poniedziałek, 20 maja 2019



Dziś w pracy cierpiałam na poniedziałkową „niemoc” – ależ mi się nie chciało!


Ale po pracy poszłam do mojego kochanego lasu i dosłownie zostałam pozytywnie ogłuszona ptasimi trelami. Co chwilę spotykałam fruwających zalotników, głównie kosy szalejące w powietrzu parami i hałasujące w gęstwinie, a na leśnej drodze pliszki. Byli jeszcze inni leśni śpiewacy, lecz ich imion niestety nie znam. Przytulałam się do drzew, kopałam przed siebie szyszki, przypominając sobie podwórkowe mecze piłki nożnej z kolegami i koleżankami z ósmej klasy, zdmuchiwałam dmuchawce pozwalając moim zmartwieniom odpłynąć w powietrze wraz z małymi nasionkami-spadochroniarzami, skakałam i biegałam po leśnej ścieżce. Stwierdziłam, że moje wewnętrzne dziecko bardzo, ale to bardzo potrzebuje zabawy – beztroskiej, pełnej śmiechu i radości :D.






niedziela, 19 maja 2019


Życie kronikarza wymaga dużo cierpliwości! Dziś od rana robię porządek ze zdjęciami i jeszcze nie skończyłam. Kiedyś robiłam to regularnie, ale potem… potem za dużo się działo i dzieje i nie nadążam zrzucać tych zdjęć, robić kopie. Synchronizuję z Google photos, ale na telefonie mam więcej miejsca, na kompie mniej, więc nie pokazuje się to samo… Zrzucam na twardy dysk, porządkuję, przeglądam i „załamuję się” tym, że tych zdjęć są tysiące!!! Tak to jest w tych cyfrowych czasach, a potem jak co do czego dojdzie to nie wiadomo, gdzie co jest, tyle tego jest! Nauczka, żeby nie klikać dziesiątek zdjęć tego samego, tylko podejść do tego z uważnością i skupieniem. Oprócz tej „załamki” zachwycam się tymi wszystkimi przepięknymi miejscami, w których dane nam było być, coś niesamowitego! Zdjęcia z Maroka aż „biją” po oczach feerią barw, a z Krety aż porażają niebieskością. Ale jestem szczęściara!!! Mogę zacytować słowa Natalii Grosiak – wokalistki Mikromusic:



„Nie prosiłam, a mam, wszystko mam
Nie oczekując niczego - dostałam
Na krzywy ryj załapać się mogłam tylko ja
Nie prosząc - dostałam i wszystko mam”

Ich wczorajszy koncert był magiczny! Przepiękne brzmienia, niesamowite aranżacje, po prostu rozpływałam się w dźwiękach…. Atmosfera cudowna… Ach… było pięknie i tak nastrojowo… Natalia Grosiak śpiewała tak miękko, tak przytulnie...Wcześniej pojechaliśmy na Jatki, gdzie zespół Michała miał koncert, a nasza Natalia śpiewała z nimi dwie piosenki… Akurat jak zaczęła śpiewać zadzwonił mój telefon – okazało się, że jest problem w pracy i trochę mnie to podminowało, bo trzeba było załatwić sprawę, a byłam daleko od laptopa. Powinnam była zachować większy dystans do tej sytuacji, moje nauki wzięły w łeb, najlepiej spisują się jak wszystko jest dobrze ;-). 
Po koncercie byłam jakoś tak dziwnie zmęczona, nie wiem, może emocje ostatnich dni ze mnie opadły… A jeszcze w tym samym dniu, przed koncertami dowiedziałam się, że Natalia dostała stypendium na miesięczny kurs w szkole językowej w malowniczym Totnes w Anglii, wraz z zakwaterowaniem i wyżywieniem! U nas non-stop coś się dzieje…. Jeszcze ta spektakularna pełnia w Skorpionie, o której wszyscy dokoła piszą… Wczoraj była kulminacja i może stąd u mnie te emocje. Dziś nad ranem śnił mi się tato, nie był to zaciekawy sen, ostatnio też mi się śnił… W czasie tej pełni przyszedł też do mnie pomysł na „biznes” – może warto się tym zająć? ;-)
 

