piątek, 31 sierpnia 2018

Nie jest łatwo przeprowadzać detoks i pracować. Wstaję o 6:00, żeby przygotować sobie jedzenie na cały dzień, oprócz kolacji, czyli śniadanie, obiad i coś pomiędzy. Wczoraj czułam głód, dziś już o wiele mniej, nawet pominęłam kolację, a zjadłam tylko deser z kuzu i jabłek, bo było już późno, a nie wolno jeść po 18:00-19:00. Pomimo niewystarczającej ilości snu przez cały dzień w pracy, a szczególnie rano miałam dużo energii. Pobiegłam nawet odebrać wyniki taty ze szpitala. Potem miałam dwie "sesje coachingowe" z kolegami, bo mieli potrzebę pogadania. Cały czas "wisiała" nade mną popołudniowa wizyta u taty, o którą mnie prosił, bo nie daje rady z papierami (cały gruby segregator wyników, wypisów szpitalnych, kart informacyjnych, itp.), ćwiczeniami, które ma robić, generalnie z wszystkim. Po tym telefonie wczoraj po południu byłam bliska załamania. Oczywiście odreagowałam to wszystko potem na rodzinie; a Rafał dodatkowo był rozbity i sfrustrowany pobytem u swoich rodziców. 

Ale do momentu wyjścia z pracy wszystko było dobrze. Przejechawszy mały kawałek autostrady przeczytałam ostrzeżenie o zatorze za niecałe 3 kilometry, więc niewiele się zastanawiając zjechałam na najbliższy zjazd, żeby przejechać przez miasto. Niestety, jak tylko zjechałam, od razu stanęłam w długim korku. Było już późno, kolację chciałam zjeść koło 18:00, a jeszcze czekała mnie min. godzina u rodziców. Dobrze, że miałam ze sobą kaszę jaglaną z owocami ze śniadania (zrobiłam za dużo), więc to mnie uratowało. Ale psychicznie byłam bliska załamania. Nie trzeba się zastanawiać, kiedy koniec wakacji, wystarczy spojrzeć na liczbę samochodów na drogach we Wrocławiu. Było mi bardzo ciężko i nie wiem, jak sobie poradzę od przyszłego poniedziałku z tymi dojazdami, naprawdę nie wiem....:/ Obawiam się, że żadne oddechy i mantry nie pomogą... U rodziców zajęłam się papierami, jeszcze drugie tyle czeka mnie jutro w domu. Wczoraj tata był w poradni tlenoterapii, a pani lekarka oburzona, że tyle papierów ma ze sobą i że ona ma to teraz czytać... Potraktowali go tam jak małe niegrzeczne dziecko... :/ Ja niestety nie mogłam tam być, bo czekanie na przyjęcie trwało ok. 4 godzin. Przykre to wszystko.... najlepiej jakbym się zwolniła i pomagała tacie w tym wszystkich. Do domu dojeżdżałam ok 20:00. Sznur samochodów ogromny! I to chyba wtedy pojawiła się w mojej głowie wizja małego domku, otoczonego lasem i pełnego ciszy i spokoju. Z niepokojem zauważam, że drażni mnie bardzo miejski hałas... Tę całą frustrację wylałam w domu na Rafała i Zuzię (jeszcze ten nowy egzamin w kwietniu!), a potem to już łzy same poszły. Łzy wściekłości. Nie wiem, czy to przez ten detox, czy przez zmęczenie, chorobę taty, korek i rozpoczynającą się szkołę. Wiem tylko, że to uczucia były bardzo intensywne.... Uspokoiłam się w gorącej kąpieli, a teraz to już same oczy mi się zamykają, więc czas spać!

czwartek, 30 sierpnia 2018


Dzień dobry, piękny i słoneczny! Witam Cię dniu z otwartym sercem i nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Dziś rozpoczęłam krótkie, 4-5-dniowe oczyszczanie z Ajurwedą. Zmiana pór roku jest na to najlepsza (oprócz jesień/zima). Trochę mi zajęły same przygotowania wczoraj (klarowanie masła, bo nie miałam gotowego) i dziś rano gotowanie obiadku na wynos, bo nie jestem w domu, choć jest to wskazane podczas oczyszczania, ale w pracy luzy, więc postanowiłam ugrać cztery a nie tylko dwa weekendowe dni. Z wrażenia chyba obudziłam się dzisiaj przed 3 rano, a potem z budzikiem Rafała o 5:30, więc jestem średnio wyspana, ale mam nadzieję, że jakoś przetrwam czas w pracy. Po porannym dobudzaniu się teraz jestem pełna ekscytacji i ciekawości, jak się będę czuła. Cieszę się, że jem i piję same lekkie i zdrowe rzeczy.

