czwartek, 11 maja 2017


Dwa dnia spędzone przez mnie w Warszawie na początku tego tygodnia wydają się już bardzo odległe! Tak to jest, jak człowiek skupia się na tu i teraz, a dodatkowo – jeśli dużo się dzieje w ciągu dnia :). Konferencja, na której byłam, miała bardzo znamienny dla naszych czasów tytuł: „Kiedy technologia spotyka człowieka”. W pierwszym dniu nasłuchałam się bardzo futurystycznych i fantastycznych scenariuszy, które już się dzieją. W wielkim skrócie: część obecnych zawodów zostanie wyparta przez automatyzację/roboty, w związku z czym będziemy krócej pracować (yuppi!), a żeby móc się utrzymać i płacić podatki, państwo będzie wypłacać swoim mieszkańcom co miesiąc tzw. „basic income”, czyli podstawową pensję. Dzieci urodzone po 2007 mają ponoć żyć do ponad setki, co oznacza, że będą o wiele dłużej pracować, niż my teraz. Sztuczna inteligencja, rozszerzona rzeczywistość, samo jeżdżące samochody, hololenses, urządzenia wkładane do ucha, które symultanicznie tłumaczą mowę w obcym języku, roboty, które diagnozują choroby lepiej niż lekarze (Watson) to już prawie codzienność. Internet będzie o wiele szybszy, niż teraz i będzie wszędzie (obecnie mniejszość mieszkańców kuli ziemskiej ma do niego dostęp). Ale…… im więcej technologii, tym większa potrzeba głębokich relacji i kontaktów z drugim człowiekiem. Pracodawcy i pracownicy wchodzą też na wyższy poziom świadomości, tzw. turkusowy, gdzie w centrum jest człowiek, jego dobrostan psychiczny i fizyczny i przede wszystkim zaufanie. Więc nie będzie tak źle!

Niesamowitym przeżyciem dla mnie było wystąpienie Jurka Owsiaka na koniec pierwszego dnia, który niezwykle barwnie opowiadał o samych początkach WOŚP, kiedy to podsłuchał rozmowę Alicji Resich-Modlińskiej z dwoma kardiochirurgami, że zepsuło im się płuco-serce i nie mogą przeprowadzać operacji. 25 lat, kiedy to się zaczęło, chęć przekazania swoich pieniędzy „nie wiadomo komu” była bardzo niska, gdyż nikt nikomu nie ufał. Opowiadał on o tym i jak to się dalej potoczyło tak pięknie, że na przemian lały się łzy i wybuchały śmiechy. Charyzma, ekstremalnie pozytywna energia i optymizm, a przy tym wielka skromność, wiara w innych i dawanie wsparcia. Jak dla mnie wielki człowiek i bohater. Wielokrotnie wspominał pracę zespołową, bez której to wszystko by się nie udało. Wizyta prezydentów Polski i Niemiec na festiwalu w Woodstock, podczas której głowy państw w wielkim tłumie i ścisku podawały ręce obecnej tam młodzieży, zrobiła chyba więcej dla pojednania, niż jakiekolwiek formalne umowy między tymi państwami.

"Life is good, life is food"

Dzięki temu wyjazdowi mogłam też pomieszkać chwilę z jedyną chyba Włoszką na świecie, która płynnie mówi po polsku i rosyjsku ;-). Bardzo miło było spotkać się znowu z „zią Stefanią”, czyli Stefą, którą poznaliśmy wiele lat temu przez Couchsurfing. Zjadłyśmy razem pyszną kolację w slow-food-owej restauracji „Lif” (od „leaf”), gdzie było bardzo zielono i przytulnie.


Po powrocie do Wrocławia, żeby dać umysłowi odpocząć od nawału technologicznych informacji poszliśmy na koncert Mirabai Ceiby. To był najdziwniejszy, najspokojniejszy, a jednocześnie bardzo energetyzujący koncert, na którym kiedykolwiek byłam. Spokój, ukojenie, miłość, uduchowienie – główni wykonawcy Angelica i Markus (prywatnie małżeństwo z trójką dzieci) skojarzyli mi się ze współczesnymi „hipisami”, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Śpiewają mantry w sanskrycie we własnej aranżacji i swoje utwory. Przedstawili piękną piosenkę, którą napisali dla swojej najstarszej córki, aby wyrazić ich miłość do niej. Na koniec, po wielokrotnych bisach, zaśpiewali utwór o radości związanej z przyjściem wiosny J

Dziś kupiłam piękne duże rośliny doniczkowe do biura! Jutro przesadzę je do większych zielonych donic i niech cieszą oko i duszę! Jeszcze tylko brakuje śpiewu ptaków... (o tym też mówili na konferencji)

niedziela, 7 maja 2017

This week's present moment reminder.

