sobota, 25 sierpnia 2018



"Każdy dzień do nowy początek. Moja przyszłość jest jasna i dobra. Wierzę w życie"

Dostałam dzisiaj dar od życia w postaci pięknego dnia dla siebie :-). Helio, nasz brazylijski długoletni znajomy miał przylecieć do Wrocławia o 17:00, ale dopiero teraz jest w samolocie i będzie tu ok. północy. Od rana sprzątałam i gotowałam, a potem usiadłam sobie w pustym i pięknym mieszkanku i cieszyłam się tym porządkiem, spokojem i jasnością. Rafał pojechał wczesnym rankiem do swoich rodziców i Zuzi, Natalia wyszła na grilla wraz z noclegiem, a ja wiedząc już, że Helio przyjedzie później zabrałam się za lekturę "Oczyszczania z Ajurwedą", planując wstępnie króciutkie oczyszczanie na przyszły weekend. Sprawdziłam jakie produkty i przyprawy potrzebuję dokupić i z przyjemnością przeczytałam cały kurs. Mam go od dwóch lat, ale chyba dopiero teraz jestem gotowa się zorganizować i zrobić to oczyszczanie wg instrukcji. Jeżdżąc z tatą w tym tygodniu prawie codziennie po lekarzach dostałam "kopa" motywacyjnego do jeszcze większego zadbania o swoje zdrowie. Jakbym miała się tak męczyć jak tata na starość, to bardzo bym nie chciała żyć. Te wizyty u lekarzy, badania, choroba i zachowanie taty w piątek poskutkowały u mnie bardzo obniżonym nastrojem... Dziś rano spędziłam trochę czasu na różnych praktykach duchowych i ruchowych i moja energia się podniosła :). Nie jest łatwo....

Rano byłam opiekunką medyczną i szoferem, a po południu:
- w poniedziałek uziemiałam się na działce,
- we wtorek spędziłam miłe popołudnie z 24-letnią Lisi z Couchsurfingu (z Austrii), odebrałam ją z lotniska, zjadłyśmy razem pierogi, poszłyśmy na spacer do lasu i nie mogłyśmy się nagadać. Potem Zumba, a po Zumbie bardzo miłe rozmowy w trójkę i wspólne zdjęcie. Lisi studiuje grę na organach. Zaprasza nas z całego serca do domku letniskowego jej rodziny w Alpach, w Tyrolu. Co za cudowne spotkanie!
- w środę przeprowadziłam sesję coachingową z Viki, z którą widziałam się trzeci raz. Po drugim krótkim spotkaniu poprosiła mnie o rozmowę, gdyż "widzi we mnie człowieka z doświadczeniem i mądrością życiową, komu się udało to, czego by też chciała w swoim życiu". Bardzo mnie to poruszyło, poczułam się wyróżniona, ale i przestraszona, że nie będę w stanie jej pomóc. Gdy opowiadała mi o swoim życiu to jakbym widziała kopię siebie - to niesamowite - poznałyśmy się i rozmawiałyśmy krótko w samolocie w drodze na Kretę, potem pół godziny przed filmem, a Viki okazała się tak do mnie podobną! To chyba nie był przypadek! Po tym spotkaniu zaczęłam się zastanawiać na dobre nad kursem trenera rozwoju osobistego. Program bardzo mi się podoba, tylko czy znajdę na to siłę i czas? Może to moje przeznaczenie, moja dharma?
- w czwartek natomiast poszłam na kolację służbową z klientami Krishną, Kortikiem i Stephenem oraz kilkoma osobami z pracy. Znowu byłam w szoku, jak ludzie nie mogą się obyć bez wódki, nieważne, czy młodzi, czy starzy. Dobrze, że jestem dość "wiekowa" w tym towarzystwie, więc zbyt długo mnie nie namawiali do picia i nie musiałam się tłumaczyć. Przykre to. Nie smakuje mi alkohol i nie potrzebuję go, żeby się dobrze bawić. Coś co powinno być normą jest uważane za dziwne, a normą jest picie.
- w piątek zmęczenie i frustracja, zakupy i wizyta u rodziców. Na pocieszenie i podniesienie energii kupiłam piękne kolorowe gerbery i włączyłam pomarańczowe aromaty :-)
- w sobotę krótki spacer przez las - idzie już jesień....

