sobota, 28 stycznia 2017

Ten moment, kiedy budzisz się i nie masz jeszcze natłoku myśli w głowie – uwielbiam to uczucie! Pusty umysł i czyste istnienie. Ale za chwilę wraca wszystko, z czym kładłaś się do łóżka poprzedniego wieczoru. Do mnie wróciła szkoła, dyrektorka, Zuzia i jej przejście do nowej szkoły. Pod prysznicem układałam sobie w głowie, co napiszę dyrektorce, żeby nie myślała, że tak łatwo jej się udało wszystkich omamić. Pod prysznicem przychodzą do mnie najlepsze pomysły;-). Przelałam to potem na papier (tzn. email), wyrzuciłam cały żal, smutek i rozczarowanie jej osobą i jej decyzją, po napisaniu tego odeszłam od biurka do drugiego pokoju i skupiłam się na obiedzie – i za chwilę zrobiło mi się psychicznie lepiej. Bardzo wyraźnie poczułam dystans, tak jakbym uniosła się ponad te wszystkie machlojki, i to, że nie ma sensu dalej walczyć, że nie da się już niczego zmienić. Nie raz czytałam o tym, że w podobnych sytuacjach dobrze jest napisać list, wyrzucić z siebie wszystko i… go nie wysyłać. Mogłabym go wysłać i może to kiedyś zrobię, ale moja empatia mówi mi, że nie czułabym się z tym dobrze – ja po prostu nie umiem rozsiewać negatywnej energii. Nie jestem osobą konfliktową, nie umiem i nie lubię się kłócić. W tej walce wykorzystaliśmy już wszystkie pokojowe środki, jedyne co byśmy mogli zrobić, to poinformować "Fakt" i "Superexpress", ale to by było ponad moje siły. Cała ta sytuacja pochłaniała bardzo dużo moich zasobów energetycznych i czasowych potrzebnych do codziennego funkcjonowania, jak również nie mogłam się na niczym innym skupić. Wszyscy dookoła radzili mi, żeby „odpuścić”.


Dziś było piękne słońce, zamiast jogi stretching (w zastępstwie), a po południu warsztaty z serii „Jak dbać o kręgosłup”. Po warsztatach przepiękny koncert oryginalnych gongów tybetańskich i innych wschodnich instrumentów (np. kij deszczowy, dzwonki, których zestrojenia reprezentują cztery żywioły i niepozorny instrument, który wydaje głośny dźwięk szumu fal morskich). Gongi mają bardzo relaksujący wpływ, szczególnie jak się zaśnie podczas koncertu, ale ja nie mogłam się zrelaksować, tak jakbym chciała. Za to kontemplowałam te piękne dźwięki, szczególnie tych innych egzotycznych instrumentów. Kij deszczowy brzmiał jak delikatny, orzeźwiający i lekki deszcz, a dzwonki niosły radość i niesamowity spokój. W międzyczasie bardzo miłe krótkie rozmowy z dziewczynami, z którymi ćwiczyłam i potem z Anią i Martą, które namówiłam na ten koncert. Przytulanie i rozmowy w domu J

piątek, 27 stycznia 2017

Tak, dystans do rzeczywistości i tego, co się zdarza w życiu jest kluczowy… ja ciągle się go uczę i jeszcze długo będę to robić… Raz jest łatwiej, raz gorzej, ale na pewno jest łatwiej, odkąd uświadomiłam sobie, że to może mi pomóc nie zwariować w tym świecie. 

Choć na przykładzie ostatniej sytuacji szkolnej wydaje mi się, że jednak nie umiem nabrać takiego dystansu, jakbym chciała. A co jeśli mój temperament nie ułatwia mi zdystansowania się, tylko zachęca do walki z niesprawiedliwością lub każe się głośno zachwycać pięknem życia i radosnymi momentami? Cały czas próbuję cieszyć się na spokojnie i nie popadać w rozpacz, kiedy coś idzie nie tak. Zachować równowagę. No tak, ale niektórym zajmuje to wiele lat ;-).

Dzisiaj chciałam wziąć wolne i zostać w domu, bo wiedziałam, że ciężko będzie mi się skupić na pracy, a mój umysł będzie dalej kombinował, do kogo jeszcze się zwrócić w słusznej sprawie i co jeszcze można zrobić. Po rozmowach telefonicznych potwierdzających beznadziejność sytuacji szkolnej, musiałam wyjść do łazienki, żeby się wypłakać. Może się to niektórym wydawać dziecinne i często utrudnia mi życie, ale potem zawsze jest mi lepiej. Ale nim mi się zrobi lepiej, to w takich sytuacjach bardzo często ulatuje ze mnie cała energia. No cóż, przynajmniej jestem świadoma swoich emocji i tego, jaki mają na mnie wpływ. Ponoć uświadomienie sobie swoich emocji jest pierwszym krokiem do uzdrowienia. Jak człowiek jest tego świadomy, to może wybrać swoją reakcję na to, co go spotyka.
   
Dziś miałam pisać o przyjemnościach! O mojej norweskiej „przyjaciółce”, której muzyka towarzyszy mi już od wielu lat. Kari Bremnes pisze poetycko o zwykłym życiu, odważnych kobietach, uczuciach, miłości, fiordach, życiu na zimnej północy i tęsknocie za wielkim światem. Podczas koncertów przed każdą piosenką pięknie opowiada związaną z nią historię, tworzy tło, opowiada o bohaterach, co bardzo wzbogaca odbiór jej muzyki.

Stworzyła niesamowitą muzykę do tekstu Edvarda Muncha, który napisał przed namalowaniem słynnego „Krzyku” (Skriek). Munch zawsze najpierw pisał, a potem malował.


W jednej z swoich piosenek opowiada o tragicznym losie przepięknej Dagny Juel - muzy artystów końca XIX wieku i żony Stanisława Przybyszewskiego – pisarza Młodej Polski, który po ślubie wielokrotnie ją zdradzał. Ona sama zginęła w Tbilisi w wieku 34 lat, zastrzelona przez swojego wielbiciela.


Mój kolejny ulubiony utwór to historia o Wanny Woldstad – pierwszej kobiecie odkrywczyni i traperce, która zamieszkała na Spitzbergenie (z dwójką dzieci, po śmierci męża).


Dzięki Kari zakochałam się w brzmieniu języka norweskiego. Trzy lata temu miałam ogromne szczęście i przywilej być na jej cudownym koncercie w Szczecinie, organizowanym przez Marka Niedźwieckiego. Każdy jej koncert to dla mnie wielkie przeżycie. Niestety w Polsce nie koncertuje – najbliżej od nas to Drezno.


Cudownie uspokajają jej piosenki z płyty „Over en by”, ale tak naprawdę to ja zachwycam się wszystkimi jej płytami!


Muzyka Kari Bremnes zawsze poprawia mi nastrój i przywraca dystans J.


czwartek, 26 stycznia 2017


Przegraliśmy.

Uczniowie pięciu szóstych klas zostaną rozdzieleni do trzech różnych placówek - byłych gimnazjów, gdzie w ciągu dwóch lat obcy i zmieniający się nauczyciele będą ich przygotowywać do egzaminu kończącego edukację w szkole podstawowej w organizacyjnym chaosie, w nowej nieznanej podstawie programowej, wraz ze starszymi gimnazjalistami. Uczniowie zostaną usunięci ze szkoły, w której spędzili 7 lat (od zerówki) w pięknych salach (remontowanych i doposażanych przez ich rodziców), z wieloma udogodnieniami, stołówką, możliwością realizacji wielu projektów edukacyjnych, uczestnictwa w chórze w ramach akcji Śpiewający Wrocław i Polska, z kolegami i nauczycielami, których znają i w budynku, w którym czują się bardzo bezpiecznie.

Przegraliśmy w walce o dobro dzieci.
Przegraliśmy o to, co im się ustawowo należy.
Przegraliśmy z Systemem i manipulacją.
Przegraliśmy z osobą, która tworzy swój wizerunek jako osoba święta i praworządna, a w rzeczywistości jest kłamcą i manipulatorką.
Przegraliśmy z rodzicami, którzy dali się zmanipulować, wierząc ślepo w kłamstwa serwowane im przez dyrektorkę szkoły i „wychowawczynię”.
Mam wyrzuty jako matka, że nie zapewniłam swojemu dziecku tego, co byłoby dla niego najlepsze w tej reformie edukacji.

Ale wygraliśmy – zyskaliśmy życiową lekcję dla naszych dzieci, pokazaliśmy im, że mamy kręgosłup moralny, że mamy wartości, że walczymy, kiedy uważamy, że powinniśmy walczyć. Ta lekcja nauczyła ich też tego, że życie nie jest sprawiedliwe i nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli, żeby było. Że mogą wtedy walczyć i bronić swoich wartości, albo być biernym i nieświadomie podążać za zmanipulowanym tłumem.

Zyskaliśmy godziny szczerych i bardzo bliskich rozmów z naszymi dziećmi, cudownie pogłębiliśmy relacje z nimi i dzięki temu daliśmy im ponowne zapewnienie, że mogą na nas liczyć bez względu na to, co się będzie w życiu działo. Pokazaliśmy im, że jesteśmy rodziną, która wspiera się i daje sobie oparcie bez względu na sytuację.

Zyskałam lekcję, że smutek, lęk, złość nie pojawiają się po to, aby je „przezwyciężać” i że nie można ich kontrolować ani odrzucić.

Zyskałam głębsze poznanie siebie i odwagę cywilną.

Zyskałam jeszcze większe docenienie normalności, którą mam wokół siebie - rodziny, przyjaciół współpracowników i ich dobrych słów. Usłyszeliśmy m.in. „Nic nie dzieje się bez przyczyny. Przekujcie tę porażkę w sukces”. „Najwyraźniej Bóg, Siła Wyższa, Wszechświat tak chce”.


Wiem, że ta sytuacja to nie jest „koniec świata” i ludzie doświadczają większych niegodziwości i niesprawiedliwości w życiu. Tylko tak niezmiernie boli, że to ci najsłabsi - dzieci, są ofiarami układów między dorosłymi.  

wtorek, 24 stycznia 2017

Czuję się jakbym żyła w matrixie.


To czego dzisiaj doświadczyłam na zebraniu klasowym w sprawie pozostawienia siódmych klas w dotychczasowej szkole to chyba jedno z najbardziej negatywnych wydarzeń w moim życiu i niesamowity przykład manipulowania ludźmi. Przez dwa miesiące rodzice byli karmieni wizją przedstawioną przez panią dyrektor, że nie jest to możliwe i niestety w to uwierzyli. Nawet zostali zmuszeni do wybrania obcej placówki, w której ich dzieci miałyby kontynuować siódmą i ósmą klasę. Kiedy teraz okazało się, że dzieci mogą zostać w swojej szkole, pani wychowawczyni roztoczyła tak czarną wizję warunków, w których dzieci będą się uczyć, jeśli zostaną, i zrobiła to w sposób tak strasznie jednostronny (zostanie w tej szkole będzie niekorzystne, a przejście do obcej placówki będzie korzystne), że oczywiście większość rodziców jej uwierzyła, a wahający się dołączyli do tłumu. Pomimo tego, że nie wszystko, co mówiła jest zgodne z prawdą i pomimo tego, że wysłanie dziecka do obcej placówki wiąże się z większą liczbą niewiadomych, niż pozostawienie dziecka w swojej szkole. Co więcej, Ci co na zebraniu byli zdecydowani zostać w szkole, w ciągu dwóch godzin po zebraniu zmienili swoje zdanie i poszli za większością. Ci sami, którzy tak bardzo walczyli, żeby zostać.

Jestem porażona tym, jak bardzo łatwo ludzie wierzą, że to, co jest opisywane negatywnie, takie będzie i jak bardzo łatwo poddają się propagandzie i nieprawdzie. Tak łatwo jest zmanipulować człowiekiem grając na jego emocjach (zresztą widać to w obecnej sytuacji politycznej)! Jest mi niezmiernie przykro, że pani wychowawczyni tak strasznie chce się pozbyć swojej klasy – nie życzę jej dzieciom takich wychowawców! Jeszcze bardziej przykro jest mi z powodu całościowej postawy pani dyrektor, która od samego początku za wszelką cenę chciała się pozbyć tych dzieci (i dopięła swego celu), będąc jednocześnie osobą aktywną i znaną w kręgach religijno-kościelnych, które wyznają chrześcijańskie wartości miłosierdzia, dobroci, uczciwości, praworządności, itp. Nie mogę wyjść z podziwu, jak sprytnie to wszystko sobie wymyśliła: zgodzi się, żeby dzieci zostały, ale przedstawi to rodzicom w taki sposób, że nikomu nie będzie się chciało zostać w tej szkole. Na domiar wszystkiego organizuje drzwi otwarte szkoły dla potencjalnych nowych uczniów klas pierwszych, kiedy szkoła pęka w szwach i nie ma miejsca dla klas siódmych!!! 

