wtorek, 3 kwietnia 2018


Kreta - Dzień 5 

Zatokę w Elafonisi wymieniali wszyscy, z którymi rozmawaliśmy do tej pory. Jeszcze  w domu wyczytaliśmy, że to absolutne must-see. Już sama trasa na drugi koniec wyspy na południe od nas była fascynująca. Prowadziła wąską drogą przez urokliwe wioski, gdzie w każdej z nich była kafejka oraz przez wysokie góry z wąwozem Topolia w dole. Wzdłuż drogi pasły się kozy i koziołki. Wysiedliśmy, a wiatr rozwiewał nam włosy, słońce świeciło mocno, kozy meczały, a ptaki się przekrzykiwały.




Zbliżając się do Elafonisi można było podziwiać wspaniały widok szerokiej plaży, wypełnionej miejscami wodą i roślinnością w różnych miejscach, a za nimi błękitne morze. Zaparkowaliśmy przed wejściem na ten wielki teren przed zatoką. Elafonisi wpisana jest na listę Natura 2000, jako jedno z najcenniejszych przyrodniczo miejsc kontynentu europejskiego.

Elafonisi słynie różowego piasku. Najpierw go nie było widać, a potem nagle zobaczyliśmy na krawędzi, gdzie styka się woda z piaskiem. Bardzo delikatny kolor - ponoć od muszelek w takim kolorze. Muszelek coraz mniej, bo odwiedzający zabierają ze sobą... Sama plaża jest ogromna z wodą do kolan lub ud i można w niej przyjemnie brodzić przez cały dzień. Kolory jak zwykle na Krecie nieziemskie, magiczne, błękitno-turkusowo-różowe.




Po sesjach foto, spacerowaniu i kąpaniu się w wodzie wróciliśmy do samochodu. Po drodze wstąpiliśmy do knajpki, z której tarasu rozciąga się widok na zatokę, ale nie mieli już wegetariańskiego lokalnego specjału, który chcieliśmy zjeść. Kawałek za nią jest pięknie położony hotel wraz z restauracją, gdzie zjedliśmy bakłażany, musakę, lokalną rybę i sałatkę grecką. Potem cudne chwile na huśtawce obok tarasu restauracyjnego.




Wracając "tonęliśmy" w srebrnych gajach oliwnych i podziwialiśmy niewyobrażalne i niesamowite widoki zachodzącego słońca z drogi, która prowadziła częściowo wzdłuż skalistego wybrzeża. Sama chybabym się nie odważyła kierować tam samochodem! Podziwialiśmy widoki i potem piękne wiejskie domy. Ach, tam było na prawdę pięknie!




poniedziałek, 2 kwietnia 2018




Kreta - Dzień 4

Po późnym śniadaniu zastanawialiśmy się, czy jest sens tak późno wyjeżdżać do Knossos, żeby zobaczyć mityczne starożytne ruiny sprzed 2000 lat przed naszą erą. Pojechaliśmy. To tam ponoć był labirynt Minotaura, którego pokonał Tezeusz za pomocą nici Ariadny, a z którego uciekł na skrzydłach jego budowniczy Dedal wraz z synem Ikarem. Zawsze fascynują mnie historie takich miejsc, te wszystkie plemiona, które tam mieszkały, lub które najeżdżały to miejsce. Wielkie, dawne silne cywilizacje, które nagle znikały z powierzchni ziemi z dziwnych powodów (trzęsienie ziemi, susza, etc.). Szczególnie ciekawe jest to na wyspach i tam właśnie ludzie pojawiają się najwcześniej. Na Malcie podziwialiśmy w Gigantiji najstarsze wolno stojące budowle na świecie, w Rumunii fortyfikowane osady cesarstwa rzymskiego, a tutaj ruiny wielkiego pałacu - małego miasteczka. Jedną z atrakcji były dwa pawie, które oprócz dostojnego przechadzania się wśród starożytnych ruin wydawały niesamowite "wrzaski".