"Creating and expanding your own inner light is a simple way of tending to your own energy field"
Dzisiaj nie spieszę się i przeżywam ten dzień w atmosferze zadziwienia i zachwytu, zwracając uwagę na bogactwo zawarte w każdej chwili.

Nie muszę się spieszyć, bo mogę osiągnąć wszystko, czego potrzebuję, działając powoli i spokojnie.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Po weekendzie w Toruniu nie mogę się na niczym za bardzo skupić...  Przydałby się jeszcze jeden dzień tamtejszej sielanki.... Nie podejrzewałam, że będzie mi tak tęskno... Do Beaty i Roba jeździmy w miarę regularnie raz w roku od ok. 7 lat i zawsze jest tak cudnie rodzinnie. To mogłoby być jakiekolwiek inne miasto, gdyż główną "atrakcją" tych wyjazdów są zawsze nasze spotkania i rozmowy oraz mnóstwo pysznego jedzenia w ich wyjątkowo przytulnym domu i idyllicznym ogrodzie :-). To jest taka oaza szczęścia, piękna, śmiechu i odpoczynku :). Przepięknie urządzone wnętrza z obrazami, wysmakowanymi drobiazgami z Afryki, Grecji, innych krajów i zaprzyjaźnionej pracowni ceramicznej, z mega-ciekawymi książkami, mnogością kwitnących storczyków, roślin, drzew, ziół i różnego rodzaju ptaków :-). I kochany, najukochańszy pies, który też "ćwiczył" ze mną jogę ;-)
Po każdej wizycie na toruńskiej Starówce, jakkolwiek by ona była interesująca, zawsze tęsknimy do spokoju ich miejsca...i do nich (szczególnie po wyjeździe:-).




czwartek, 16 sierpnia 2018

Skończyłam pisać podsumowanie wyprawy do Anglii i Irlandii w jednym wielki skrócie. Wstawiłam z datą powrotu, czyli 11.07 (jeszcze bez zdjęć). 

Po powrocie z pracy dostałam zastrzyk energii, którą spożytkowałam na prasowanie i rozmowy z Natalią, wracającą z Warszawy. Muszę uważać co sobie wyobrażam i co myślę, bo zaczyna się to spełniać. Natalia samodzielnie przemierzała Warszawę wzdłuż i wszerz chodząc średnio 15km dziennie, mieszkała sama u naszych znajomych, wracał późno do domu..., więc nie wiem czemu wczoraj przed zaśnięciem miałam wizję, że nie wsiada do pociągu, którym miała jechać do Wrocławia. Rano kontakt, sprawdziłam, czy wstała na czas, potem telefony w związku z zostawieniem klucza (nie było umówionych sąsiadek), 20 min wcześniej na peronie.... I nie wsiadła. Pociąg odjechał z peronu obok na jej oczach.... Na szczęście za dwie godziny był następny :).

Myślałam o Magdzie, której dawno nie widziałam, a przypomniała mi się w poniedziałek podczas rozmowy z Gosią i  parę dni wcześniej. Dziś rano, nagle na messengerze wyskakuje wiadomość od Magdy - jest w potrzebie. Nikt mi nie powie, że to tylko zbieg okoliczności....;-)

środa, 15 sierpnia 2018


Przyciąganie działa – nawet sam tata był bardzo mile zdziwiony, kiedy po krótkiej chwili czekania w poczekalni pojawił się lekarz, który na samym początku się tym zajmował i poprosił go bez kolejki do gabinetu zabiegowego. Ten lekarz to nota bene ojciec mojego byłego ucznia, ale on o tym nie wie, nie mówiłam mu. Za to z matką zawsze miałam dobre stosunki ;). Wszystko wraca…dobre i złe… W desperacji i po kilku telefonach do różnych lekarzy i szpitali oświeciło mnie, żeby właśnie do niego zadzwonić i następnego dnia było już po wszystkim J. 

Na tej fali przyciągnęłam też darmowe jedzenie na festiwalu Impartu i Gastronocek, gdzie można było potańczyć swinga, i pakiet VIP do kina letniego na dachy Renomy. To było pierwsze miejsce wśród 25 innych wypowiedzi na temat: „Gdzie najchętniej wypoczywasz na łonie natury we Wrocławiu?” Napisałam o moim kochanym Lesie Mokrzańskim. Pakiet obejmował 4 miejsca w pierwszym rzędzie, przepyszne soki, kocyki i bony na zakupy i do restauracji o łącznej wartości 400zł. W sobotę od 9:00 do 17:00 z małymi przerwami szorowałam całe mieszkanie (nawet Ajurweda zaleca czystość i porządek, gdyż zagracenie i zbyt dużo przedmiotów nasila ociężałość umysłową;), aby wieczorem na festiwalu „Balety” koło Impartu spotkać się z Borą – cudownym couchsurferem autostopowiczem z Turcji. W piątek napisał, czy może przyjechać z koleżanką w niedzielę, a potem się okazało, że koleżanka musiała wracać, a on przyjechał już w sobotę (z Pragi). Następny dobry człowiek na tej ziemi, następny dowód na łamanie stereotypów i budowanie mostów ponad uprzedzeniami. Śmialiśmy się, że to nasz 23-letni turecki synek, choć bardziej czuliśmy się jego rodzeństwem. Niesamowicie „grzeczny” i kulturalny chłopak, z poczuciem humoru i bardzo rodzinny. Na dachu Renomy obejrzeliśmy razem dość specyficzny film „Imagine” z panoramą Wrocławia w tle J. Była z nami też Viktoria, którą poznałam w samolocie do Krety, a która akurat odezwała się dzień przed. 
W niedzielę planowaliśmy pojeździć rowerami w okolicach Obornik Śl., ale z braku sił i czasu (wizyta u rodziców) pojechaliśmy tam samochodem spontanicznie odwiedzając po drodze przepiękny Pałac Brzeźno oraz naszych wspaniałych przyjaciół w jednej z okolicznych sielskich wsi. Danusia ma serce na dłoni i jest aniołem w postaci ludzkiej. Dostaliśmy jajka, pomidory i ogórki i pojechaliśmy na 21:30 do fontanny, aby pokazać Borze przepiękny pokaz światło i dźwięk „Mikro i Makrokosmos”. Rano w poniedziałek zrobił nam przepyszne tureckie śniadanie Menemen, intensywnie pachnące i smakujące duszone pomidory i cebulka z jakiem. Zawsze jestem zadziwiona swoimi uczuciami, kiedy żegnam się z naszymi gośćmi podróżnikami, których tak krótko, ale bardzo intensywnie znałam. Jest smutno. Nabraliśmy apetytu na długą wyprawę po Turcji: Istambuł, Izmir, Kapadocja, Pamukkale, Adana – gdzie mieszka Bora i jego rodzina.
W poniedziałek po jodze spotkałam się z Gosią, z którą spotykamy się rzadko, przeważnie w wakacje, kiedy nie ma dzieci i szkoły, a znamy już 20 lat. To niesamowite, że po tylu latach rozmawia nam się i rozumiemy się tak dobrze. Dziękuję Gosiu :-*

Fajnie jest czuć się jak na wakacjach, wyskoczyć wieczorem na sałatkę do Nadodrza i spotkać się w mieście, z tymi, którzy też tam akurat są :-). Dziękuję Marta z rodzinką :-*
Dziś zrobiłam sobie totalny chillout, choć w głowie słyszałam głos namawiający do jakiejś konkretnej aktywności, bo wolny dzień, bo ciepło, bo lato, etc. Chciałam spać, do momentu kiedy sama się obudzę, a nie przez budzik. Taki mały luksus. Obudziłam się już po 6-tej dzięki gruchaniu okolicznych gołębi… Potem kotłowałam się, zasypiałam i śniłam dziwne filmy, które śnią mi się ostatnio zawsze, kiedy za długo śpię. Potem zagłębiłam się na chwilę  w „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk, aby po brunchu zanurzyć się w psychologię ajurwedyjską. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że wiem o sobie jeszcze mniej, niż myślałam i że już nie wiem jaką jestem doszą na poziomie umysłu, bo wychodzą mi trzy po równo, a takie coś praktycznie nie występuje. Mogę być też Vatą ze stłumioną Pittą, albo „przegrzaną” Pittą z wytrąconą z równowagi Vatą. Tak czy siak, jest to bardzo fascynujące, szczególnie związek niewyrażonych, nieprzerobionych emocji z dolegliwościami cielesnymi. Fascynujący jest też wpływ konstytucji rodziców w dniu poczęcia dziecka i wszelkie wydarzenia w dzieciństwie.

„Tak, czuję się zagubiona.
Tak, jest mi z tym źle.
Tak, obawiam się tego.

