątać cały dom - bo wiosna!, ale dałam radę tylko trochę. W końcu przecież nie będę sprzątać we własne urodziny, jak to zarządziła moja młodsza córka ;-). Od starszej dostałam natomiast taką kartkę: 


:D A ta, którą na swoje urodziny dostał tatuś, pasuje do niej, jak ulał :D
Śmiejmy się na zdrowie! Oby jak najwięcej radości było w naszym życiu! Jutro nowy dzień i zawsze jest szansa, żeby zacząć od nowa :-). Może uda mi się rano zrobić w całości sesję jogi.... ;). 

wtorek, 17 marca 2020



W ostatnich dniach świat, jaki znamy, stanął na głowie. Codziennie przerabiam swoją lekcję na ten czas, czyli lęk i zaufanie. To, że pracuję z domu jakoś wcale nie sprawia, że mam więcej czasu, ale codziennie rano staram się rozgrzewać energetyzującymi ćwiczeniami jogi albo qigongu, a codziennie wieczorem łączę się z innymi świadomymi ludźmi w medytacji i modlitwie, które również podnoszą moją energię. Otaczam ziemię jasnym światłem, rozświetlam też całą moją rodzinę i siebie oraz wszystkich potrzebujących ludzi. Śpiewam uzdrawiające mantry, a uśmiech i wzruszenie nie przestają schodzić mi z twarzy ;). 


Zachęcam Was do przyłączenia się do tych wspólnych medytacji (o 21:00 i/lub o 22:00) i do powtarzania prostych słów: „jestem w moim sercu...moje serce... miłość, radość, szczęście, spokój, mądrość, jedność, dobrobyt, obfitość....”. Każde słowo, które niesie ze sobą wysoką wibracje i daje ukojenie jest dobre.

Na naszych oczach świat się oczyszcza i zmienia na lepsze, więc „… niech wszystko co stare rozpuści się w MORZU MIŁOŚCI... stare programy, schematy, wszystko co blokuje przepływ wspaniałej nieskończonej Energii Miłości niech zostanie rozpuszczone TU i TERAZ...”

Ostatnio też wielokrotnie przepełnia mnie wdzięczność za dobrobyt, w którym żyję. Za to, że mam samochód, którym mogę bezpiecznie dojechać na zakupy, za to, że mam tak wielki wybór jedzenia i picia, za to że mogę wyjść rano w piżamie na taras, a potem na nim pracować wygrzewając się w słońcu. Dziękuję za wynalazek internetu, dzięki któremu teraz tyle ludzi się jednoczy, pomaga sobie i ofiaruje różne aktywności (ja dziś jeszcze skakałam 1,5 godziny podczas zumby online ;-).

Jestem wdzięczna również za pracę lekarzy i pielęgniarek oraz za… kota, któremu codziennie oddajemy nasze troski i stresy, a on jest bezgłośnie przyjmuje, w zamian dając tyle czystej radości i miłości….