Właśnie skończyłam tłumaczenie, muszę jeszcze zrobić sobie coś do jedzenia (niemięsnego) i jedną rzecz do pracy, bo jutro wyjeżdżam na dwa dni do Warszawy na konferencję. Boję się, że nie zdążę z wszystkim. Jeszcze wizyta w szpitalu, Dominika będzie robić masaż tacie, pakowanie, ogarnięcie domu.... Ach, tylko oddechy mnie uratują! :) Jak dobrze, że Rafał zajmuje się "homeschoolingiem" dziewczyn i pomaga im w lekcjach :)
Wyszło przepyszne! Cykoria duszona na maśle klarowanym, z odrobiną świeżo wyciskanego soku jabłkowego i cytrynowego, z ryżem polanym odrobiną tahiny i to wszystko posypane ziołami. Polecam :) Cykoria klasyfikowana jest w Ajurwedzie jako smak gorzki, a gorzki smak osusza z zimowej wilgoci i śluzu, tonizuje i leczy! W moim wydaniu nie czuć goryczki, po przekrojeniu na pół trzeba wyciąć "serca" cykorii i będzie smaczna. Można na koniec posypać też startym parmezanem :) 

sobota, 6 maja 2017


Dziś zrobiłam sobie jednodniowy detoks na monodiecie – czyli cały dzień jadłam tylko…. indyjskie kitcheri. 
Znalezione obrazy dla zapytania Happy uroda
Zmotywowała mnie do tego autorka książki „Happy Uroda” Kasia Bem i jej przepis na kitcheri był wystarczająco dobry, żeby jeść tę potrawę przez cały dzień. Wcześniejsze, które robiłam, było zbyt mdłe i byłam w stanie zjeść je tylko raz. Kitcheri wspomaga metabolizm, podkręca ogień trawienny i cudnie pachnie, kiedy się je przyrządza. Podstawą jest ryż basmati i łuskana fasolka mung, którą najłatwiej kupić w sklepie internetowym Little India. Ryż i fasolkę (lub soczewicę) płucze się i potem moczy się przez 30 min. W międzyczasie rozpuszczamy masło ghee (polecam firmy „Palce lizać” od szczęśliwych bieszczadzkich krów), które samo w sobie tak cudownie pachnie, że chciałoby  się jej jeść palcami:-). Na rozgrzane masło wrzucamy przyprawy w nasionach: gorczycę, kolendrę, kminek, koper włoski. Potem plasterki imbiru i przyprawy w proszku: kurkumę, dużo garam masali, pieprz i sól. Gdy to się fajnie upraży dorzucamy warzywa pokrojone w kostkę lub słupki. Ja dzisiaj miałam marchewki, buraczki i cukinię (wcześniej robiłam z dynią i rodzynkami). Dusimy je chwilę w przyprawach, dodajemy ryż i fasolkę mung i zalewamy gorącą wodą, do trzech cm powyżej. Dusimy wszystko przez ok. 15 min, tak żeby ryż i fasolka były mięciutkie. Ta potrawa jest bardzo lekkostrawna, dlatego można ją jeść co dwie godziny. W międzyczasie piłam ziołowe herbatki, głównie z pokrzywy. 
                                                   Po wsypaniu ryżu i fasolki mung
                                                                         Gotowe!
Generalnie czułam się głodna i w pewnym momencie słaba, ale wcześniej byłam na jodze i na cudnym spacerze w lesie (z Zuzią, ptakami i motylami!), potem siedziałam na balkonie w słońcu i tak mnie to wszystko zmorzyło, że musiałam się położyć. Po wstaniu już było lepiej, zrobiłam sobie małe spa – kąpiel w soli i sodzie oczyszczonej (na pozbycie się toksyn przez skórę) z dodatkiem pachnącej soli, potem peeling, serum, maska, krem wraz z gimnastyką i rozgrzewającym masażem twarzy, również na podstawie książki Happy Uroda.  






                                                Do tego drzewa mocy się przytulałam!


Dzisiaj, 72 lata temu, niemiecka Festung Breslau skapitulowała i w Willi Colonii przy ul. Rapackiego na Krzykach generał Niehoff podpisał kapitulację w obecności generała Armii Radzieckiej Głuzdowskiego.

piątek, 5 maja 2017


Ten dzień zawsze kojarzy mi się z urodzinami mojej rosyjskiej koleżanki Kiry, którą poznałam ponad 20 lat temu w Anglii. Wtedy, oglądaliśmy też u niej i jej katalońskiego męża Eurowizję i wykonawców z naszych różnych krajów. Było bardzo rodzinnie i radośnie. W 2005 miałam szczęście odwiedzić ją w Nowosybirsku, a właściwie Miasteczku Akademickim, który jest jakby niezależnym miastem. Sama podróż jest tematem na osobną historię, ale najważniejsze jest, że nadal jesteśmy w kontakcie.

Miło było też zobaczyć piękne zdjęcie zjawiskowej Beci, która pojawiła się na FB. Oczywiście lepiej byłoby na żywo, ale zawsze to coś.

Po późnym przyjeździe do domu odkryłam jak jest cudnie ciepło. Resztką sił wybrałam się na spacer do lasu, którego zieloności i przestrzeni bardzo mi brakowało. Jak tyle wyszłam, odurzyły mnie cudowne zapachy ciepłego wiosennego, a nawet letniego wieczoru. Pachniało nieziemsko niebiańsko! Przeszłam najpierw przez łąkę i wzdłuż lasu i zachwyciłam się nieustającym głośnym ptasim koncertem pełnym niesamowitych różnorodnych dźwięków. W lesie zatrzymałam się i nagle przede mną przemknęły dwa prześliczne kolorowe dzięcioły goniąc się nawzajem z drzewa na drzewo. Spektakl trwał długa cudowną chwilę i w międzyczasie przyłączyły się dwa inne ptaki, jeden duży, drugi mały. Wgapiałam się w nie bez ruchu z szyją wyciągniętą do góry (dobry lifting!;-) i przy okazji wypatrzyłam bardzo ciemne chmury. Na szczęście udało mi się uciec do domu przed mocniejszym deszczem.

Po deszczu też cudownie pachniało, nawet jeszcze piękniej! Szłam powoli do szpitala upajając się tymi zapachami.… W końcu było ciepło!!!


środa, 3 maja 2017

Ostatnie dwa dni zawładnęła mną Księżna Daisy von Pless – angielka wydana za mąż za jednego z najbogatszych pruskich książąt, starszego o 12 lat właściciela zamku Książ i zamku w Pszczynie (Pless) – Hansa Heinricha XV von Hochberg. Jej historia fascynuje mnie od dawna, bo angielka; bo żyła w bardzo ciekawych czasach (1871-1943) i znała wszystkie wielkie rody w ówczesnej Europie (będąc skoligaconą z większością z nich) i przez swoje kontakty próbowała zapobiec pierwszej wojnie światowej; bo działała na rzecz lokalnej społeczności i była uwielbiana przez europejską Socjetę; bo jej życie naznaczone było również tragediami (m.in. śmierć pierwszego dziecka, ciężka choroba). Małżeństwo wesołej i kochającej życie angielki z poważnym Hansem, ściśle przestrzegającym sztywnej pruskiej etykiety, nie było szczęśliwe. Daisy wyznała mu przed ślubem, że go nie kocha, ale on nalegał mówiąc, że miłość przyjdzie później, a potem, przed rozwodem, zmusił ją do podpisania wyznania, że został zmuszony do poślubienia jej, pomimo, że jej nie kochał. Historia jej życia do czasu wojennego jest fascynująca, można ją czytać jak historię dziejów Europy, historię mody i biżuterii oraz historię pokrewieństw ówczesnych rodów arystokratycznych.
Znalezione obrazy dla zapytania siostry borkowy
Daisy i jej siostra miały niespożytą energię i nieustannie coś robiły, albo organizowały zabawy, bale, potańcówki, wieczorki, wyścigi, polowania, występy teatralne, koncerty – prawie wszystkie miały cel charytatywny, gdyż zawsze zbierały pieniądze na wszelkiego rodzaju stowarzyszenia pomocy biednym, albo były na nie zapraszane. Życie ówczesnej arystokracji, szczególnie brytyjskiej, było niesamowicie kolorowe i pełne przepychu, a pieniądze lały się strumieniami. Jednak los jak zwykle bywa przewrotny i z tego przepychu zostało obecnie niewiele, po tym jak wojny i zmieniające się ustroje pozbyły wielkie rody swojej pozycji, majątku, posiadłości i wpływów. 