Zamiast wtłaczać te emocje w ciało, gdzie zaczną generować dolegliwości - przeżyj, uznaj, przyjmij. Wtedy zyskujesz możliwość płynięcia z ruchem, zmiany stanu i być może przejścia w stronę sattwy (dobrostanu). Kiedy sattwa sprzyja harmonii i kreatywności, do głowy przychodzą dobre pomysły na rozwiązanie tej sytuacji”.

„To co jest niewyrażone, nie znika. Emocje są, żyją w ciele i powodują tam problemy.”
„Wielką nauką dla Pitty jest sztuka odpoczywania na bieżąco. Nie wtedy kiedy baterie wysiądą i Pitta pada, tylko na bieżąco, nawet jeśli nie czuje się zmęczona, robienie sobie przerwy nawet na pięć minut.” Itd…

Bardzo ciekawe jest to, że jak nie akceptujemy rodziców, to nie akceptujemy ich części w sobie, czyli nie akceptujemy siebie.



środa, 8 sierpnia 2018


Dziś też chciałam poćwiczyć jogę, po pracy, w parku, ale po prostu nie miałam siły… Zapragnęłam zatopić się w lekturze zapominając o czasie i wszystkim dookoła. W czasie roku szkolnego jest to niemożliwe ;). Jakoś ciągnęło mnie do skryptów z kursu o psychologii ajurwedyjskiej, które leżą już u mnie od dawna, nieprzeczytane. Chyba zainspirowałam się rozmową z kolegą, podczas naszego podróżniczego zlotu, gdzie prawie każdy prowadził jakieś zajęcia, a ja z Ajurwedy, który chciał mieć indywidualną konsultację, ale nie na temat swojej konstytucji ciała i diety, tylko chciał porozmawiać o wnętrzu. Tego na kursie stacjonarnym mieliśmy najmniej i oczywiście czułam wielki niedosyt z tego powodu, ale porozmawiałam z nim na tyle ile mogłam… Teraz, po lekturze pierwszych rozdziałów widzę, że zrobiłam to dość amatorsko… No nic, za rok, jak się ponownie spotkamy, zrobię to już o wiele lepiej ;-). Mądrość Ajurwedy mówi, że najważniejsze jest, żeby siebie zrozumieć i zaakceptować – to jest pierwszy krok do wyzdrowienia – takie zdanie przewijało się wielokrotnie w tych materiałach, które czytałam. Tak, Ajurweda pomogła mi zrozumieć swoją osobowość, kontrasty (zaprzeczenia, dwoistość), mocne i słabe strony. Zauważyłam też, że obecnie mam o wiele więcej mojej Vaty umysłowej w stanie satvy, czyli krótko mówiąc – w stanie błogości, dobrostanu, niż kiedykolwiek dawniej. I zauważam tyle „niedobrej” Vaty u innych i w otoczeniu, i czasami jest to bardzo męczące. Wracając ze zlotu podróżujących rodzin zatrzymaliśmy się u teściów – i zauważyłam, że u teściowej ta Vata w stanie rajasu, czyli nadmiernego pobudzenia, itp. aż się wylewa…. Zauważam to też u innych – ludzie karmią się głupimi i złymi zachowaniami innych i nie mogą tego zaakceptować, nie mogą się z tym pogodzić, nie potrafią wybaczyć…Boże, jak ja kiedyś chciałam wszystko zmieniać, a siebie chyba najbardziej, i trudno mi było cokolwiek zaakceptować… Szkoda mi tych osób, gdyż bardzo się spalają na gonitwie myśli, obwinianiu, dociekaniu…
Ostatni weekend był równie męczący jak pozostałe w podróży (podnosi Vatę), ale pełny pozytywnej energii i wiary w ludzi. Te nasze spotkania rodzinne, wywodzące się z Couchsurfingu trwają już tak długo i są niesamowite. Do tej pory było już 10, my byliśmy na czterech. Spotykamy się tylko raz w roku, czasami częściej, ale rzadko. I te dwa dni spędzamy cały czas razem uczestnicząc w różnych aktywnościach, podczas których jesteśmy bardzo zgrani, zorganizowani, życzliwi, kochani, uśmiechnięci, itp…. Jest to cudowne!!! Dzieci mają raj, nie dość, że się  razem bawią od rana do nocy, to jeszcze mają mnóstwo frajdy podczas różnych zajęć prowadzonych przez nas dla nich. Mamy też zajęcia dla dorosłych: jogę, badminton, siatkę i inne sporty, jogę (gimnastykę) twarzy, Ajurwedę, klub czytelniczy, gry integracyjne, opowieści o podróżach…W tym roku była cudowna przejażdżka rowerem po Roztoczańskim Parku Narodowym, bieg na orientację w pobliskich lasach, kajaki, kąpiel w jeziorze… Była Agnes i Uldis z maleństwem i starszymi dziećmi oraz psem – daliśmy im jeden pokój w domku ze względu na małą Alise (większość była w namiotach, bo nie było już wolnych domków). Mogliśmy w ten sposób chociaż trochę odwzajemnić ich gościnność w Rydze dwa lata temu, kiedy dali nam swoje mieszkanie, sami wtedy podróżując, co było czymś naprawdę wyjątkowym i niezapomnianym. Znowu Renia z Denisem dali Natalii klucze do swojego mieszkania w Warszawie, kiedy będzie tam na koncercie w przyszły weekend. Nigdy nie przestanę się zachwycać dobrem i życzliwością ludzką, której doświadczam na całym świecie podróżując. Ludzie są dobrzy, pomocni i bezinteresowni. Otwierają swoje serca i swoje domy dla obcych. Jak słyszę jacy to źli mogą być ludzie, szczególnie o innym kolorze skóry, z ust ludzi w Polsce, którzy nigdy nie wyjechali dalej niż za swój dom, to „otwiera mi się nóż w kieszeni”. My od dziesięciu lat doświadczamy samych dobrych rzeczy i za nie wszystkie jestem ogromnie wdzięczna!!! Sprawdza się tu świetnie powiedzenie, że to co się daje, wraca.