Oczyszczanie wg Ajurwedy ma na celu wzmocnienie systemu pozbywania się toksyn. Nie jest to głodówka per se, ale je się bardzo mało, choć wartościowo. Natłuszcza się od wewnątrz (masłem klarowanym) i od zewnątrz olejem i w cieple, żeby te toksyny miały ułatwione wyjście z organizmu. 
A więc: rano dwa rodzaje ziół wspomagające trawienie, metabolizm, pracę jelit i usunięcie toksyn, które jednocześnie odmładzają i po oczyszczeniu organizmu służą jako rasajany, czyli środki przedłużające życie/odmładzające i odżywiające. Wzięłam też takie, które wspomagają układ nerwowy.  Pół godziny po ziołach łyżka masła klarowanego, po jakimś czasie, jeśli się jest głodnym śniadanko, które dzisiaj składało się z czterech łyżek płatków orkiszowych z cynamonem, kardamonem i duszonym jabłkiem i gruszką. W międzyczasie można drobną przekąskę - u mnie są to migdały namoczone przez noc, bez skórki - nie zdążyłam już zrobić mleka migdałowego, więc same. Na obiad bardzo lekkostrawne i odżywcze kitcheri, czyli rozgotowany ryż basmati i fasolka mung bez skórki wraz z kminem i gorczycą i dzisiaj z marchewką na parze. Na kolację o 18:00 zielone liście (dzisiaj szpinak) z adżłanem (kminkiem koptyjskim) i zioła. W ciągu dnia trzy litry ciepłej wody i herbatek ziołowych. Koniecznie spacer, trochę jogi, domowa sauna z automasażem olejem sezamowym, medytacja, uzdrawiające mantry i dużo snu. 

W weekend zamierzam w końcu dać upust swojej kreatywności, bo za tym tęsknię i oczyszczanie jest na to idealnym czasem.

Trzymajcie za mnie kciuki!

wtorek, 28 sierpnia 2018

Jestem pod wielkim wrażeniem Allison Pearson i jej głównej bohaterki Kate, tego jak sobie radziła z wyzwaniami życiowymi i całej tej historii.... Uwielbiam ten czas po skończeniu fascynującej opowieści, kiedy ona wciąż we mnie żyje, kiedy o niej ciągle myślę, dosłownie "pławię się" w niej :). Z pracy wracałam trzema tramwajami przez półtorej godziny (bardzo doceniłam, że mam możliwość jeżdżenia tam samochodem) i gdyby nie ta książka, to byłoby ciężko... Tak się zaczytałam, tak mnie wciągnęła, a jednocześnie tak byłam zmęczona tym strasznym hałasem ulicznym, kiedy czekałam na opóźnione tramwaje, że nogi same skierowały mnie do parku z zamiarem dojścia do domu nie główną ulicą, lecz przez las. Szłam przez park z tą grubą książką w ręku i nie mogłam się od niej oderwać. Na szczęście pierwsza napotkana ławka była wolna i spędziłam na niej najbliższe 40 minut czytając z napięciem końcowe strony. Wszystko się na nich wydarzało, najważniejsze decyzje życiowe. Płakałam, bo to wszystko było wzruszające, bo przypominało mi to siebie, bo było takie ludzkie i też dlatego, że skończyło się happy endem, choć nic na to nie wskazywało. Śmiałam się również, bo kto jak kto, ale Allison Pearson jest mistrzynią ciętego języka i obserwacji, a jej bohaterka ciepłym człowiekiem z wielkim sercem i poczuciem humoru, wspaniałą matką i cudowną kobietą z wszystkimi ludzkimi słabościami i wyzwaniami. W problemach jej i jej rodziny można zobaczyć problemy wszystkich innych ludzi, utożsamić się z nimi i tak jak ona, jakoś sobie z nimi poradzić. Ta książka to chyba najlepszy poradnik dla kobiet przed menopauzą. Mało jest takich książek, a o tym temacie za dużo się nie mówi, mimo, że doświadcza tego połowa populacji. Ja już chyba też odczuwam pierwsze symptomy Perriego, czyli perimenopauzy: zapominalstwo, przemożną ochotę na sen po południu (choć to akurat może być efektem obecnej pełni w Rybach), budzenie się rano.... ;). Szkoda, że okładka tej książki sugeruje, że jest to bardzo lekka jednorazowa lektura, podczas gdy tak naprawdę pod przykrywką śmiania się z siebie i sytuacji, ironii i sarkazmu kryją się poważne i mądre spostrzeżenia na temat świata, życia, sytuacji kobiet szukających pracy w wieku około 50-letnim, nastolatków w czasach presji w social mediach, małżeństwa, starzenia się, doceniania tego, co się ma i odwagi do zmiany na lepsze/inne. Bardzo polecam tę książkę!!!

Gdy już skończyłam i zmarzłam, żwawym krokiem pomaszerowałam do domu przez las i wzięłam gorącą detoksykującą kąpiel. Doceniłam to, co mam, zatęskniłam za rodziną i zaczęłam wysyłać w świat prośby, żebyśmy nie zwariowali w nieuchronnie zbliżającym się nowym roku szkolnym. Żeby dziewczyny nie dały się stresowi, żeby się przez to nie rozchorowały i żeby mogły się wysypiać. Żeby ta szkoła nie bruździła w naszym prywatnym rodzinnym życiu i żebyśmy jakoś przetrwali do następnych wakacji. To jest moja intencja na następne dni i tygodnie. Myślę też o wszystkich bliskich i dalszych dookoła, którzy potrzebują dobrej energii, wsparcia i miłości - wysyłam Wam to wszystko :-).  

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Piękny dzisiaj był dzień, choć czytając w tramwaju fragmenty książki Allison Pearson "Gorzej być nie może" świetnie gorzko-słodko opisującej zmagania 50-latki z dorastającymi dziećmi, wycofanym mężem, starzejącymi się rodzicami, zaczynaniem nowej pracy wśród trzydziestolatków i swoją menopauzą, czyli ciałem płatającym jej ciągłe figle, trochę mi się zrobiło przykro i nakryła mnie bardzo szara ponura chmura... Pierwszą książkę tej autorki czytałam kiedy urodziła się Natalia i opisywała ona wtedy dokładnie stan w którym wtedy byłam mając pracę i małe dzieci, a teraz świetnie i z gorzkim humorem opisuje tzw. "wiek średni", który jest pełen wyzwań na rynku pracy, w domu i związanych ze swoim ciałem. Powieść jest świetnie napisana, a rzeczywistość przedstawiona z ironią, sarkazmem i bardzo trafnymi refleksjami I szkoda, że zbliżam się już do końca tych 500 stron. 

W podobnej tonacji był film, na który spontanicznie kupiłam bilety, dlatego, że byłyśmy z Natalką w mieście po pracy, i że to komedia, i angielska, a ja chciałam się pośmiać :-). Po mało przyjemnej wizycie u lekarza poszłyśmy do centrum coś zjeść i pogadać, a potem do kina. Film bardzo nam się podobał, szczególnie piękna angielszczyzna głównej bohaterki, dużo śmiechu, ale tematy poważne życiowe. Przesłanie było takie, że nigdy nie jest za późno na zmianę życia... 

Kocham moją rodzinkę! :-)


sobota, 25 sierpnia 2018



"Każdy dzień do nowy początek. Moja przyszłość jest jasna i dobra. Wierzę w życie"

Dostałam dzisiaj dar od życia w postaci pięknego dnia dla siebie :-). Helio, nasz brazylijski długoletni znajomy miał przylecieć do Wrocławia o 17:00, ale dopiero teraz jest w samolocie i będzie tu ok. północy. Od rana sprzątałam i gotowałam, a potem usiadłam sobie w pustym i pięknym mieszkanku i cieszyłam się tym porządkiem, spokojem i jasnością. Rafał pojechał wczesnym rankiem do swoich rodziców i Zuzi, Natalia wyszła na grilla wraz z noclegiem, a ja wiedząc już, że Helio przyjedzie później zabrałam się za lekturę "Oczyszczania z Ajurwedą", planując wstępnie króciutkie oczyszczanie na przyszły weekend. Sprawdziłam jakie produkty i przyprawy potrzebuję dokupić i z przyjemnością przeczytałam cały kurs. Mam go od dwóch lat, ale chyba dopiero teraz jestem gotowa się zorganizować i zrobić to oczyszczanie wg instrukcji. Jeżdżąc z tatą w tym tygodniu prawie codziennie po lekarzach dostałam "kopa" motywacyjnego do jeszcze większego zadbania o swoje zdrowie. Jakbym miała się tak męczyć jak tata na starość, to bardzo bym nie chciała żyć. Te wizyty u lekarzy, badania, choroba i zachowanie taty w piątek poskutkowały u mnie bardzo obniżonym nastrojem... Dziś rano spędziłam trochę czasu na różnych praktykach duchowych i ruchowych i moja energia się podniosła :). Nie jest łatwo....