Czuję się dziwnie będąc w mniejszej mniejszości. Bardzo dziwnie i bardzo smutno. Czuję się dotknięta zachowaniem dyrektorki i wychowawczyni, bo po prostu jest mi bardzo szkoda mojego dziecka. Ale w głębi duszy wiem, że dobrze zdecydowałam (a z podejmowaniem decyzji nie jest u mnie łatwo). 

Wszechświat też mnie wspiera, bo po tym zebraniu natknęłam się w internecie na takie słowa (pod kątem rozwoju osobistego, ale tu pasują jak ulał do mojej obecnej sytuacji szkolnej):

1.       Przestań ograniczać siebie poziomem świadomości innych.
2.       Przestań czekać na to, że samo się coś zmieni.
3.       Przestań liczyć na to, że będzie łatwo.
4.       Przestań żyć pomysłami innych na Twoje (w tym wypadku: mojego dziecka) życie.
5.       Przestań pozwalać innym wchodzić sobie na głowę.
6.       Przestań udawać, że czegoś nie czujesz.
7.       Przestań się poddawać, gdy Ci nie wyjdzie.


     Miałam nie narzekać. Ale jak się człowiek wygada, to ponoć jest łatwiej. Wracając do domu czekałam bardzo długo korku, aż samochód po wypadku zostanie załadowany na lawetę. Ten samochód był w zasadzie całkowicie zniszczony (zgnieciony) - pierwszy raz widziałam coś takiego. Drugi samochód leżał w rowie. Egipskie ciemności, ślisko, taki widok i bardzo późno. 

Czy kiedykolwiek moje życie będzie mniej "ekscytujące"?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

"I co z tego, że mam okno na świat,
jeśli ograniczam się ramą niepełnego postrzegania?
Chowam się za szybą własnych lęków,
domniemanej niedoskonałości i zaniżonego poczucia wartości.
I jakby tego było mało, to zbroję to szkło uważnością
na swój własny obraz w oczach innych...”
                                                                      /Katarzyna Georgiu/




















Tak, dzisiaj tak trochę się chowałam za szybą…. To zimno i ciemności wyzwalają ciemne myśli… Nie, nie że cały dzień, ale jednak gdy zmęczenie bierze górę, gdy traci się dużo cennego czasu, bo wielki korek na autostradzie (wypadek), a potem korek, żeby dojechać do własnego domu…(nie dziwne, że jest smog…), gdy patrzy się na młodszych kolegów – „królów życia”, dla których życie praktycznie nie ma ograniczeń… (tak, wiem, nie powinno się porównywać…), gdy nie wiadomo, czy wygra się z systemem, gdy nie jest się konsekwentnym w postanowieniach typu „będę więcej ćwiczyć”, „będę się zdrowo odżywiać”, „będę chodzić wcześniej spać”, gdy dzieciom ciągle trzeba przypominać - to wtedy uważność (przynajmniej moja) trochę zmienia kierunek…

Ale, ale… dzisiaj było też całkiem dobrze😊. Rozmawiałam z Magdą, która zabiera niepotrzebne rzeczy, np. meble, i przekazuje potrzebującym. Cenne działanie - jakby ktoś potrzebował, to służę numerem telefonu. Kupiłam bilety na piękny koncert Mirabai Ceiba (za inspiracją Agnieszki Maciąg) i słuchałam sobie ich relaksującej muzyki dziś w pracy. Wpłaciłam mały datek na walkę z koncernem Bayer przeciw produkcji ich pestycydów, które zabijają pszczoły. Z Martą odkryłyśmy jeszcze więcej łączących nas rzeczy, a z Anią się pośmiałyśmy. Pomogłam starszej córce we francuskim, a z młodszą zrobiłyśmy sobie wcześniejszy Dzień Przytulania (przypada na 31.01). Mały chłopczyk, na którego walkę o życia wpłaciłam małą kwotę, zebrał potrzebną (astronomiczną) sumę na leczenie w USA. Ludzie są dobrzy! Moje starsze dziecko napisało świetny felieton o niezdecydowaniu (a to u nas rodzinne;-), a młodsze podsumowało: No cóż, takie bywa życie…


A tego słuchałam stojąc w korkach, zamieniając irytację w akceptację i koncentrację na oddechu:


„Bo koniec końców zawsze będzie to jakiś wybór. Może lepszy, a może gorszy, ale JAKIŚ. Nigdy nie masz pewności, czy wybierzesz dobrze czy źle. Może dopiero za setnym razem postąpisz słusznie. Ale wiesz co? Takie jest już życie. To ogromny, niekończący się labirynt z wieloma drogami, ale tylko jednym wyjściem, a my musimy nauczyć się w nim tak poruszać, by w końcu je znaleźć.”