Jestem też wdzięczna za naszych przyjaciół z rodzinnego miasta Rafała, których znamy już ponad 20 lat i zawsze kiedy się spotykamy nie możemy się nagadać. Teraz zorganizowali nam cudne spotkanie w stadninie, dziewczyny pojeździły, a ja poprzytulałam się do koni, które były stajni. Cudowne, piękne, ufne i o mięciutkiej sierści ;). Konie bardzo wyczuwają energię i rozpoznają nastroje ludzi. Potem podjechaliśmy do nowej przytulnej kawiarni, gdzie kontynuowaliśmy nasze rozmowy.


Nie miałam kiedy pisać, wczoraj po pracy wizyta u rodziców, potem podlewanie na działce i znowu w domu późno, a wcześniej w tamtym tygodniu – wyjazd już w czwartek, pakowanie się, tata… Jutro idzie do szpitala zdiagnozować coś, co mu wyrosło w miejscu rany, chyba ropień – będę wysyłać dobre intencje i myśli w tej sprawie i przyciągać mentalnie pomyślne rozwiązanie tej sprawy, i o to Was też proszę…

poniedziałek, 30 lipca 2018


To niesamowite ile energii można mieć po niecałej godzinie ćwiczeń! Rano postanowiłam iść po pracy na jogę Dominiki na 18:00. Po pracy, jak tylko wsiadłam do samochodu to ogarnęła mnie senność i mój umysł zaczął robić wszystko, żeby znaleźć jakiś powód, żeby nie iść na ćwiczenia. Na dokładkę przejechałam z pracy bardzo szybko (było niewiarygodnie pusto na drogach) i trochę szkoda było mi czekania. Ale jednak poszłam. Było kameralnie. Ćwiczyłyśmy rozciąganie i wzmacnianie bioder, ud, pośladków - w zasadzie prawie wszystkie ćwiczenia mogłyby być wykonywane na zwykłych zajęciach fitnesu. Nie był flow vinyasy, ale mięśnie od pasa w dół się pięknie porozciągały. W domu wypakowałam walizki, posprzątałam, zjadłam, włączyłam najnowszą płytę Florence i potańczyłam do bardziej dynamicznych piosenek. Miałam chwilę dla siebie, bo chata była wolna ;-). W końcu poszłam biegać, żeby się przewietrzyć i podelektować przyjemnie ciepłym, ale świeżym powietrzem i wykorzystać tę energię. Już dawno nie biegało mi się tak wspaniale, praktycznie bez wysiłku i mogłabym tak jeszcze bardzo długo, gdyby nie to, że zrobiło się całkiem ciemno.... Przypomniało mi się, co pisała Agnieszka Maciąg w swojej najnowszej książce - kiedy najmniej chce Ci się ćwiczyć, wtedy tego najbardziej potrzebujesz!