Wysyłam do świata Morze Miłości <3

niedziela, 8 marca 2020

jestem pierwszą kobietą ze swojego rodu mającą wolny wybór. by kształtować swoją przyszłość tak jak zechcę. mówić to co myślę kiedy mam ochotę. bez smagnięcia batem. jestem wdzięczna za setki pierwszych razów. do których moja matka i jej matka i jej matka nie miały prawa. co za zaszczyt.
być pierwszą kobietą w rodzinie poznającą smak swoich pragnień. nic dziwnego że jestem głodna tego życia. muszę się najeść za całe pokolenia brzuchów. babcie na pewno zanoszą się śmiechem. zbite w gromadkę wokół glinianego pieca w życiu po śmierci. sącząc mleczny masala chai z parujących szklanek. jak wspaniały musi być dla nich widok jednej z nich żyjącej tak odważnie.
rupi kaur
Dziś skończyłam naukę w Szkole Trenerów Rozwoju Osobistego Studium Ekologicznej i Profilaktyki Zdrowia, w cieniu koronawirusa, siedząc w osobnych ławkach (żeby zachować metr pomiędzy sobą) i dezynfekując ręce płynem zrobionym własnoręcznie przez szkołę z alkoholu z dodatkiem oleju kokosowego i rozgniecionych goździków, który był bardzo przyjemny dla skóry. Ławki i krzesła też były dezynfekowane. Szkoła zamyka się po tym weekendzie, zajęcia będą przeprowadzać zdalnie. Dyrektorzy wiedzą w czym rzecz, bo do Chin często jeździli, mają tam wiele kontaktów, bazują na Tradycyjnej Medycynie Chińskiej, uczą Naturoterapii, więc są wiarygodni.  Ale co z tego, jeśli inne instytucje nie wprowadzają żadnych obostrzeń? A komunikacja miejska? W Hong Kongu do tej pory jest tylko 115 przypadków. A we Włoszech zamykają miasta na północy, żeby uniknąć dalszego rozprzestrzeniania. Hong Kong wie jak się zabezpieczyć. Mój problem w tym, że o ile afirmuję i wierzę w to, że mam dobrą odporność, to lubię też być poinformowana, a kiedy czytam te informacje w mediach, to trochę mnie to osłabia…. Na kursie włoskiego w zeszłym tygodniu znowu byłam tylko ja i jeszcze jedna osoba, bo reszta się boi wirusa… Było cudownie, ale potem byłam zmęczona tym dużym wysiłkiem intelektualnym ;-)

Tak czuję wewnętrznie, że teraz naprawdę jest wzmożony czas na rozświetlanie siebie i swojej rodziny, twórcze wizualizowanie, śpiewanie ochronnych mantr, a przede wszystkim wysypianie się! Czas na zaufanie Sile Wyższej, oddanie jej swoich zmartwień, zmianę dystansu i perspektywy, „włożenie tego lęku na niższą półkę” w mózgu, tak aby nie to było najważniejsze…albo nałykanie się witaminy D w słoneczny dzień jak dzisiaj J. To niesamowite, jak zmienia się energia i radość człowieka, kiedy świeci słońce! Ścięliśmy trawy, lawendę, poprawiłam obcięcie hortensji, a w nagrodę wypiliśmy kawę  w słońcu na tarasie (ja wraz z „energią do kawy”, czyli masłem klarowanym z cynamonem, kardamonem i wanilią) podjadając hiszpańskie i włoskie ciasteczka :)

Dzisiaj odczułam też wielką wdzięczność za te 15 miesięcy zajęć i poznanie innych ludzi, którzy zdecydowali się wejść na taką ścieżkę, jak ja. Wdzięczność za to, że daliśmy radę, za wspólne śmiechy i wsparcie, za dzielenie się doświadczeniami. Za to, że chociaż jeszcze trochę pracy przed nami, aby stać pewnie na nogach jako trener (choć niektórzy już zaczęli!), dokończenie tych wszystkich mądrych książek, przejrzenie jeszcze raz lub więcej notatek, ułożenie sobie tego wszystkiego w głowie, to cała ta wiedza niesamowicie nas wzbogaciła, zainspirowała i rozwinęła jako człowiek. Nie wierzę, że dotrwałam do końca, bo w tym semestrze nie było łatwo. To jest naprawdę niesamowite!!! Pamiętam jak kilka lat temu rozmawiałam ze znajomą z Tai-chi, dyrektorką HR, która marzyła, żeby iść na te studia. Ja nawet wtedy o tym nie śmiałam pomyśleć, było to dla mnie całkowicie nierealne, a tu proszę – już koniec! Jeszcze tylko praca do napisania i obrona w maju. Te comiesięczne zajęcia przywracały mi odpowiednią perspektywę, ładowały pozytywnie, wyjaśniały różne życiowe problemy, z którymi borykają się ludzie. Szczególnie bliska stała mi się terapia systemowa i zależności w rodzinie, która jest podstawą wszystkiego.

Ale przecież nie trzeba iść do żadnej szkoły (choć tę akurat gorąco polecam!), gdyż, jak wczoraj powiedziała jedna z naszych profesorów i trenerów „Naszym największym rozwojem jest dostrzeżenie samego siebie”.

Przesyłam nam wszystkim dużo jasnego światła i uzdrawiającej energii! 

Idę śpiewać mantry, a potem spać :)



wtorek, 3 marca 2020


Będąc znowu poza domem w weekend, całkiem już straciłam rachubę jaki jest dzień i jaki miesiąc i że już marzec, mój szczególny urodzinowy miesiąc :). Choć codziennie staram się żyć, jakby były urodziny i doceniać wszystkie cudne momenty! Nie zawsze się to udaje, bo spadki energii fizycznej lub/i nastroju lub czasem chce się po prostu mieć święty spokój i nic nie robić.

W ten weekend pojechaliśmy do Niemiec odebrać N. z jej miesięcznego kursu językowego. Moje marzenie zostało zrealizowane..., ale przez moją córkę ;-). Ja za to byłam pozytywnie zaskoczona, że po długiej przerwie niemówienia po niemiecku wszystko do mnie wróciło i nawet kleciłam ładne zdania w tym języku ;-). A dla odmiany, na fali zachwytu językiem włoskim zapisałam się na kurs tego właśnie języka i w tamtym tygodniu już miałam pierwsze zajęcia. To jest niesamowite, jak to czego nauczyłam się za młodu siedzi w mojej głowie i ma się dobrze :).

W Niemczech było cudownie, świeciło słońce, na zmianę z deszczem i nawet była wielka ulewa, która złapała nas, kiedy szliśmy wieczorem do przytulnej kawiarni w parku na małe co nieco. Dżinsy oblepiły mnie jak rajstopy, zrobiły się ciężkie i zimne, buty przemokły, ale przecież nie jestem z cukru. Świadomie blokowałam narzekanie w mojej głowie ;-). Siedzieliśmy też w ogrodzie w słońcu, podziwialiśmy dzikie krokusy i pszczoły (!) i głośno śpiewające ptaki, które przylatywały do jedzonek zawieszonych na drzewach (oprócz mnóstwa sikorek był nawet dzięcioł!). Pyszne jedzenie, uśmiechnięci ludzie i słońce - niczego więcej nie trzeba!

W zeszłym tygodniu dorwałam się znowu do następnych trzech książek Ligockiej - jak ją się zacznie czytać, to nie można się w ogóle oderwać! Koronawirus w świetle jej przeżyć i przeżyć jej rodziny z czasów wojny i potem to naprawdę nic. O tych przeżyciach pisze z wielką lekkością, przeplata je z teraźniejszością, i zawsze z odpowiednią puentą. Są to krótkie felietony, ale bardzo poruszają.

A wczoraj świętowaliśmy u mamy jej imieniny, z ciociami i wujkiem. Drugie imieniny bez taty...

Dzisiaj dyrektor szkoły trenerów, w której już niedługo kończę edukację, przysłał informacje jak podnieść swoją odporność w obecnej sytuacji. Zacytuję tu fragment o żywieniu, bo to bardzo pokrywa się z ajurwedą i ogólnie jest mądre.

"Jak się chronić, czyli jak wzmacniać swoją odporność:

- nie przemęczać organizmu
- pić dużo gorącej wody – najlepiej z imbirem, cynamonem, goździkami
- dużo spać najlepiej w porze  22-ga 6 rano, (min 8 godz.)  40% naszej odporności buduje sen w odpowiednim czasie
- ćwiczyć – Joga, Tai Chi, Qi gong - codziennie!
- jeść potrawy ciepłe i rozgrzewające (uwzględniając szczególnie: czosnek, cebulę, imbir, kurkumę...)
- ograniczyć surowe produkty CAŁKOWICIE!