Czytając o przedwojennym życiu Daisy, bardzo trudno uwierzyć w jej śmierć w samotności i biedzie w opuszczonej willi w Wałbrzychu, mając w pamięci wszystkich jej przyjaciół na całym świecie. Jej szczątki zostały zbeszczeszczone przez Armię Radziecką i w tajemnicy przeniesione na cmentarz ewangelicki w Wałbrzychu, który potem został zrównany z ziemią, gdyż wybudowano na nim często uczęszczaną drogę i osiedle domków jednorodzinnych. Poszukiwacze skarbów długo szukali tego miejsca, gdyż krążyły pogłoski, że Daisy pochowana została w swoim sześciometrowym naszyjniku z pereł (nie pojawił się on na żadnej aukcji po wojnie, ani w żadnym muzeum).  
Biografię Daisy i jej siostry Shelag („Siostry” Barbary Borkowy) zakupiłam na Festiwalu Kwiatów i Sztuki, który odbywał się na zamku Książ. Ku naszemu rozczarowaniu, zwiedzających było o wiele więcej niż kwiatów (liczyłam, że będą w każdym pomieszczeniu), na wejście czekaliśmy ponad godzinę, z wyjściem też było ciężko (bo kolejka wciąż stała), zwiedzanie odbywało się wśród tłumu ludzi, który płynął przez zamek szerokim strumieniem, przed wyjściem zatrzymywał się przy stoiskach sprzedających „szwarc, mydło i powidło” i wylewał na tarasy w kierunku grillowanej kiełbasy. Bardziej niż kwiaty interesowała nas wystawa „Książ od kuchni”, przedstawiająca zaledwie część zdjęć zrobionych przed nadwornego kucharza rodziny Hochbergów, które przed kilkoma miesiącami zostały przywiezione do Książa z Kanady przez Prezesa Fundacji Daisy von Pless. Otrzymał je on w darze od wnuczki kucharza, która za bardzo nie wiedziała co z nimi zrobić. Louis Hardouin (http://www.ksiaz.pl/news-8633-Louis_Hardouin_senior___kim_byl_autor_zdjec.php) fotografował codzienne sielankowe życie na zamku, pracę w kuchni i ogrodzie, zabawy dzieci, portrety rodziny swojej, Hochbergów i gości. Na zdjęciach niższej i wyższej służby naliczyłam około 13 kucharzy i prawie tyle samo pokojówek! Te zdjęcia stanowią ogromną historyczną wartość dla Książa i okolic.
Aby odpocząć od hałasu i tłumu pojechaliśmy „kurować się” do Szczawna-Zdrój, gdzie przeszliśmy się po pięknym parku zdrojowym do najstarszej zachowanej budowli Szczawna – Wieży Anny, wypiliśmy pyszną herbatę w Herbaciarni Teatralnej (zjadłam tam najpyszniejsze ciasto marchewkowe, podane ciekawie ze startą marchewką) i zachwycaliśmy się ogromnym budynkiem sanatorium, jak się potem okazało – byłym Grand Hotelem zbudowanym przez Hochbergów, którzy byli właścicielami Szczawna do 1934r. Daisy projektowała wnętrze tego niesamowitego budynku i wywalczyła większą liczbę sanitariatów na parterze, przy głównym, bardzo reprezentacyjnym, holu (w projekcie była przewidziana tylko jedna łazienka). Szczawno-Zdrój - cudowna pogoda, spokój, cisza, powolność…




Ciekawostką jest to, że według książki „Podziemia III Rzeszy, Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna-Zdroju” autorstwa Jerzego Rostkowskiego, całe Szczawno jest podziemną fabryką chemiczną, wybudowaną podczas wojny jako część sieci podziemnych tuneli i pomieszczeń, znanej jako kompleks Riese. Ponoć Hitler chciał tam ukryć najważniejsze zakłady przemysłowe Niemiec, a sam schronić się na Książu. Pod samym zamkiem i w jego okolicy znajduje się mnóstwo sztolni, korytarzy, chodników, tuneli, które są połączone ze Szczawnem i innymi częściami Riese.

Wracając zajechaliśmy jeszcze na chwilę do Wałbrzycha, aby zobaczyć smutną ruinę willi w parku przy ul. Moniuszki 43, w której swój barwny żywot zakończyła Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, z domu Cornwallis West, zwana Księżną Daisy. 