                                                                                                                                                                 /mądrość nastolatki/

niedziela, 22 stycznia 2017



Jakiś czas temu odkryłam, że w Przejściu Garncarskim we Wrocławiu działa Klub Literacki Proza, a w niektóre niedziele organizowane są tam Śniadania Literackie. Byliśmy tam już raz w październiku zeszłego roku, a dzisiaj uczestniczyliśmy w uczcie nie tylko dla ciała, ale również dla ducha. Jedzonko przepyszne, a nazwy potraw inspirowane tytułami i postaciami literackimi, np. deser Bilbo Bagginsa, „Poranek w Nawłoci”, „Półmisek sędziego”, „Głos góry”, „W malinowym chruśniaku”. Była też wspaniała caponata (sycylijski gulasz z bakłażana), placki zbójnickie Janosika (ziemniaczane zapiekane z pieczarkami, jajkiem i cebulką), przepyszne pasztety marchewkowo-jaglany i z zielonej soczewicy i rozpływająca się w ustach szarlotka.


Zazwyczaj odbywają się wieczory poetyckie, ale dzisiaj było to poetyckie przedpołudnie J. Wrocławska poetka Katarzyna Georgiu czytała swoje piękne wiersze oraz prozę poetycką z tomików „Komu mruczy kot” i „Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem”, a Magdalena Hałajda śpiewała jej wiersze grając na gitarze. Cudnie było się zasłuchać i być całkowicie w tej poezji, malować w wyobraźni obrazy, o których mówiła poetka. Czytała o pięknie i cykliczności przyrody, o duszy kobiety i mężczyzny, o przemijaniu i magii zwykłego życia. Coś dużo tej poezji ostatnio w moim życiu – najpierw Haśka, teraz Katarzyna Georgiu. W przerwie Pani Katarzyna przysiadła się do naszego stolika i rozmawialiśmy o jej wierszach, macierzyństwie, pracy z dziećmi, Dolinie Baryczy, długoletnim pobycie w Kanadzie i kontaktach z tamtejszymi Indianami oraz największym wyzwaniu w życiu, którym jest poznanie siebie. Było to o tyle miłe, że ma ona niezwykle ciepły głos, uśmiech nie schodzi jej z twarzy i od razu czuje się, że jest to kobieta pogodzona ze światem, która umie akceptować, a nie się adaptować (używając słów z jej prozy „Serce domu”).


Szczególnie zapadł mi w serce wiersz pt. „Kobiece żywioły":

Jestem wiatrem, burzą i natchnieniem.
Czarownicą,
lecz wciąż, może przede wszystkim, kobietą.
Lubię czereśnie soczyste i dojrzałe,
pocałunki namiętne w skrytości płaczących wierzb,
taniec na dzikiej słonecznej polanie,
szum prastarych drzew szeptający poezję.

Jestem wodą, nurtem i otchłanią.
Czarownicą,
lecz wciąż, może przede wszystkim, kobietą.
Zbieram piaskowe perły i perłowe ziarnka piasku,
i objęcia trytonów obrosłe w morszczyny.
Z nurtem strumienia karkołomnie spadam
w kaskady jazgotu życia.

Jestem ogniem, płomieniem i popielnym żarem.
Czarownicą,
lecz wciąż, może przede wszystkim, kobietą.
Iskierki nadziei przenoszę w szczodrych dłoniach
ogrzewając serca spragnione ciepła zrozumienia
i jak Feniks odradzam się z popiołów
wypalonych relacji przeszłości.

Jestem ziemią, życiodajną glebą, kwietną łąką.
Czarownicą,
lecz wciąż, może przede wszystkim, kobietą.
Moje włosy zielne, zmierzwione, wilgotne,
wrastają korzeniami w księżycowe pustynie
nieużytki rzeczywistości, użyźniając je łzami
wplecionymi w kosmyki szczęśliwych chwil.


Oczywiście nie mogłam powstrzymać się od kupienia poezji p. Katarzyny w wersji drukowanej i nabyłam nawet dwa tomiki (z pięknymi dedykacjami)! Kłóci się to wprawdzie z moim pragnieniem uproszczenia życia, ale jeśli chodzi o książki, to mam z tym wielki problem.