Właściwa profilaktyka i budowanie odporności to jedzenie odżywczych posiłków oraz pokarmów i napojów wyłącznie gotowanych, duszonych, blanszowanych - wyłącznie ciepłych. Surówki i zimne napoje i pokarmy są zakazane! Nie należy się przejadać (maksymalne wypełnienie żołądka
to 70 ). Jeśli jesteśmy przejedzeni to powstaje w organizmie wilgoć - czyli znowu ułatwiamy infekcję. W celu ochrony przed budowaniem wilgoci i śluzu w organizmie należy zaprzestać jedzenia produktów mlecznych np. mleko, jogurty, sery itp. (choć masło może być w rozsądnych ilościach), węglowodanów (szczególnie cukier, ale również znacząco ograniczyć produkty mączne itp.).  Z owoców najlepsze są gruszki, śliwki, morele, ale i jabłka - wskazane jest spożywanie ich w formie ciepłych kompotów lub inaczej, byle na ciepło. Dobre są również suszone owoce np. do kompotów i różne orzechy i nasiona (najlepiej podprażone). Powinny być 3 posiłki dziennie: śniadanie jako główny (!) posiłek, między godz. 7-9, natomiast kolacja lekka, przed godz. 18 - też ciepła; najlepiej zupa. 

Na pewno nie jest dobrą profilaktyką zażywanie witaminy C, bo ma ona bardzo wychładzający charakter, a choroba COVID-19 jest typowym atakiem zewnętrznego Zimna i Wilgoci na system Płuc (wg wzorca patologii medycyny chińskiej). Tak więc witamina C, zwłaszcza syntetyczna, dodatkowo może pogorszyć sytuację i w tym przypadku wręcz ułatwić zakażenie. 

Warto okadzać pomieszczenia moksą (wata lub cygara z Artemisia argyi) przynajmniej raz dziennie, choć może też być nasza szałwia. W chińskich szpitalach  wszędzie żarzy się moksa jako profilaktyczny dym oczyszczający przestrzeń szpitali. 

Wskazany jest ruch: ćwiczenia, Tai Chi, Qi gong, Yoga, bo poruszają Qi i krew oraz wzmacniają organizm i również wpływają na budowanie odporności, (siłownia, szczególnie wyczerpujące ćwiczenia nie są zalecane!). Warto otwierać płuca umiejętnie oddychając - byle nie smogiem. 

Ważne, by chodzić spać wcześnie – optymalny czas to godz. 21:00; nie później niż o godz. 22:00. Sen przed północą najlepiej regeneruje narządy wewnętrzne i odbudowuje Krew (Xue), dzięki czemu organizm jest znacznie oporniejszy.

W domu, w pracy:

- co parę godzin wietrzyć całe mieszkanie czy biuro 
- unikać zimnych i wilgotnych pomieszczeń – najlepsze warunki do osiedlania się wirusa
- utrzymywać ciepło w mieszkaniu / pracy (20-22 stopni Celsjusza)
- wyłączyć klimatyzację szczególnie jeżeli mamy łączoną z innymi pomieszczeniami.

Panika jest zła, natomiast ignorancja jest jeszcze gorsza."
W związku z powyższymi zaleceniami idę właśnie spać!


wtorek, 25 lutego 2020


Zbieram się do napisania o naszym zwiedzaniu południowowłoskich miasteczek, ale dziwnie jest się zachwycać się Włochami, kiedy wszystkie media piszą o zachorowaniach na koronawirusa. Bardzo współczuję Włochom tej trudnej sytuacji.