niedziela, 12 maja 2019


Maroko wydaje się teraz być bardzo, bardzo daleko…, nie tylko geograficznie, ale czasowo. Minął tylko tydzień, ale natłok wydarzeń i wrażeń sprawił, że ten nasz wyjazd oddalił się tak bardzo… Może też jest inny powód tego – za dużo wrażeń tam, a za mało czasu, żebym mogła je odpowiednio dobrze wchłonąć i się w nich zanurzyć…. A może to, że to był tak intensywny tydzień, trzy różne miejsca, ból ucha na początku i zmęczenie…. Jak zwykle w przypadku naszych wyjazdów zabrakło kilku dosłownie dni, żeby osiąść na miejscu i nic nie robić, tylko chłonąć tę feerie barw, zapachów i pięknych krajobrazów…. Może też dlatego, że czułam się tam trochę jak intruz, bez chustki na głowie i sukni zakrywającej mnie od stóp do głów… Kiedy w jeden ranek udaliśmy się do dzielnicy bez turystów, usiedliśmy w lokalnej cukierence przy stoliku na ulicy i piliśmy kawę patrząc na życie lokalsów, którzy rozkładali stragany, sprzedawali, albo udawali się na zakupy, krzycząc i hałasując przy tym, to przez chwilę poczułam się jakbym siedziała w egzotycznym muzeum i patrzyła na jego ruchome eksponaty.

Po głębszym zastanowieniu się i chwilami mieszanych uczuciach jednak chciałabym tam wrócić. Chciałabym posiedzieć sobie w spokoju na tarasie domu i chłonąć widok najwyższego szczytu Atlasu – Jebel Toubkal albo iść na pieszą wycieczkę po okolicy, gdzie ludzie żyją wolno blisko natury, z owcami, kozami, osłami, kurami i końmi. Roślinność tam jest cudowna! Wszędzie zielono, choć same góry beżowe, a różowe kwiaty opuncji mieszają się z żółtym rzepakiem. Osada, w której mieszkaliśmy znajduje się na zboczu góry, u stóp której płynie leniwie rzeka, która po chwili tworzy rozlewiska. Kiedy idzie się ścieżką zboczem gór mając po drugiej stronie w dole właśnie tę rzekę wygląda to cudownie! Wokół góry, a naprzeciw ośnieżony Toubkal. Krajobraz jak z bajki! Szkoda, że byliśmy tam tylko dwa dni. Było tam najspokojniej, najpiękniej i najserdeczniej (rodzinka gospodarza Mohameda).
W pierwszym dniu poszliśmy na taki właśnie spacer, a potem razem z gospodarzami i niemiecką parą przygotowywaliśmy warzywa do tadżiny, a potem Mohamed pokazał nam jak powinno się  przygotować berberyjską whisky, czyli zieloną herbatę ze świeżą miętą. Zapach tamtejszej mięty jest tak intensywny i tak przecudny, że jak tylko o nim pomyślę, to już go czuję ;-). Potem kazali nam się ubrać w berberyjskie stroje. Przyszły roześmiane sąsiadki, berberyjskie tamburyny poszły w ruch i zaczęło się śpiewanie, klaskanie i „tańczenie”. Było to niesamowite! Potem, w muzeum berberyjskim w Marakeszu puszczane były takie same śpiewy, więc one naprawdę były autentyczne. Mohamed, jego żona Latifa, córeczki Safa i Chana, siostra Malika, rodzice, kuzyn, i ponad stuletni dziadek, z którym rozmawiałam po francusku, choć jego francuski był bardzo niewyraźny i bardziej musieliśmy zgadywać co miał na myśli ;-). Kolację podano przy świecach w przecudnej jadalni, jak