Potem spotkaliśmy jednego obok tarasu kawiarni przed pałacem. W tej kawiarni obsługiwał nas kelner, który prawie że płynnie mówił w języku polskim! Szok i podziw. Uczy się tak dla siebie, ale do Polski nie ma czasu jechać, bo oprócz pracy musi się zajmować gajem oliwnym swojej mamy.






Knossos jest tylko 6km za Heraklionem. Chcieliśmy zobaczyć tylko port. Ruch był bardzo duży, ale na szczęście udało nam się znaleźć miejsce do zaparkowania, które miało być blisko portu, ale nie było. Wyjątkowo jakoś nam się tam nie podobało, nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie jesteśmy i jak daleko będziemy szli i okolica była jakaś taka nie za "ładna". Ale za chwilę zatrzymaliśmy się w kawiarni http://www.kritikosfournosdaily.gr/ z największą ilością ciast, jakie kiedykolwiek widziałam w życiu. Obsługa średnio znająca angielski i myśląca, że kupujemy na wynos, ale w końcu się dogadaliśmy. Było przepysznie!




A potem, idąc do starego portu......, potem to już się czułam jak w Istambule....w każdym calu. Było tak samo jak wtedy, kiedy szłam do Mostu Galata w Istambule... Nawet teraz jak o tym myślę, to postrzegam Heraklion jako Turcję, a nie Grecję. Tylko że w Istambule nie było tak cudownego zachodu słońca, jak tam w starym porcie w Heraklionie.... Staliśmy na wprost wzburzonych fal rozbijających się o skały i chłonęliśmy ten nieziemski widok... Ach, to była uczta!!!


Kiedy słońce zaszło przeszliśmy się długi kawałek wzdłuż promenady prowadzącej daleko hen w morze, w kierunku twierdzy weneckiej.... Choć było już ciemno, oprócz nas było tam wielu lokalnych spacerowiczów, biegaczy, rowerzystów, ale było tłumów i było bardzo przytulnie :-).
Nie mogliśmy nie zajść też w głąb lądu, kawałeczek od starego portu, gdzie zachwyciliśmy się Loggią Wenecką - zabytkowym budynkiem z 17 wieku, w którym obecnie znajduje się ratusz, oraz fontanną Morosiniego. Wszystko było pięknie oświetlone. Zjedliśmy coś małego i przeszliśmy się szeroką ulicą z różnymi przytulnymi kafejkami, cukierniami i sklepikami z pamiątkami, która bardzo przypominała mi taką samą ulicę w Istambule, schodząc do Mostu Galata.




Wracając mijaliśmy drzewa cytrynowe rosnące w przydomowych ogródkach. Przeszliśmy też obok statuy Nikosa Kazantzakisa - największego pisarza, poety, myśliciela i filozofa Grecji - Kreteńczyka, który napisał "Greka Zorbę".


niedziela, 1 kwietnia 2018


Kreta - Dzień 3

Rano przy śniadanku zadzwoniliśmy do rodziny z życzeniami i relacją video na Messengerze. Potem poszliśmy na plażę, bo był to jeden z najgorętszych dni naszego pobytu na tej pięknej wyspie.









Po wykonaniu przez Zuzię wszystkich możliwych figur akrobatycznych do zdjęć i innych sesjach foto w wykonaniu Rafała pojechaliśmy na kawę do mijanej wcześniej ciekawej kawiarni (po drodze do Chani), żeby odkryć jak zrobiona jest kawa, którą pije większość Kreteńczyków (i tak nie odkryliśmy). I w końcu po przejechaniu kilku kilometrów zawitaliśmy do gajów pomarańczowych, gdzie powitał nas niesamowity zapach kwitnących kwiatów pomarańczy – coś magicznego, nieziemskiego, rozkosznego i najcudowniejszego na świecie!!! Zatrzymaliśmy się przy dzikiej drodze – były tam też drzewka cytrynowe i awokado!











Naszym celem była wioska Fournes, gdzie zobaczyliśmy ogromny opuszczony ogród pełen drzewek pomarańczowych i czarnych kur próbujących znaleźć coś do jedzenie pomiędzy leżącymi i gnijącymi owocami. Było ich tak dużo, że wyglądały jak dywan!

Za tym gospodarstwem był budynek, w którym ludzie sortowali pomarańcze, a na zewnątrz czekała już ciężarówka. Poszliśmy tam kupić parę kilogramów tych dobroci. Przyniesiono nam wielką skrzynkę, a właściciel niemówiący po angielsku spytał ile tam dzieci siedzi w samochodzie i dołożył dla nich grejpfruty i awokado. Było to najlepiej wydane 5 Euro ever! Nagrzane słońcem, pachnące, bardzo soczyste i słodkie owoce z praną – energią życia/słońca. Coś pięknego i niewiarygodnego!!!

 Następną „pomarańczową” wioską była Meskla, w niej piękny prawosławny kościół, w którym akurat odbywało się nabożeństwo. Pojechaliśmy drogą, która pięła się w górę, tak wysoko, że ten kościółek wydawał się mały, ale docierały tam piękne śpiewy. Wrażenie było niesamowite – tylko kontemplować.

Podjechał lokalny mieszkaniec wpuścić owce do zagrody. Jechaliśmy dalej, bardzo blisko, a może nawet byliśmy już w narodowym rezerwacie Gór Białych, których szczyty faktycznie były białe od śniegu, i coraz wyżej - mijając małe kapliczki w kształcie kościółków.

Widok pomarańczowych drzewek na polanach pomiędzy górami, wraz z dziko rosnącymi kallami był nieziemski.






sobota, 31 marca 2018


Kreta - Dzień 2

W pierwszej kolejności po śniadaniu poszliśmy na plażę (5 minut wolnym spacerkiem), gdzie porobiliśmy sobie dużo zdjęć. Zachwyt na kolorem wody i nieba!





Zjedliśmy lunch w pierwszej lepie wyglądającej i otwartej knajpce i poszliśmy długo głównej ulicą, równoległą do plaży, aby znaleźć cukiernio-piekarnię, w której wypiliśmy kawę „po grecku” z tygielka i gdzie kupiliśmy Zuzi mini-torta urodzinowego (na wpół zmrożonego – taka chyba odmiana grecka;-). Wystarczyło dołożyć 14 świeczek! Zaśpiewaliśmy sto lat. Zuzia była zachwycona tak wspaniałymi 14-tymi urodzinami!

Potem długi i cudny spacer wzdłuż starego portu w Chani, aż do weneckiej latarni morskiej. Zaparkowaliśmy przy samym porcie, najpierw na płatnym parkingu, ale mieliśmy pieniądze tylko na godzinę, choć nikt wokół nie miał wykupionych biletów, i nie wiadomo było, gdzie je kupić, ale znaleźliśmy obok na ulicy wolne bezpłatne miejsce. Promenada rozpoczyna się od Muzeum Morskiego i prowadzi do latarni, wzdłuż wody po dwóch stronach, pięknych łódek i  widoku na śliczne kamieniczki naprzeciw i stary zabytkowy meczet.








Mieliśmy szczęście, bo za chwilę zachodziło słońce i było piękne światło oraz zapierające dech w piersiach kolory… Robiłyśmy pozycje drzewa w tej pięknej scenerii… Miłe Azjatki zrobiły nam piękne wspólne zdjęcie – jedno z nielicznych, które mamy razem jako cała rodzina. Podczas spaceru po Starówce zaszliśmy do zapełnionej ludźmi restauracji, gdzie grana była muzyka na żywo - mieliśmy szczęście, że był wolny stolik. Zjedliśmy pyszne greckie jedzonko :) 
Jadąc do Chani wstąpiliśmy do Lidla, żeby zrobić zakupy. Kupiliśmy pyszną oryginalną fetę, halloumi i oliwki.