Trochę jogi i medytacji poćwiczyłam też w sobotę i niedzielę rano w "moim" niemieckim domu, tzn. w cudownym ogrodzie, gdzie cudowną ciszę przerywały tylko śpiewy i nawoływania ptaków i co jakiś czas wiała cudowna orzeźwiająca bryza. Gdybym miała ogród robiłabym to w każdy ciepły wieczór. Pojechaliśmy tam po Natalię, która w ciągu dwóch tygodni poznałam tyle niemieckich koleżanek, ile ja nigdy w ciągu całego życia! ;-). Wiem, że się powtórzę, ale tak się łamie stereotypy między narodami, tak się edukuje młodzież, żeby potem nie miała uprzedzeń do innych! Jestem tak bardzo wdzięczna za to jej niezapomniane doświadczenie i że wszystko tak cudnie się udało!!! Dziękuję szczególnie jej koleżankom opiekunkom Nele i Celine (z dwóch różnych szkół) i naszym niemieckim przyjaciołom - niech wszechświat im wszystkim sprzyja! :-) 
W czwartek jeszcze udało mi się spotkać z moimi dawno niewidzianymi kuzynkami - siedziałyśmy w parku przez cztery godziny i rozmawiałyśmy o wielu różnych rzeczach. Bardzo się cieszę z tego spotkania :-). Potem pojechałam do taty i już mi nie było tak wesoło, kiedy go zobaczyłam zrezygnowanego i bez sił. W piątek rano szczególne uzdrawiające modlitwy i mantry, Reiki, otaczanie go jasnozielonym i złotym światłem. Potem telefon do poradni nefrologicznej, długie oczekiwanie i zdziwienie pani rejestratorki, że chcę tatę zarejestrować w trybie w miarę pilnym - zalecenie po hospitalizacji, kiedy to pierwsze wolne miejsce jest dopiero w przyszłym roku! Zachowałam spokój i nie traciłam nadziei. Pani sama mówi, że jeszcze sprawdzi w systemie i za chwilę krzyczy: "Nie uwierzy Pani!", a ja już wiedziałam, że jest miejsce! I to na poniedziałek (dzisiaj), bo ktoś akurat zrezygnował. No tak, ale trzeba mieć skierowanie (jakby nie mogło być wszystko elektronicznie w centralnej ewidencji!), ale lekarka rodziców i cała przychodnia na urlopie. Przypomniało mi się, że na ostatnim wypisie był telefon do jednego z lekarzy prowadzących, o który poprosił tata. Bez wahania i wierząc, że się uda zadzwoniłam Cudowny lekarz anioł odebrał od razu i pomimo, że nie był pewien, czy nie będzie jakiś negatywnych konsekwencji od razu potwierdził, że to zrobi, jeśli tak może pomóc. Coś pięknego - po pół roku kontaktu z lekarzami z Fieldorfa nadal nie wierzę, że lekarze z kardiologii na Weigla są tak naturalnie mili i pomocni. Dziękowałam, że mam niedaleko do tego szpitala. Z tego wszystkiego zapomniałam, że przecież nie mam samochodu, bo Rafał mnie rano podwiózł i sam wziął samochód. Wyleciałam na upał, za pół godziny muszę wrócić, komunikacja miejska daleko... i co tu robić? Oświeciło mnie, że jest Uber i pomimo, że to daleko od centrum jeden samochód był bardzo blisko! Nie wierzyłam w to. W drodze powrotnej było podobnie. Cały wszechświat mi sprzyjał, kiedy jasno określiłam intencję i w tej sprawie kierowałam swoją uwagę!
Apropos intencji i uwagi oraz przyciągania tego, co chcemy polecam 21-dniową medytację z Deepakiem Choprą - ajurwedyjskim lekarzem i naukowcem oraz Oprah Winfrey - to o czym mówią zawsze przywraca człowiek do pionu i nastawia pozytywnie :-). Energy of attraction - tylko po angielsku.

Księżyc był czerwono-pomarańczowy również w niedzielę wieczorem. Był ogromny i wyglądał oszałamiająco (zdjęcie bardzo oddala). W piątek długo go wypatrywaliśmy z samochodu na autostradzie, aż nagle się pojawił! Był daleko, ale czerwony! Pełnia pełna znaczenia :-)