Było zimno, ale dzięki zimie można doświadczać tak cudnych widoków (fosa miejska):










Życie jest pełne niespodzianek – niech każda będzie przygodą!

sobota, 21 stycznia 2017

Kiedyś zawsze czekałam na weekend, urlop, święta, wakacje, itp., żeby wtedy móc w końcu żyć. Życie odmierzałam wolnymi dniami. Jeszcze tylko miesiąc do świąt, dwa dni do weekendu, dwa miesiące do wakacji. Codzienne życie przelatywało mi przez palce. Na szczęście dotarło do mnie, że życie to nie tylko wolne dni, ale to każdy dzień, każda godzina, każda minuta. Tu i teraz. Wciąż się tego uczę. Oczywiście miło jest oczekiwać tego, co ma się zdarzyć w przyszłości, ale staram się już nie fantazjować jak to będzie, kiedy…. Po pierwsze, to „kiedy” może się nigdy nie zdarzyć (bo np. wydarzy się coś innego, co pokrzyżuje nam plany), po drugie każda chwila naszego życia jest tak cenna, że warto ją przeżyć świadomie.

Ale pomimo to, sobota i niedziela są szczególnymi dniami i, jakby nie patrzeć, ułatwiają nam celebrowanie życia J.


Dzisiejsza sobota jest jeszcze bardziej szczególna, gdyż rano świętowaliśmy urodziny Rafała, który dostał piękną tematyczną laurkę ;-).




Po jodze postanowiłam wracać do domu na piechotę, przez park. Świeciło słońce i nawet poczułam jego ciepło na swojej skórze! Tak mało mi potrzeba do szczęścia J. Podziwiałam niebieskie niebo, cienie rzucane przez drzewa, skrzypienie śniegu pod nogami i majestatyczne kaczki na brzegu rzeki. Uwielbiam tamtą część Leśnicy, gdyż pełna jest ponad stuletnich domów, kiedyś pięknych willi. Fascynuje mnie ich historia i architektura. Okres ich świetności już dawno minął, ale wciąż można odkryć przepiękne szczegóły architektoniczne. Willa Concordia pochodzi z 1901, willa Margot z 1906.

 





Potem pojechaliśmy do dziadków. Moje dzieci są szczęściarami – ja w ich wieku miałam tylko jedną żyjącą babcię…

Wracając, jak zwykle zmarzłam, więc od razu przygotowałam sobie aromatyczną i gorącą kąpiel. Jest to jeden z moich sposobów na zaczarowanie zimy, a przy okazji pozbywam się toksyn i często stosuję nie tylko różne zabiegi kosmetyczne, ale polecany przez ajurwedę prosty automasaż (fachowo nazywany abhyangą). „Uziemia” moje fruwające myśli, zapobiega rozproszeniu umysłowemu (dlatego dobrze jest go robić rano, żeby łatwiej się koncentrować w ciągu dnia) i odstresowuje. Łagodzi system nerwowy i równoważy hormonalny oraz odmładza skórę i tonizuje mięśnie. Potrzebny jest podgrzany olej, najlepiej sezamowy, w lecie może być kokosowy (ochładza). Gdy nie mamy czasu na masaż całego ciała, koncentrujemy się tylko na głowie, którą energicznie masujemy okrężnymi ruchami. Potem łagodnie masujemy czoło w obu kierunkach, skronie i miejsce za uszami. Następnie olej wmasowujemy dłońmi w stopy – palce stóp czubkami palców, podeszwy szybkimi ruchami do przodu i do tyłu. Dr Claudia Welch w swojej książce „Równowaga Twoich hormonów, równowaga Twojego życia” pisze, że najlepszym lekarstwem na stres i powodowaną przez niego nierównowagę hormonalną jest, oprócz oddychania, regularny automasaż. Fizjologiczne skutki aplikacji olejku na ciało są podobne do tych, jakie wywołuje przepełnienie miłością. Układ nerwowy otulony ciepłym olejkiem przestaje być nadmiernie czujny i nadwrażliwy, a przy okazji obdarowujemy nasze ciało uważnością, dotykiem i miłością. Pacjenci dr Welch twierdzą, że abhyanga (automasaż) zmieniła ich życie i znacząco poprawiła stan zdrowia.

Ot, takie małe, zwykłe rzeczy, które mogą przynieść tyle radości i wprawić w dobry nastrój J