Środa, 19.02.2020
W Bari zatrzymaliśmy się w mieszkaniu na Starówce, na Strada Filioli. Naprzeciwko nas, trochę z boku codziennie rano pani rozkładała stragan z warzywami i bardzo głośna rozmawiała z sąsiadkami, nawet wręcz krzyczała. „Mariiiaaa!” było na porządku dziennym plus jeszcze „Ciao belissima” J. Wydawałoby się, że ściany w historycznych domach są grube, ale jednak przekonaliśmy się, że nie zbyt bardzo. Nad nami mieszkała chyba osoba na stałe przywiązana do łóżka i rano o ok. 6:30 nie tylko budziły nas dzwony z pobliskiego kościoła, ale również jęki sąsiada. No cóż…. Włosi bardzo lubią wspólnotę, sąsiedztwo, a rodzina jest dla nich odskocznią i pomocą wtedy kiedy absurdalne przepisy prawa włoskiego dają im w kość. Za to od 12:00 ulice i odgłosy cichły, lokalsi znikali na sjestę (nawet w zimie!), przez co my nie raz i nie dwa zostaliśmy „na lodzie”, wtedy kiedy byliśmy najbardziej głodni. Pokrywało się to z tym, co przeczytałam w relacji Chrisa Harrisona., ale jakoś łudziłam się, że sjesta jest tylko, kiedy jest upał ;-).
Dzięki sjeście za to, nie było tłumów, a my często czuliśmy się tak, jakby te miasteczka, które zwiedzaliśmy były tylko dla nas, zaszywaliśmy się w wąskich uliczkach na starówkach i odkrywaliśmy różne ciekawe rzeczy. Nieustannie zachwycałam się przecudną roślinnością, która tak pięknie prezentowała się na tle białych ścianach. Fajnie też było odkrywać jedyną czynną kawiarnię, gdzie byliśmy jedynymi gośćmi, ale za chwilę za nami nadciągali inni… Zdecydowanie number one to było Ostuni, Locorotondo i Matera.
Do Ostuni dotarliśmy pod koniec pierwszego dnia zwiedzania, po uprzednim odwiedzeniu Polignano a Mare, które zachwyciło nas zapierającymi dech widokami morza i turkusowej wody, pięknie umaszczonymi kotami wylegującymi się w słońcu w opuszczonych skrzynkach na rośliny i małymi białymi domkami. Słońce, spokój, wiatr… Mały placyk z kościołem i starym „palazzio”, gdzie można było posiedzieć przy stoliku na zewnątrz. Następny przystanek to oddalone o parę kilometrów Monopoli, gdzie spędziliśmy tylko godzinę, docierając do malowniczego portu i starówki w celu znalezienia najlepszej panzerotterii w okolicy („Madia”), która niestety była zamknięta (a Google twierdził coś przeciwnego!). Rozczarowani postanowiliśmy jechać dalej, do Ostuni, z nadzieją znalezienia jakiejś otwartej knajpki. Na szczęście po drodze uratowali nas bardzo mili panowie z O’ Capitano, którzy serwowali dania kuchni neapolitańskiej i zagrzali nam i zapakowali na wynos różne rodzaje przepysznej lazanii.  