Rano byłam opiekunką medyczną i szoferem, a po południu:
- w poniedziałek uziemiałam się na działce,
- we wtorek spędziłam miłe popołudnie z 24-letnią Lisi z Couchsurfingu (z Austrii), odebrałam ją z lotniska, zjadłyśmy razem pierogi, poszłyśmy na spacer do lasu i nie mogłyśmy się nagadać. Potem Zumba, a po Zumbie bardzo miłe rozmowy w trójkę i wspólne zdjęcie. Lisi studiuje grę na organach. Zaprasza nas z całego serca do domku letniskowego jej rodziny w Alpach, w Tyrolu. Co za cudowne spotkanie!
- w środę przeprowadziłam sesję coachingową z Viki, z którą widziałam się trzeci raz. Po drugim krótkim spotkaniu poprosiła mnie o rozmowę, gdyż "widzi we mnie człowieka z doświadczeniem i mądrością życiową, komu się udało to, czego by też chciała w swoim życiu". Bardzo mnie to poruszyło, poczułam się wyróżniona, ale i przestraszona, że nie będę w stanie jej pomóc. Gdy opowiadała mi o swoim życiu to jakbym widziała kopię siebie - to niesamowite - poznałyśmy się i rozmawiałyśmy krótko w samolocie w drodze na Kretę, potem pół godziny przed filmem, a Viki okazała się tak do mnie podobną! To chyba nie był przypadek! Po tym spotkaniu zaczęłam się zastanawiać na dobre nad kursem trenera rozwoju osobistego. Program bardzo mi się podoba, tylko czy znajdę na to siłę i czas? Może to moje przeznaczenie, moja dharma?
- w czwartek natomiast poszłam na kolację służbową z klientami Krishną, Kortikiem i Stephenem oraz kilkoma osobami z pracy. Znowu byłam w szoku, jak ludzie nie mogą się obyć bez wódki, nieważne, czy młodzi, czy starzy. Dobrze, że jestem dość "wiekowa" w tym towarzystwie, więc zbyt długo mnie nie namawiali do picia i nie musiałam się tłumaczyć. Przykre to. Nie smakuje mi alkohol i nie potrzebuję go, żeby się dobrze bawić. Coś co powinno być normą jest uważane za dziwne, a normą jest picie.
- w piątek zmęczenie i frustracja, zakupy i wizyta u rodziców. Na pocieszenie i podniesienie energii kupiłam piękne kolorowe gerbery i włączyłam pomarańczowe aromaty :-)
- w sobotę krótki spacer przez las - idzie już jesień....

"Creating and expanding your own inner light is a simple way of tending to your own energy field"
Dzisiaj nie spieszę się i przeżywam ten dzień w atmosferze zadziwienia i zachwytu, zwracając uwagę na bogactwo zawarte w każdej chwili.

Nie muszę się spieszyć, bo mogę osiągnąć wszystko, czego potrzebuję, działając powoli i spokojnie.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Po weekendzie w Toruniu nie mogę się na niczym za bardzo skupić...  Przydałby się jeszcze jeden dzień tamtejszej sielanki.... Nie podejrzewałam, że będzie mi tak tęskno... Do Beaty i Roba jeździmy w miarę regularnie raz w roku od ok. 7 lat i zawsze jest tak cudnie rodzinnie. To mogłoby być jakiekolwiek inne miasto, gdyż główną "atrakcją" tych wyjazdów są zawsze nasze spotkania i rozmowy oraz mnóstwo pysznego jedzenia w ich wyjątkowo przytulnym domu i idyllicznym ogrodzie :-). To jest taka oaza szczęścia, piękna, śmiechu i odpoczynku :). Przepięknie urządzone wnętrza z obrazami, wysmakowanymi drobiazgami z Afryki, Grecji, innych krajów i zaprzyjaźnionej pracowni ceramicznej, z mega-ciekawymi książkami, mnogością kwitnących storczyków, roślin, drzew, ziół i różnego rodzaju ptaków :-). I kochany, najukochańszy pies, który też "ćwiczył" ze mną jogę ;-)
Po każdej wizycie na toruńskiej Starówce, jakkolwiek by ona była interesująca, zawsze tęsknimy do spokoju ich miejsca...i do nich (szczególnie po wyjeździe:-).