sobota, 29 kwietnia 2017

Znużeni ciągłym sprawdzaniem pogody w różnych rejonach Europy i Polski postanowiliśmy jednak nigdzie nie wyjeżdżać. Nie była to łatwa decyzja i po głowie kołatały mi się myśli typu: „Coraz mniej czasu na zwiedzania świata, tyle dni wolnych, a my siedzimy w domu”, „Wszyscy wyjeżdżają (o czym świadczyły korki w Leśnicy)”, „Piękna pogoda dzisiaj, tak ciepło w słońcu, a my w domu”, „Muszę się wyrwać z domu i ze szpitala, bo zwariuję”. Ach ta moja Vata nie daje mi spokoju! Vata uwielbia podróże, ale one ją jednocześnie wytrącają z równowagi. Wiem doskonale, że najbardziej potrzebuję odpoczynku, a tego w podróży nie doświadczę, pomimo tego, że preferuję aktywny odpoczynek. Poza tym, Zuzia znowu kaszle i jak opuści następne lekcje to marnie będzie z ocenami na koniec roku, a zmienia szkołę, Natalka też ma dużo nauki, a tata bardzo chce, żebym przychodziła. W odpowiedzi na moje dylematy i smutki przeczytałam w tym temacie świetny artykuł, jakby wprost dla mnie. Więc zamierzam być, wyłączyć pilota i nie robić nic, oprócz czystych przyjemności J

A wieczorem jeszcze taki piękny tekst.


W międzyczasie porozciągałam ciało na jodze, poczytałam sobie trochę, delektowałam się pyszną zupą z soczewicy, herbatką, i angielskimi ciastkami maślanymi shortbread i obejrzałam z mężem film „Porto” o  znajomości dwojga różnych ludzi, którzy poznali się i zakochali  w sobie właśnie w tym cudownym miejscu. Film momentami wygląda, jakby był filmowany amatorską kamerą, grube ziarno, zbliżenia… Jim Jarmush jest głównym producentem i film jest trochę jak jego. W Porto byłam trzy razy i przeżyłam tam najpiękniejszy zachód słońca ever, idąc wzdłuż rzeki Douro do Atlantyku.  

wtorek, 25 kwietnia 2017

Jakoś tak robi mi się smutno... Zuzia znowu kaszle, tata dostał zakażania układu moczowego, choć lekarka twierdzi, że generalnie jest lepiej. Chyba z tego zmęczenia jest mi smutno. Tęsknię za życiem, energią, szaleństwem, przygodą, tańcem!

W pracy miałam rozmowę z fajnym człowiekiem - kandydatem do pracy u nas, który w swoim życiu robił wiele ciekawych rzeczy i jeszcze ciekawiej o nich opowiadał. Taki trochę podobny z charakteru do mnie, myślałam nawet, że podobny wiekowo, bo tyle miał doświadczeń życiowych, a tu się okazało że to 26-latek;-).

Po pracy spędziłam miły (choć długi) czas u fryzjerki Magdy, gdzie spotkałam Kingę (z jej siostrą chodziłam do liceum i studiowałam). Miałam iść do fryzjera później, ale już nie mogłam na siebie patrzeć. Dostałam jakiś super szampon od bratowej i po zużyciu całej butelki mam wrażenie, że zamiast zwiększenia ilości moich włosów, większość mi wypadła, a to co zostało znacznie zmniejszyło swoją objętość... 

W mailach, które dziś dostałam zobaczyłam takie cudo, akurat dla mnie!:-). Dużo czasu spędzam na praniu i wieszaniu i kiedyś postanowiłam, że zamiast narzekać, że "tracę" na to tyle życia, postanowiłam to polubić i skupiać się na tym w pełni:-)

Dziś też znalazłam czas, aby posłuchać Oprah Winfrey bardzo ciekawie mówiącej o uważności, koncentrowaniu się tylko na właśnie wykonywanej czynności i ćwiczeniu dyscypliny w pełnym byciu tu i teraz, co nie jest łatwe mając smartfon praktycznie ciągle przyklejony do ręki.  

Zaczęłam czytać "Nową Ziemię" Eckharta Tolle, którą czyta się bardzo łatwo! Nowa Ziemia, pełna miłości i pokoju - będzie wtedy, kiedy ludzie wzniosą się na wyższy poziom świadomości i wyzwolą spod wpływu swojego rozdmuchanego ego. W książce "Pracować inaczej" też jest o tym wyższym poziomie świadomości. Tylko, że najpierw trzeba się przebudzić.

"Nieważne, jaki mam problem, doskonałe rozwiązanie istnieje w Umyśle Boga. Moim zadaniem jest nie obciążanie się pytaniem, ale otwarcie się na odpowiedź. Martwiąc się, tylko opóźniam odpowiedź, okazuję brak wiary w jej istnienie. Dziś będę spokojna, wiedząc, że każda odpowiedź, każde uzdrowienie i każde rozwiązanie są w drodze.

Wszechświat sam się koryguje, a ja jestem dzieckiem wszechświata. Cuda zdarzają się w odpowiedzi na każdy problem, ale przywołują je moja wiara i współczucie. Niech mój umysł przewodzi miłość i wiarę w to, że moje problemy zostaną rozwiązane."
                                                                        /Marianne Williamson/