A Ostuni…. było jak z bajki, białe przepiękne miasteczko na wzgórzu. Autobus z dworca wysadził nas na wielkim placu Liberta z przepięknym ratuszem i kościołem obok, stamtąd poszwendaliśmy się chwilę po uliczkach starówki, a potem przeszliśmy na drugą część placu i drogą w górę zawędrowaliśmy do przytulnej katedry z przepiękną rozetą na fasadzie, a potem do najbardziej instagramerskich drzwi (na życzenie Zuzi ;), gdzie odbyła się odpowiednia sesja fotograficzna :D. Następnie zapuściliśmy się w wąskie uliczki starówki (tam to naprawdę można się pogubić!), a za nami jak zwykle pojawili się ludzie, którzy myśleli, że my wiemy gdzie idziemy i pytali nas o drogę ;-). Zaczęło padać, choć miało dopiero w nocy, i wróciliśmy na główny plac rozglądając się za kawiarnią. Jedna była czynna („Casbach”!), a pani kelnerka czy właścicielka machała do nas zachęcająco przez okno. Stojący na ulicy jedyny tubylec też nas tam skierował. Kawiarnia znajduje się na trzech piętrach, weszliśmy na górę i mogliśmy podziwiać piękny widok głównej ulicy i placu w Ostuni otulonego blaskiem latarni i deszczu. Było bardzo nastrojowo. Około 19–tej mieliśmy powrotny pociąg, a trzeba było jeszcze zlokalizować przystanek autobusu w kierunku dworca kolejowego.  Nie było to łatwe, ale w internecie jest wszystko, nawet aktualny rozkład jazdy tego lokalnego autobusu! Nie wiedzieliśmy natomiast, w którym miejscu jest przystanek i o której dokładnie autobus się tam pojawi, gdyż na tym rozkładzie była podana tylko godzina odjazdu autobusu z pierwszego przystanku tej trasy. Pani kelnerka pomogła nam z lokalizacją przystanku i czekaliśmy tam dłuższą chwilę. Pomimo deszczu nie przeszkadzało mi to w ogóle, podczas gdy  na co dzień szkoda mi każdej takiej minuty, w czasie podróży delektuję się wtedy obserwacją lokalnego życia. Tutaj podziwiałam mnogość odmian Fiata 500 pojawiających się co chwilę na ulicy oraz życie pobliskiego komisariatu policji. Zbliżał się czas odjazdu pociągu, a autobusu jak nie było, tak nie było. Kiedy już przyjechał, okazał się małym mini-busem i ledwo się wszyscy pomieściliśmy, bo w środku byli już pasażerowie z wózkiem i dziećmi. Dzięki temu, że kierowca pędził po mokrych i ciemnych drogach, zdążyliśmy, przy czym okazało się, że naszego pociągu w ogóle nie było, ale był następny - za 11 minut. 
Kiedy wróciliśmy do Bari deszcz nie padał i po drodze do domu zaszliśmy do supermarketu. Gdybyśmy z niego wyszli szybciej, to nie złapałaby nas burza. Na szczęście schowaliśmy się pod daszkiem jednego z ekskluzywnych sklepów przy głównym deptaku i obserwowaliśmy tubylców, co chwilę nagabywani przez hinduskich sprzedawców parasolek. Kiedy deszcz chwilowo osłabł postanowiliśmy ruszyć do domu, ale nie przewidzieliśmy, że na starówce ten deszcz będzie płynął po śliskich kamieniach, no i potem musieliśmy suszyć buty i spodnie. Nasza parasolka leżała sobie bezpiecznie w walizce (bo deszcz miał być w nocy!). Potem jeszcze kilkakrotnie pogoda zaskakiwała nas szybkim tempem zmian, ale w samym słońcu było bardzo ciepło. Rano i wieczorami przydały się rękawiczki.
Rano zaczęliśmy dzień spacerem po starówce, dojściem nad morze i śniadaniem na Piazza del Ferrarese, gdzie wypiłam moje pierwsze z wielu najlepsze na świecie cappuccino.
Garść wskazówek:

Bilet kupiliśmy do Monopoli, po drodze wysiedliśmy w Polignano a Mare i na ten sam bilet wsiedliśmy do Monopoli (kupione na stacji są ważne 4 godziny od pierwszego skasowania). Na peronach są żółte kasowniki, gdzie obowiązkowo trzeba skasować bilet przed wejściem do pociągu. Do Ostuni pani w kasie kazała nam kupić osobny, a potem powrotny na całą trasę (można płacić kartą). Pociągi są bardzo wygodne i ciche, ale na tej trasie nie ma informacji w środku jaki będzie następny przystanek. Bilet do Monopoli 3,30 EUR, z Monopoli do Ostuni – 2,50 EUR Ostuni do Bari – 5,80 EUR. Linia Trenitalia, dworzec w głównym budynku (obok są dworce innych linii). Supermarket (nazwa DOK) z tyłu dworca jest największy i można tam kupić przepyszny lokalny ser Scamorza – polecam lekko wędzony, kształt – długie paluszki.

W Ostuni na dworcu czeka autobus, który zawozi pasażerów do centrum, jest on skomunikowany z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów. Przystanek w stronę dworca jest ok. 500 metrów w głąb głównej drogi, którą się przyjeżdża z dworca, stojąc na placu Liberta twarzą do katedry trzeba iść w prawo główną drogą i minąć kolumnę z rzeźbą. Koło przystanku, który jest po lewej stronie ulicy, znajduje się komisariat policji.























niedziela, 23 lutego 2020



Po bardzo intensywnym czasie w pracy, a szczególnie dniu, kiedy pracowałam 14 godzin nadszedł czas na całkowite oderwanie się od niej i krótki wypad do Apulii w południowych Włoszech. Udało nam się jeszcze przed koronowirusem ;-). Upałów nie było, ale błękit nieba i morza oraz biel domów wynagrodziły chwilami bardzo zimny wiatr, a w pierwszym dniu nawet ulewny deszcz. Kiedy szukałam lotu, gdzie moglibyśmy wykorzystać punkty zebrane w Wizz Airze, to najcieplejszą opcją z Wrocławia było Bari, choć akurat podczas naszego pobytu temperatura spadła i wiało. Dobrze, że w ostatniej chwili wzięłam rękawiczki! ;-). Jak zwykle nie miałam żadnych oczekiwań co do odwiedzanych miejsc, chciałam się tylko wyrwać z ciągłej pracy. Niesamowitą frajdę dała mi lektura cudownej książki „Miłość w Apulii” – powieści obyczajowej, przewodnika i romansu w jednym, pełnej niesamowitego humoru i obserwacji lokalnego życia, napisanej przez Australijczyka, który zakochał się we Włoszce i przyjechał za nią na sam obcas włoskiego buta. Odnosiłam się często do tej książki podczas różnych sytuacji w naszej podróży, jej fragmenty same przychodziły mi do głowy w odpowiednich momentach. Polecam ją wszystkim, nie tylko italomaniakom J.

Bari nas urzekło. Bardzo przypominało nam Niceę, może dlatego, że też jest nad morzem. Piękna promenada, palmy, przytulne i nie za duże budynki, a przez sam środek wielki deptak prowadzący do uroczej starówki, gdzie mieszkaliśmy. Życie na starówce to osobny temat ;). Stamtąd, rzut beretem do przepięknej katedry Św. Mikołaja i normańskiego zamku, gdzie ponoć przebywał Franciszek z Asyżu, a potem właścicielką była Bona Sforza, królowa Polski. A za nimi rozciąga się błękit Adriatyku……

Bari ma ciekawą historię, jest czyste i eleganckie, a jednocześnie bardzo przytulne, przyjazne i nieprzytłaczające. Dzisiaj miał tam być papież, premier i prezydent Włoch. Myśleliśmy, że w związku z tym wczoraj będą tłumy i zablokowane ulice, ale chyba większość ludzi przyjechała dopiero dzisiaj, po naszym wyjeździe. W zasadzie to te cztery dni mogliśmy spędzić tylko tam, ale my oczywiście jak zwykle musimy bardzo intensywnie ;). W środę byliśmy w Polignano a Mare, Monopoli i Ostuni. W czwartek w Locorotondo i Alberobello. A w piątek w Materze. Każde z tych miejsc jest wyjątkowe, może oprócz Monopoli (przynajmniej dla nas). Ale o tym napiszę w najbliższych dniach.

Kicia nie odstępuje nas ani na chwilę. Spragniona pieszczot, miziania, przytulania i miłości (na zdjęciu niżej przed komputerem;). Bałam się, że może jej nie będzie, kiedy wrócimy. A ona wyszła nam na powitanie, kiedy zajechaliśmy w nocy. Tak mało potrzeba do szczęścia, wystarczy jeden mały kotek ;).