z tysiąca i jednej baśni. Było tam jak w pałacu sułtana ;-). Piękne kolorowe tkaniny, stylowe meble, wykończenia, sztukaterie, marokańskie cudne lampy tworzyły niezapomniany nastrój. Następnego dnia po przepysznym (choć słodkim śniadaniu składającym się z domowego chleba, konfitur, miodu i Amlou, czyli pasty z migdałów z olejem arganowym) poszliśmy na pobliski szczyt, do którego ścieżka rozpoczynała się jeszcze w osadzie. Podejście było dość strome, ale z każdym krokiem widok coraz bardziej zapierał dech w piersiach. Takie samo wrażenie sprawiały dziesiątki, jak nie setki kóz (w tym trochę owiec), które pasły się na zboczach wydając przy tym ludzkie dźwięki i goniąc się co jakiś czas. W ogóle się nas nie bały! Niesamowicie wyglądał ich wyścig, tzn. bieg w jednym kierunku – nagle z różnych stron zbiegały się dziesiątki różnorodnie ubarwionych kóz i z ludzkim meczeniem biegły w jednym kierunku. Na szczycie góry czekały na nas jeszcze bardziej nieziemskie widoki na przełęcz i góry z naprzeciwka i zastał nas tam lekki deszcz (w oddali była burza z błyskawicami). Chętnie byśmy zeszli na dół, gdyby nie ta burza. Spotkaliśmy za to bardzo sympatycznych Anglika i Estonkę, którzy weszli na szczyt z przeciwnej strony niż my, z którymi ucięliśmy sobie bardzo miłą pogawędkę (spotkaliśmy ich potem nad morzem ;). Po powrocie na dół poszliśmy jeszcze z pare kilometrów do Imlil, skąd wspinacze wyruszają na najwyższy szczyt. Bardzo ciekawa ta wioska, choć dziewczyny czuły się trochę nieswojo, gdyż nie było tam praktycznie żadnych kobiet. Ale sklepikarze byli bardzo mili, kupiliśmy wodę i soczyste słodkie (i bardzo tanie!) pomarańcze. Ktoś z lokalnych sprzedawców zagadał do nas po polsku – skąd wiedział, że my stamtąd?. Przy wejściu do Imlil, jak w wielu innych miejscach stała policja i kontrolowała każdy samochód. Wróciłam do domu resztką sił, po całym dniu chodzenia. Na kolację była tym razem przepyszna kasza couscous z warzywami i również w wersji mięsnej. Na przystawkę zawsze przepyszne lokalne oliwki.
Żal było stamtąd wyjeżdżać! Wszyscy byli tak mili i bardzo gościnni. Długo rozmyślałam potem o sytuacji kobiet tam mieszkających i w ogóle muzułmańskich. Mohamed był świetnie ubrany, wyglądał bardziej jak stylowy Włoch niż Berber z oddalonej od wszystkiego osady górskiej. A kobiety z jego otoczenia okutane od stóp i głów, cały dzień w kuchni, gotujące i obsługujące gości., nie wiem nawet, czy każdy członek tej rodziny miał swój osobny pokój, w sensie trochę prywatnej przestrzeni. Malika i Latifa od rana się krzątały, mama odpoczywała. Ale nie wyglądały na nieszczęśliwe, wręcz przeciwnie. Malika często się śmiała  i prawie ciągle uśmiechała. Nie mogła zapamiętać, że jesteśmy z Polski, pewnie nie miała pojęcia, że taki kraj w ogóle istnieje. A dziewczynki biegały i bawiły się swobodnie, śpiewały, psociły i w ogóle się przy nas nie krępowały. Były naprawdę słodkie!   



































sobota, 11 maja 2019




Dzisiaj w końcu po tylu latach życia dowiedziałam się jak przeprowadzić asertywną rozmowę, broniącą osobistych granic i odpowiadającą na niesłuszną krytykę. Lepiej późno niż wcale! Asertywność w komunikacji polega na tym, że Ty masz prawo powiedzieć swoje zdanie, a ja mam prawo do odmiennej opinii i do obrony swoich granic. A jak wyglądają przeciętne rozmowy? Atak, krytyka, manipulacja, fochy, krzyki, obwinianie, emocje, etc.
Po całodziennych zajęciach byłam wymęczona i zmarznięta. Zaparzyłam sobie berberyjską herbatę żeńszeniową z Maroka, uprzednio sprawdziwszy w internecie jej dokładny skład. Nie było to łatwe! Myślę, że są tam korzeń żeńszenia, lukrecji, imbir lub coś imbiropodobnego, puchate owłosione nasionka jakiegoś kopru, płatki kwiatu, guma arabska, gwiazdki anyżu, werbena cytrynowa i mięta. A pachną tak bosko i tak intensywnie, że wielokrotnie kichałam....;).

A potem zażyłam gorącej kąpieli z solami, herbatką i medytacją Deepaka Chopry o szczęściu, którą serdecznie polecam J


Happiness is your inner state of awareness J
Happiness is your birthright J


piątek, 10 maja 2019


„W życiu nie ma takiej chwili, abyśmy nie mieli wszystkiego, co potrzebne, aby czuć się szczęśliwymi.
Pomyśl o tym przez minutę (…),
Jeśli jesteś nieszczęśliwy to dlatego, że cały czas myślisz raczej o tym, czego nie masz, zamiast koncentrować się na tym, co masz w danej chwili”
/Anthony de Mello/  

Ale dzisiaj były emocjonujące zajęcia! Prezentowaliśmy swoje kody szczęścia. Nasłuchałam się cudownych rzeczy, afirmacji życia, rozwiązań problemów życiowych, wskazówek i inspiracji, napełniłam swoją duszę pozytywną energią i bardzo budującymi zdaniami – to wszystko nastroiło mnie bardzo optymistycznie. Przepełnia mnie wdzięczność za możliwość wysłuchania różnych historii moich koleżanek i za optymizm, który bił z ich opowieści. Za ich pozytywne podejście do życia, stawanie się lepszym, pokonywanie swoich słabości, szacunek do innych. Po tych opowieściach nic tylko być szczęśliwym J.

Oto parę zdań, które zapamiętałam:

Nieważne, że pada deszcz, słońce jest we mnie J

„Szczęście nie polega na tym, żeby zdobyć to czego pragniesz. Polega na tym, żeby pragnąć tego, co już masz” – Regina Brett

Codziennie przypominam sobie wszystko, co w moim życiu jest piękne, wartościowe, za co jestem wdzięczna, co daje mi radość, wszystko co mam.

Zachowuj się tak, jakbyś już był szczęśliwy, a zobaczysz, że faktycznie będziesz szczęśliwy.

Życie nie jest po to, żeby udawać kogoś kim się nie jest.

Jeden uśmiech zbliża mnie jeden centymetr do szczęścia J

„Szczęście każdy nosi w sobie” /B. Prus/

„Co to jest szczęście? Uczucie, że moc rośnie, a przezwycięża się opór” /F.W. Nietsche/

„Wszystko zaczyna się od miłującej życzliwości wobec samego siebie, dzięki której rozwijamy dobroć wobec innych” /R. Wiseman/

„Życie staje się lepsze, wtedy kiedy lepsi stajemy się my sami” /Jim Rhon/

Wszystko, co muszę wiedzieć jest mi objawione, a wszystko czego potrzebuję przychodzi do mnie J


czwartek, 9 maja 2019

Czas galopuje jak zwykle, a ja robię wszystko, żeby razem z nim nie galopować. Jednak tego, że już jest czwartek nie zmienię… ;-)

Dziś są 84-te urodziny Haśki, Haliny, Poświatowskiej. Wiecznie młodej i pięknej… Bardzo miło czytać na FB wpisy jej fanów, którzy ją w tym szczególnym dniu tak cudnie wspominają. Kiedy czytałam jej wiersze to od razu słyszałam w głowie ich muzyczną wersję w wykonaniu Janusza Radka. Przecudny duet do duchowych uniesień! J
Poszłam na godzinny spacer do lasu – ach, jak było pięknie! Jutro zaczynam szkolny weekend i znowu będę dużo siedzieć, więc cieszę się, że udało mi się wyrwać choć na chwilę. Pachniało nieziemsko, zieleń zachwycała oczy swoją soczystością i pierwszy raz byłam świadkiem zalotów pary kolorowych sikorek, które tańczyły i wirowały w powietrzu jak akrobaci J. To był niesamowity spektakl!

Ten tydzień był bardzo intensywny, w poniedziałek jak wyszłam rano z domu, to wróciłam przed północą – mieliśmy ważnych gości z Indii i Irlandii.

We wtorek w końcu mogłam się rozpakować z naszej podróży majówkowej do Maroka; teraz mam wrażenie, że to było już tak dawno, gdyż po późnowieczornym powrocie w niedzielę do domu z samego rana w poniedziałek wpadłam w bardzo intensywny tryb zadań w pracy i w domu i dopiero dzisiaj tak świadomie zwolniłam. Wolałabym mieć przynajmniej jeden dzień przerwy między podróżą a powrotem do pracy, tak aby móc się na spokojnie podelektować wrażeniami, powspominać, pozachwycać się zdjęciami i przeżyć to jeszcze raz, a potem „zamknąć”J. W niedzielę wieczorem, po szkole, postaram się opisać tę podróż bardziej szczegółowo. Jak zwykle czuję niedosyt, choć nie do wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy.

Teraz jeszcze przejrzę notatki sprzed miesiąca i może uda mi się w końcu pójść spać o normalnej porze J.