czwartek, 31 grudnia 2020



Grudzień wyczerpał mnie psychicznie i fizycznie. W górę i w dół, w górę i w dół. Smutek przeplatany z radością, zbieranie się do kupy, żeby się całkiem nie rozłożyć, dom dziecka z prezentami, myśleliśmy, że zostawimy, a Panie koniecznie chciały, żebyśmy weszli do świetlicy i tam dali te prezenty wychowankom. Chłopiec, którego nic nikt nie chce...wracając do domu słońce po drodze, piękne widoki - poczułam zew podróży, jaką radość może sprawić kawa na stacji benzynowej. Mikołajki w pracy - Secret Santa, który przyniósł mi wspaniałą najnowszą książkę Joanny Bator, którą połknęłam w trzy dni (700 stron!), ale na pewno wrócę do niej. Opus Magnum. Siła kobiet, wpływ otoczenia i danej epoki na los bohaterek, wpływ rodu. Czułam wiele, wiele bliskości z Bertą, Barbarą, Violettą i Kaliną. Nie da się opisać tej książki, to trzeba przeżyć.

Siłą kobiet....dzięki kuzynce Gosi i olejkom eterycznym poznałam Krysię fryzjerkę, niesamowitą kobietę, wyszłam od niej uskrzydlona. Jeszcze nie otworzyłam ust, a ona już mówiła to co ja miałam na myśli. Celinka uratowała mnie podsyłając w pewną niedzielę specjalną medytację na spotkanie się ze swoim wewnętrznym dzieckiem... Renia obdarowała mnie sesją oczyszczającą, rozświetliła mnie, odczepiła jedną przyczynę smutku, podniosła energię. Udało mi się w końcu spotkać z Anią i długo porozmawiać z Beatką :-). Czerpałam dobrą energię z webinarów Agnieszki Maciąg. Dostałam dużo Miłości. I kiedy już wszystko było dobrze i przygotowywałam się na dobre wejście w ten wyjątkowy czas przesilenia zimowego poważnie zachorowała Bombisia, nasz najmniejszy kotek, a dzień po niej jej brat Tygrys. Tydzień temu, po diagnozie, przeżyłam wielką rozpacz, ale po niej na szczęście przyszła energia do działania i 8-godzinnego szukania pomocy i surowicy (nasza wetka wyjechała na świąteczny urlop). Nie wiedziałam, że te koty to dla mnie jak dzieci. Nie zrobiłam połowy rzeczy - m.in. jedzenia, które planowałam zrobić do Wigilii, nasze życie stanęło do góry nogami, ale to naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Na FB ludzie wstawiali pierniki świąteczne, a ja siedziałam w poczekalni lecznicy i modliłam się, żeby nas przyjęli. Czas świąteczny nie ułatwiał sprawy i nawet byłam trochę zła, że przez święta leczenie zwierząt jest utrudnione. Ponoć trudne doświadczenia otrzymuje się, aby się rozwijać, wyciągnąć jakąś lekcję, wyjść z tego lepszym. Nie wiem jaka lekcja była to dla mnie, wciąż się nad tym zastanawiam. Na pewno, oprócz wetów, którzy nie chcieli nas przyjąć w Wigilię, wielu było bardzo życzliwych i pomocnych i cieszyli się, że znalazłam surowicę. To było bardzo miłe i ta świadomość, że są dobrzy ludzie na tym świecie. Na każde negatywne doświadczenie pojawiało się pozytywne, wyrównywało się :-) i to było wspaniałe. Jak mało trzeba do szczęścia w Wigilię, ja chciałam tylko dla nich kroplówkę i tę surowicę....Jako dziecko czekało się na Wigilię jak na noc cudów i w sumie teraz też wydarzył się cud, że koty zostały w końcu zaopatrzone w odpowiednie leki i odyseja się skończyła. Może ta lekcja to to, żeby zaufać, że będzie dobrze, że modlitwy i wysyłanie światła i zdrowia naprawdę pomaga, że te święta to tak naprawdę pomoc ludzka i życzliwość, to są największe prezenty, i żeby się nie martwić o pieniądze na opiekę nad kotami, bo nagle przyszedł przelew, który miał przyjść pół roku temu, a firma podarowała kartę Sodexo, którą mogłam za nią zapłacić. To był z całą pewnością Rok pod znakiem Kota! :D

Kończę, bo chcę jeszcze spalić, to z czym się symbolicznie żegnam wraz z odchodzącym rokiem. 

I kończę go z wdzięcznością za każde doświadczenie tych ostatnich dwunastych miesięcy.       



   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz